– Najdroższy, ukochany Jordi, daję ci całą moją energię, całą życiową siłę, jaką posiadam, przelewam na ciebie. Oddaję ci moje tak zwane magiczne zdolności, żeby mogły cię ratować. Przelewam na ciebie za pomocą pieszczot całą moją bezbrzeżną miłość, ty zawsze byłeś obiektem moich westchnień i tęsknoty, a teraz, kiedy jestem przy tobie, niczego innego już nie potrzebuję, więc wszystko, co we mnie jest, oddaję tobie, chcę poświęcić własne życie, bylebyś tylko był zdrowy. Jesteś silny, zapamiętaj to sobie, niewyobrażalnie silny, potrafiłeś przeciwstawić się wszystkim złym mocom, które na ciebie nastawały. Rycerze są po twojej stronie. Urraca chciałaby cię uratować, gdyby tylko mogła, a ja prosiłam ją, by mi użyczyła trochę swojej magicznej mocy.
Łzy wciąż toczyły się po policzkach Unni, płacz dławił w gardle i nie mogła już wydobyć z siebie ani słowa, ale przesyłała mu swoje myśli i dłońmi, które były ciepłe, ba, rozpalone do gorąca, czego nigdy przedtem nie doświadczyła, tymi gorącymi dłońmi wciąż gładziła jego ramiona, twarz, głowę. Podniosła się na posłaniu, klęczała nad nim pochylona i całowała go długo, bardzo długo.
Wargi Jordiego zdawały się być martwe, ale nie lodowato zimne, jeszcze nie, więc istniała jakaś iskierka nadziei, że nadal żyje.
Odsunęła się w tył, położyła mu ręce na piersi, gdzie znajdowała się największa rana. Trzymała je tam bardzo długo, przekazując życiową energię do płuc. Skóra Jordiego płonęła pod jej dotykiem, kiedy przekazywała mu swoją bezgraniczną miłość. Nieśmiałość, która dotychczas nie pozwalała jej pokazać, jak bardzo go kocha, zniknęła, Unni czuła się niezwykle silna. Przepełniała ją taka moc, że wprost nie mogła oddychać. Teraz nie tylko jej ręce miały uzdrawiającą silę, lecz całe ciało. Wydawało jej się, że tego nie zniesie, że tego już dla niej za wiele, ale mimo to nie przerywała.
Czuła pulsowanie krwi na skroniach, czuła, że uda Jordiego, których dotykała swoimi udami, robią się coraz bardziej gorące, przyciskała nogi do jego nóg, by je również rozgrzać, głaskała jego ramiona i cieszyła się, że pod jej dłońmi stają się ciepłe. A może to ciepło wypływa z jego ciała?
Przez cały czas szeptała z drżeniem:
– Kocham cię, kocham cię ponad wszystko na ziemi, mam tyle uczuć, które chcę ci dać, tylko nie wiem, jak to zrobić, byś mógł i pragnął je przyjąć.
Nie chciała wzywać rycerzy, bo to była chwila jej i Jordiego.
Uważała jednak, że i oni mogliby coś zrobić. Ale co? Tego nie umiała powiedzieć.
Choć w pokoju było ciemno, przez okno wpadało dość światła, by mogła widzieć, że Jordi ma zamknięte oczy, a twarz odprężoną jakby… jakby nie żył? Nie, odepchnęła od siebie tę myśl, nie chciała takich negatywnych uczuć, w niczym tu nie pomogą. Powinna zachować niezłomną wiarę w to, że zdoła go uratować.
Po chwili wahania zsunęła ręce niżej i dotknęła zapadniętego brzucha. Mój kochany, czy ty nic nie jadasz? myślała wstrząśnięta, ale przypomniała sobie zaraz, że to przecież nieprawda. Tylko że w ostatnich dniach przeważnie znajdował się w śpiączce, a ta odrobina, jaką zjadł dzisiaj, nie nasyciłaby nawet ptaka.
Choć ptaki jadają skandalicznie dużo, pomyślała. Takie dziwaczne komentarze do rzeczywistości przychodziły jej do głowy w najmniej odpowiednich momentach.
Przesuwała rozpalone dłonie po jego brzuchu i biodrach, kości sterczały mu pod skórą niczym noże, Unni aż jęknęła. Mój Jordi, myślała. Coście wy zrobili z moim Jordim?
Zsunęła lekko w dół jego szorty, choć nie za bardzo, i całowała te wychudłe biodra, pieściła wargami brzuch, leżała tak przy nim przez chwilę. A potem ruszyła w górę, całowała brzuch tam, gdzie znajduje się przepona, całowała żebra i dotykała ustami skraju uszkodzonej skóry. Zostało tam jeszcze kilka niewielkich strupów, poza tym płytkie oparzenie zabliźniło się już całkiem.
