– Tak. Dla mnie dziwne. Ale teraz się cieszę. Byłam taka wygłodniała zainteresowania z twojej strony, jakiegoś znaku, który by świadczył, że…
– Myślałem, że rozumiesz, co pragnę ci przekazać. Nie chciałem ci się narzucać, wiem, że nie jestem szczególnie pociągający – tłumaczył zdyszany.
Unni zwróciła się do niego.
– Ależ jesteś – powiedziała gorączkowo. – Jesteś przecież… – Przerwała sama sobie. – Tylko, Jordi, ty teraz bardzo źle wyglądasz.
– Wiem o tym.
– Nie, nie o to mi chodzi. Wzywaj rycerzy, niech się zacznie ten dany nam czas, zanim zemdlejesz. Chyba kortyzon przestaje działać.
– Masz rację. Czuję się też jakoś gorzej. Czy ty musisz siedzieć tak…?
– Nie, czekam tylko na trochę ciepła. Czy mogę zgasić światło?
– Unni, no coś ty – Jordi był wzruszony. – Oczywiście, zgaś. A ja tymczasem porozmawiam z rycerzami.
Unni była bliska płaczu. Ta chwila, na którą tak czekała! Ale jeśli tylko w ten sposób może uratować Jordiego, to z radością ją ofiaruje. Nie, nie z radością. Ale z całą miłością, jaką dla niego żywi.
Wstała z łóżka, zgasiła światło i rozebrała się pospiesznie.
Zdejmowała jedną część ubrania po drugiej, wszystko z wyjątkiem majtek. Z bijącym sercem wślizgnęła się do łóżka i położyła kawałek od Jordiego, by nie marznąć. On także wsunął się pod kołdrę, bo w pokoju nie było za gorąco. Ta prosta czynność była dla niego tak wyczerpująca, że Unni ogarnęły wyrzuty sumienia. Powinna była mu pomóc, ale ona zajmowała się zdejmowaniem z siebie ubrania.
Te wieczne wyrzuty sumienia, czy zdoła się z nimi wreszcie uporać? Ten, kto jako pierwszy powiedział, że kobiety rodzą się z wyrzutami sumienia, chyba nie wiedział, jak dalece ma rację.
Wszystkie kobiety z wyjątkiem Emmy, która nie miała nic wspólnego z czymś takim jak sumienie. Nie, nie wolno niszczyć takiej chwili rozmyślaniami o Emmie!
Boże, jaka jestem zdenerwowana, myślała Unni.
Nagle stwierdziła, że od Jordiego nie emanuje już chłód.
Zorientowała się, że jest coraz słabszy i w końcu całkiem ustał. Po raz pierwszy od spotkania w Stryn Jordi był ciepłokrwistym człowiekiem.
– Pół godziny rozpoczęte – oznajmiła i mówiła dalej normalnym tonem: – Postawię tutaj budzik ze świecącymi wskazówkami, to będziemy wiedzieć, ile czasu jeszcze mamy.
– Ani chwili do stracenia.
Wyciągnął do niej rękę. Nie zdążyli jeszcze rozgrzać pościeli, ale Jordi nie potrzebował takiego zewnętrznego ciepła. Jego mógł uratować tylko wewnętrzny żar.
– Jordi, jest we mnie mnóstwo miłości, którą mogę ci dać, ale jest też we mnie wielka nieśmiałość, która w tym przeszkadza.
– Oboje jesteśmy tak strasznie niedoświadczeni w tej dziedzinie.
Chodź do mnie. Nie wolno tracić czasu na rozmowy.
Unni starała się przełamać swoje kompleksy, że się do niczego nie nadaje, i przysunęła się do niego. Czuła dotyk jego wyniszczonego ciała i wiedziała, że wszystko zależy od niej, całe jego fizyczne i psychiczne życie, i ta myśl pozwoliła jej się rozluźnić.
Nigdy przedtem nie mogli sobie dać najmniejszej nawet pieszczoty, ale teraz przytulili się mocno do siebie, Unni oparła mu głowę na ramieniu, twarzą dotykała jego szyi. Jordi oplatał ją ramionami i całował jej włosy.
Unni wyszeptała:
– Rozmawiać wprawdzie nie powinniśmy, ale chyba mogę ci powiedzieć, jak bardzo cię kocham?
– Oczywiście, że możesz – uśmiechnął się.
Przesuwała dłonie po jego nagim ciele, rozkoszowała się dotykiem skóry, która zaczynała odzyskiwać naturalną miękkość po oparzeniu.
– Zawsze cię kochałam, Jordi – mówiła cicho, wdzięczna, że panuje ciemność i skrywa jej rumieńce. – Od tamtej chwili, kiedy zobaczyłam cię na lotnisku. Może najpierw było to tylko zainteresowanie, ale kiedy wróciłeś i pomogłeś mi w kolejce po bilety, byłam stracona. Nieodwracalnie. Nie istniał dla mnie na świecie nikt prócz ciebie. Szukałam cię, najdroższy, szukałam latami, ale przecież nic o tobie nie wiedziałam i to doprowadzało mnie do rozpaczy. Musiałam cię znowu zobaczyć. Bo wyobrażałam sobie, że w twoich oczach było coś, co świadczyło, że i ty byłeś zainteresowany mną.
