– Oraz twoja biegłość lekarska – dodała Gudrun. – Wszystko to razem złożyło się na wielką moc. Wamba nie miał szans!
ROZDZIAŁ SZESNASTY
W hiszpańskim więzieniu dwaj strażnicy siedzieli przed monitorami, na których widać było wszelkie ruchy na korytarzach i większość tego, co działo się w celach. Przed sobą na stole mieli długi chleb oraz półmisek z szynką i serami, przed każdym stał kubek z piciem.
Była północ, pozostawało jeszcze wiele godzin do zmiany warty.
– Patrz, tamten znowu zaczyna – stwierdził jeden ze strażników ochryple. Jego kolega kulił się, spoglądając na ekran monitora. – Nic na to nie poradzę, ale na jego widok włos mi się jeży na głowie i przenika mnie dreszcz.
– On się nie nadaje do więzienia. Takich ludzi powinno się zamykać w domu wariatów. I wiązać skórzanymi pasami.
– I trzymać z opaską na oczach. To potwór.
– Powinno się takiego zastrzelić.
Przez chwilę siedzieli w milczeniu. Raz po raz któryś odłamywał kęs chleba i żul go. To znowu zjadał kawałek smakowitej, hiszpańskiej szynki i popijał głośno z kubka.
– Co on robi?
– Nie widzę dokładnie. To chyba jakiś rytuał czy co…
– Nawet ten jego koleżka się go boi. Facet powinien siedzieć w pojedynce.
– Na pewno! Widziałeś go bez koszuli?
– Widziałem. Nie daj Boże, wygląda jak dzikie zwierzę!
– Jak długo mamy go tu trzymać?
– Podobno ma stanąć przed sądem w przyszłym tygodniu.
– Mam nadzieję, że trafi na długo do więzienia. I nie będzie siedział u nas. Co oni na niego mają?
– Niewiele. Wkrótce znowu znajdzie się na wolności. Ale miał już przedtem wyroki, może to trochę pomoże.
– Całe szczęście. Nie chciałbym się z takim spotkać na drodze.
– Oj, nie! A czy ty też zauważyłeś to, co ja?
– Co takiego?
– Że z nim coraz gorzej.
– Rzeczywiście. Od czasu, kiedy go wsadzili, z każdym dniem jest gorzej. Parę dni temu pozwolili mu nawet na spotkanie z ukochaną, ale ona nie chciała mieć z nim do czynienia. Trzeba ci było zobaczyć jej twarz, kiedy uciekała z pokoju widzeń. Ten grymas przerażenia. A on dosłownie za nią ryczał. Wszyscy strażnicy musieli go trzymać.
– Pojąć nie mogę, co taka seksowna kobitka w nim widziała.
– Jego kumpel mówi, że jeszcze niedawno ten facet był całkiem w porządku.
– A co z tym kumplem? Jak to on ma na imię? Alfonso?
– Alonzo. Stary znajomy policji w wielu miejscach Hiszpanii. Ale żadnych dłuższych wyroków się nie dorobił. Taki drobny rzezimieszek.
– No, a panienka?
– Niekarana. Niedługo stąd wyjdzie, zresztą uwodzi sędziego.
Mówi, że jest Norweżką, ale obywatelstwo ma hiszpańskie.
– A reszta drani, których zgarnęliśmy?
– To płotki. Wiesz, tacy, co to szlifują podłogi w aresztach, ale przeważnie nie ma na nich nic konkretnego.
– Ale pracują dla tego, tam?
– Tak mi się wydaje. Teraz wszyscy są za kratkami, cała banda.
Podobno mają jakichś pomocników w Norwegii, ale tamtych też norweska policja wyłapała, więc akurat w tej chwili banda nie ma wielkiej wartości.
– Może nie – powiedział drugi ze strażników sceptycznie, ze wzrokiem skierowanym na to, co dzieje się w celi strasznego więźnia. – A może jednak.
Leon prosił i klął na przemian. Siedział na swojej pryczy i oczu nie spuszczał z zamka w drzwiach celi.
– Otwórz się – syczał przez zęby. – Otwórz się! Ja wiem, że potrafię cię do tego zmusić. Poczekaj, zaraz cię otworzę, ty przeklęty skoblu!
Koncentrował się ze wszystkich sił. Przekrwione oczy zaczynały go boleć, ręce to się zaciskały, to otwierały.
– Zapomniałem… Zapomniałem formułkę. Dlaczego, do cholery, tego nie pamiętam? Wszystko jest takie zamazane, niczego nie mogę sobie dokładnie przypomnieć.
Leon otarł pot z czoła.
– Dlaczego ta przeklęta Emma tak uciekała, jakby jej sam diabeł deptał po piętach? Już ja jej powiem, niech no tylko stąd wyjdę.
Wiem, że Alonzo też siedzi, ta kreatura. On się mnie boi. Ale Emmy teraz dostać nie może, a ja wyjdę stąd przed nimi. Żebym sobie tylko poradził z tym zamkiem, jak brzmi ta formułka? Myśl, Leon, myśl.
Formułka, której nauczyła mnie ta diablica, Urraca, zanim zerwała naszą współpracę. No i dlaczego to zrobiła? Moglibyśmy być niepokonani, gdybyśmy połączyli swoje magiczne umiejętności, uff, kręci mi się w głowie, wszystko jest takie niewyraźne, niczego nie mogę rozpoznać. Emma? Kim jest Emma? Nie znam żadnej Emmy.
Gdzie ja jestem? I kim jestem? Nie mogę się w tym całym zamieszaniu połapać. Wstał i zaczął szarpać kraty małego okienka w drzwiach celi. Ale te były mocne, przyspawane od góry i od dołu do stalowych drzwi. Nie ma możliwości, żeby je wyrwać.
– Wypuśćcie mnie! – ryknął. – W imieniu świętej inkwizycji wzywam was, wypuśćcie mnie stąd!
Za drzwiami pojawił się strażnik.
– Stul pysk, ty potworze! – syknął. – Obudzisz całe miasto!
W strasznej wściekłości Leon zdarł z siebie więzienną koszulę.
Strażnik gapił się na okropne sine znamię, jakie więzień miał na boku. Właściwie wyglądało ono obrzydliwie, jak wieloletnia rana, która nigdy się nie goi. Ale zrobiło się teraz większe, o wiele większe.
Z dreszczem obrzydzenia wrócił do pokoju strażników, odprowadzany ordynarnymi przekleństwami i wyzwiskami Leona.
Zamknął ciężkie drzwi na klucz i pogrążył się w ciszy dyżurki.
Jego towarzysz powiedział:
– Kogut zaczyna piać w sąsiednim obejściu. Dnieje.
– Dzięki niech będą Świętej Dziewicy – westchnął przybyły z ulgą. – Niedługo zjawi się dzienna zmiana.
ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY
Następnego dnia Antonio absolutnie zabronił, by ktokolwiek prócz niego odwiedzał Jordiego. Rekonwalescent potrzebował odpoczynku, dostał wszelkie niezbędne lekarstwa i już to samo było wielkim obciążeniem dla jego zniszczonych płuc. Teraz śpi i prawdopodobnie będzie spał też i przez następny dzień.
Wszyscy to, oczywiście, akceptowali. Wszyscy byli też zgodni co do tego, że nie należy podejmować tematu zagadki rycerzy, dopóki Jordi nie będzie mógł brać w tym udziału. Dzień zresztą mijał szybko, było mnóstwo pracy, jak to w nowym domu, do którego zjechało wiele osób.
Morten ćwiczył pod opieką Antonia i Vesli, którzy nachwalić się nie mogli, jak wielkie czyni postępy. Właściwie był wyrehabilitowany. Jakieś konsekwencje wypadku będzie, rzecz jasna, odczuwał zawsze, ale nie na tyle dokuczliwe, by nie mógł tego znieść.
Gudrun i Pedro wiele z sobą rozmawiali. Mieli mnóstwo wspólnych zainteresowań i to samo poczucie humoru – bardzo dyskretne, w typie raczej angielskim niż skandynawskim czy hiszpańskim. Różniące się od poczucia humoru Unni, nie mówiąc już o dość surowym dowcipie Mortena.
Unni pożyczyła od Vesli starą maszynę do pisania, niemal przez cały dzień siedziała w swoim pokoju i pisała. Morten proponował jej swój komputer, ale podziękowała, ta maszyneria budziła w niej pełen szacunku lęk.
Po południu wpadła na chwilę Flavia. Dzień spędziła na zakupach i teraz wszyscy dostali od niej małe, wzruszające upominki. Na obiedzie zostać nie mogła, bo umówiła się z dawną przyjaciółką.
Wszyscy rozmawiali ściszonymi głosami i chodzili niemal na palcach, by nie przeszkadzać Jordiemu. Antonio był im za to szczerze wdzięczny.
Następnego ranka Jordi się obudził i Unni mogła do niego na chwilę wejść. Leżał w czystej szpitalnej koszuli z krótkimi rękawami, którą Antonio przyniósł do domu, i z jednym ze swoich najcieplejszych uśmiechów wyciągał do Unni rękę.