To wnętrze Jordiego potrzebowało wielkiej uzdrawiającej siły, by można go było uratować. Jordi znalazł się jedynie na skraju przestrzeni objętej ogniem Wamby, ale opary trującego ognia tak uszkodziły jego płuca, że normalny człowiek padłby martwy na miejscu. Fakt, że Jordi przeżył tak długo, stanowił niezbity i bolesny dowód na to, jak dalece on normalnym człowiekiem nie jest.
Serce Unni krwawiło. A jej miłość wzrastała, była teraz silniejsza niż kiedykolwiek przedtem.
Przerwała próby rozgrzania Jordiego dłońmi, położyła się tylko u jego boku, przytuliła się tak mocno, jak mogła, z policzkiem przy jego chudym ramieniu, a płynące z jej oczu łzy spadały na piersi Jordiego. Starała się otoczyć go ciepłem swoich uczuć, gorącym oddaniem, chciała, by zrozumiał, że ma w niej przyjaciółkę gotową ofiarować życie za to, by on mógł żyć.
Westchnęła cicho, czuła się rozpaczliwie bezradna. Oddała mu już wszystko, prawie nic nie zostało.
Powoli rozrastała się w niej przerażająca świadomość: ciało Jordiego stawało się coraz zimniejsze.
Nie! Nie! szlochało w niej wszystko. To nie może być koniec! Nie tak!
Nagle jednak przypomniała sobie. Uniosła głowę i spojrzała na zegarek.
Pół godziny dobiegło końca.
I o ile mogła się zorientować, stan Jordiego nie poprawił się ani odrobinę. Raczej przeciwnie.
Po prostu nie potrafiła nic zrobić. Nie umiała.
Ubrała się i wyszła do reszty towarzystwa. Zdumiało ją, że nadal jest dość wczesny wieczór.
Z kuchni docierały do niej fragmenty wesołej rozmowy Vesli i Antonia, najwyraźniej to oni podjęli się posprzątania po obiedzie.
Pedro i Gudrun pogrążeni byli w dyskusji na temat wpływu pogody na gospodarkę. Na górze, w pokoju Mortena, dudniła muzyka.
Gudrun pierwsza dostrzegła pełną rozpaczy minę Unni i zastukała w sufit do Mortena. Muzyka ucichła, Morten zszedł na dół. Antonio i Vesla wyszli z kuchni.
– Nie udało mi się – jęknęła Unni żałośnie. – Zajrzyj do niego, Antonio.
Antonio poszedł, a pozostali czekali w napięciu.
– Myślisz, że sprawy przybrały niedobry obrót? – spytała Gudrun cicho.
Unni potrząsnęła głową, oczy miała pełne łez.
– Moim zdaniem to nieodwołalnie zmierza do końca. On już się nawet nie porusza.
Zaczęła płakać, Vesla usiadła przy niej.
– Zrobiłaś, co mogłaś.
– Ale to nie wystarczyło.
Milczeli. Nikt nie miał nic więcej do powiedzenia. Po chwili wrócił Antonio.
– Możemy się zamienić na pokoje, Unni? Unni zerwała się z miejsca.
– Ale on chyba nie…?
– Żyje, żyje – odparł Antonio uspokajająco.
– Kiedy wychodziłam, leżał bez ruchu…
– Może teraz swobodnie oddychać. Nie wiem, Unni, co zrobiłaś, ale już samo to, że oddycha, jest wielkim krokiem naprzód. Nie kaszle, nie musi walczyć o powietrze.
Unni wydała z siebie cichy, nieartykułowany dźwięk i wszyscy zrozumieli to jako wyraz bezgranicznej ulgi.
– Ale – ostrzegł Antonio – Jordi jest jeszcze bardzo daleki od wyzdrowienia. Na to trzeba czasu.
– To zrozumiałe – powiedziała Gudrun. – Ale tak bardzo się wszyscy cieszymy!
– Czy mogę do niego pójść? – poprosiła Unni przejęta.
– Nie teraz. Jordi śpi – odparł Antonio. – Dałem mu zastrzyk i powinniśmy zostawić go w spokoju. Nie trzeba mu przeszkadzać.
– A co myślisz o mnie? – spytała Unni cichutko z niepewnym uśmiechem.
Antonio roześmiał się głośno. Widać było, że odczuwa wielką ulgę.
– Jest tak, ja mówiłem. Jordi jest wyjątkowym człowiekiem.
Jego wszechogarniająca dobroć sprawiła, że atak Wamby nie był w stanie go zniszczyć. Choć przecież bardzo mu zaszkodził. Ale miłość Unni, amulet, lekarstwa Pedra, a także sam Jordi połączonymi siłami zwalczyli zło.