– Bo byłem – wykrztusił gorączkowo i Unni zrozumiała, że znalazł się znowu w tym na wpół martwym stanie, w jakim był, zanim Pedro wstrzyknął mu ostatnią dawkę kortyzonu. Środek przestał działać, Unni wiedziała, że lada moment Jordi znowu zapadnie w śpiączkę. Śmiertelną śpiączkę. Zaczęła mówić gorączkowo, pieszcząc jednocześnie jego twarz, ramiona, piersi.
– A kiedy w końcu znowu cię zobaczyłam w Stryn, Jordi, wtedy przez moment miałam ochotę rzucić ci się w ramiona, bo zdołałam sobie wmówić, że ty i ja należymy do siebie. Ty jednak słuchałeś głównie Antonia, zresztą dlaczego nie miałbyś tego robić? Ale, mój Boże, jak ja cię kochałam, najdroższy, i potem też nic się nie zmieniło, choć nie miałam odwagi ci o tym powiedzieć.
Uniosła się i oparła na łokciu. Jej wzrok padł na amulet leżący na nocnym stoliku. Wzięła go i włożyła Jordiemu do ręki. Czule całowała ukochanego w czoło, w policzki, w usta, robiła to jednak nieskończenie ostrożnie, bo nie wiedziała, czy jest przytomny czy nie.
Ale był.
– Amulet powinien należeć do ciebie – wyszeptał ledwo dosłyszalnie. – Kiedy to wszystko się skończy, weź amulet. Dlatego, że cię kocham. Kochałem cię równie długo jak ty mnie.
– Dziękuję, najdroższy, chętnie przyjmę ten dar. Teraz jednak trzymaj go mocno i myśl o dobrej czarownicy imieniem Urraca.
Wiesz, ona jest po naszej stronie, na pewno by sobie tego życzyła Żebyś został uratowany. Jordi, ja nie mogę ciebie utracić! Chcę przeżyć z tobą długie życie, mieć z tobą wnuki…
– Czy przypadkiem nie przeskakujesz pokoleń? – spytał z uśmiechem.
– Owszem, ale ty wiesz, co mam na myśli. Nie chcę się wyrażać tak wprost.
– Jest w tobie tyle nieśmiałości, Unni. Na tym zresztą polega twój wdzięk. Ale… nie mogę już mówić dłużej…
– Nie mów, oszczędzaj siły – prosiła przestraszona. – Ja spróbuję przekazać ci moje.
Unni jako dziecko miała w ogrodzie sosnę. Wyrosła z samosiejki, pewnie wiatr przywiał nasionko z pobliskiego lasu. Kiedy Unni poszła do szkoły, drzewko było równe jej wzrostem. Rodzice uważali, że rośnie w nieodpowiednim miejscu, że psuje doskonałą symetrię ich ogrodu, ale Unni prosiła, by sosny nie wyrzucać, a rodzice nie potrafili jej odmówić. Przypominała sobie teraz, jak brała w ręce gałązkę, dotykała igieł i prosiła: „Daj mi swoją wolę życia, przekaż mi swoje wrodzone tajemnice, to ja ci w zamian oddam moje życiowe siły i wszelką energię”.
Czasami słowa się zmieniały. Jak wtedy, gdy mając dwanaście lat, zakochała się w pewnym chłopcu, swoim rówieśniku, wtedy prosiła sosnę, by dała jej swoją urodę, a ona w zamian odda jej radość, nadzieję i siłę. Unni wkrótce zapomniała o chłopcu, ale sosna rosła i potężniała, dawała rozległy cień w ogrodzie.
Przychodziła do swojej sosny po tym, jak spotkała na lotnisku Jordiego. Głaskała jej rozłożyste gałęzie, dotykała szorstkiej kory pnia i szeptała: „Przyjaciółko moja, jestem taka nieszczęśliwa.
Spotkałam jedynego mężczyznę, którego chciałabym mieć. Jak zdołam go odnaleźć? Przekaż mi swoją życiową mądrość, swoją cierpliwość i spokój, a ja w zamian usunę brunatne igły spod twojego pnia…”
Dopiero później pojęła, że to całkiem naturalne, iż stare igły brązowieją, wtedy jednak martwiła się o swoją przyjaciółkę.
Nagle uświadomiła sobie, że całą tę długą historię o sośnie opowiedziała szeptem, myślała jednak, że Jordi wciąż jest nieprzytomny. Łzy popłynęły jej z oczu. Zaciskała powieki, by je powstrzymać, i pieszcząc jego wyniszczone ciało, mówiła dalej: