Выбрать главу

Ona rozpromieniła się jak wschodzące słoneczko. Stała z ręką w jego dłoniach i patrzyła na niego z oddaniem, które o mało nie rozerwało jej serca na strzępy.

– Dziękuję za wczorajszy wieczór, Unni – powiedział Jordi tym głęboko zmysłowym głosem, który kiedyś wzbudził w niej tyle uczuć. – To znaczy przedwczorajszy, chciałem powiedzieć.

Ona przyjęła to z jeszcze szerszym uśmiechem. Nie zachowuj się jak idiotka, upominała sama siebie, ale była po prostu uszczęśliwiona.

– I dziękuję ci za historię o sośnie – mówił dalej Jordi. – To bardzo piękna opowieść i właśnie czegoś takiego potrzebowałem.

Uśmiech Unni zbladł.

– Słyszałeś ją? – spytała z wytrzeszczonymi oczyma.

– Kochanie, ja słyszałem wszystko. I wszystko czułem. Tylko nie byłem w stanie się poruszyć ani w żaden sposób nawiązać z tobą kontaktu.

– Oj – jęknęła Unni.

Jordi roześmiał się z wielką czułością.

– Ty naprawdę jesteś bardzo nieśmiała. I bardzo cię za to lubię.

Nie zniszczyłaś niczego zawczasu.

Zawczasu? zastanawiała się, a lodowate szpileczki sunęły w górę ramienia i paraliżowały jej rękę. Kochany, to było nasze pół godziny!

Nie mamy wiele szans być ze sobą tak blisko. Zapomniałeś?

Kiedy wciąż stała, czerwona jak piwonia, z pełnym bezradności wzrokiem, Jordi powiedział:

– Usiądź, proszę. Muszę ci porządnie podziękować. Przycupnęła na skraju łóżka, a on przyciągnął ją do siebie i całował tak długo, aż wargi zrobiły jej się całkiem fioletowe z zimna, a ona cała zesztywniała i znowu nie była w stanie się ruszyć.

Jordi dopiero teraz uświadomił sobie, co zrobił, i Z bolesnym jękiem wypuścił ją z objęć. Zasłonił twarz dłońmi.

– Tak mi przykro, Unni. Naprawdę bardzo mi przykro. Myślałem, że wciąż jeszcze trwają te cudowne chwile z przedwczoraj.

– Nic nie szkodzi – odparła zdrętwiałymi wargami. – Najważniejsze, że wiemy, jak bardzo się kochamy. Dzięki temu poradzimy sobie ze wszystkim.

Znowu spontanicznie wyciągnęła do niego rękę, ale natychmiast ją cofnęła.

– Ech, to beznadziejne, nie móc cię dotknąć ani się do ciebie zbliżyć, bo zaraz grozi katastrofa! Ale wiem, że mam twoją miłość, i to mi wystarczy – powiedziała z uśmiechem. – Na razie.

Jordi nie był w stanie jej odpowiedzieć.

– Antonio chce, żebym został jak najdłużej w łóżku – zmienił temat. – Ale ja protestuję. Nie wydaje mi się to konieczne. On twierdzi, że minie dużo czasu, zanim będzie mógł mnie uznać za całkiem zdrowego.

– Najważniejsze, że wszystko jest na dobrej drodze.

– Oczywiście! Kryzys minął. Dzięki tobie.

– Pomogła też Urraca i mnóstwo innych. Myślę jednak, że naprawdę potrzeba dużo czasu, żeby odtworzyć nieistniejące płuca.

– Niestety, to prawda. Ale zwycięstwo należy do nas.

Pokonaliśmy Wambę. Definitywnie i nieodwołalnie. To główna sprawa.

– Tak jest, pokonaliśmy go. Jesteśmy niezwyciężeni!

Flavia nie była rannym ptaszkiem, mimo wszystko jednak zdążyła przyjechać na lunch. Jeżeli chodzi o ścisłość, to wszyscy zaspali tego ranka i do śniadania po prostu nie miał kto siadać, w miarę, jak się pojawiali, każdy wypijał w kuchni kawę i już.

Flavia została poinformowana o stanie Jordiego i pozwolono jej wejść do niego na chwilę. Zastała tam Unni, która jednak zaraz się ulotniła, by dwoje starych przyjaciół mogło porozmawiać w cztery oczy.

Jordi czuł się na tyle silny, że zlekceważył zalecenia młodszego brata i nie chciał leżeć w łóżku.

– Albo będę mógł zejść do was – oznajmił Flavii. – Albo wy przeniesiecie się do mnie z lunchem.

– Znakomicie! – ucieszyła się Flavia. – Mam różne nowiny do przekazania, włóż więc na siebie coś przyzwoitego i możesz mi dotrzymywać towarzystwa przy stole!

No i było tak, jak chciała. Bo zazwyczaj było tak, jak chciała Flavia. Mimo że Antonio burczał coś na temat braku odpowiedzialności, Jordiemu pozwolono siedzieć przy stole. I mimo że był blady, chudy i wynędzniały, w jego oczach widzieli wolę walki.

– Miałaś nam przekazać jakieś nowiny, Flavio – przypomniał Pedro.

– No właśnie, i są to nowiny dosyć szczególne. Nie podobało mi się, że mieszkacie tak wszyscy razem. Ktoś mógłby zaatakować…

– Nie martw się, jesteśmy dobrze ukryci – uspokajał ją Morten.

– To prawda, ale istnieją możliwości wytropienia ludzi, jeśli tylko ktoś bardzo chce. Zatelefonowałam więc do hiszpańskiego więzienia, w którym siedzi Leon, żeby się upewnić, że on i jego kompani nadal są pod kluczem.

Zrobiła retoryczną pauzę.

– No i…? – niecierpliwił się Pedro.

– Są. Wszyscy, jak jeden mąż. Ale z Leonem coś się stało.

– Coś się stało? – powtórzył Antonio. – Mam nadzieję, że wszedł w drogę na przykład plutonowi egzekucyjnemu albo wpadł na minę czy coś w tym rodzaju i w konsekwencji zniknął z powierzchni ziemi.

– Niestety, nic takiego. On… W nim dokonuje się przemiana. Z dnia na dzień głębsza.

– Tylko nie mów, że stał się człowiekiem religijnym, bo nie uwierzę – stwierdził Jordi sucho.

– Nie, nie – Flavia mówiła tym samym tonem co Jordi. – To coś dużo gorszego. Coś trudnego do pojęcia. Zmienia się cała jego osobowość pod względem psychicznym, lecz także zewnętrznie.

– To możliwe? – zdziwiła się Vesla.

– Naprawdę niełatwo w to uwierzyć, ale tak jest. On się naprawdę zmienia. Pod wszelkimi względami staje się, jak mi mówiono, bardziej prymitywny, także głos mu się zmienił, stał się niski, ordynarny, on cały się jakby rozrasta, włosy ma siwe, potargane, ryczy i warczy na ludzi, odprawia jakieś dziwaczne rytuały czy ceremonie, zdające się nie mieć celu ani sensu. Sam sprawia wrażenie zagubionego, jakby nie pojmował tej przemiany, a wszyscy się go śmiertelnie boją. Nikt z jego bandy nie chce mieć z nim do czynienia. Emma okazuje mu obrzydzenie, a najgorsze jest to, że… Nikt z zebranych przy stole nie mógł jeść. Z niepokojem wpatrywali się we Flavię.

– Otóż on ma na boku jakąś ranę. Z początku wyglądało to jak plama na skórze, która go swędziała. Teraz to jest otwarta rana, która powiększa się z każdym dniem i na którą nie można patrzeć, taka jest obrzydliwa.

– Rana? – spytał Pedro dziwnie bezdźwięcznie. – Rana na prawym boku?

– Ech, nie bardzo wiem… No tak, to prawda, dyrektor więzienia mówił o prawym boku. Zgadza się. Skąd o tym wiedziałeś?

Pedro spojrzał na Unni i westchnął.

– Nie mam pojęcia, ile ty wtedy widziałaś, Unni. Być może tylko ja i Elio mogliśmy to zauważyć.

Unni siedziała nieporuszona. Domyślała się, co teraz nastąpi.

– Co ty chcesz powiedzieć, Pedro? – niepokoił się Antonio.

Hiszpan zwrócił się do Jordiego.

– Ty wiesz, prawda? Jordi skinął głową.

– Tak, chyba wiem, co masz na myśli, Pedro.

– No to powiedzcie nam w końcu! – poganiała ich Flavia niecierpliwie.

Pedro był w bardzo złym nastroju.

– Kiedy Wamba ruszył do ataku na Jordiego, strumień ognia ledwo musnął naszego przyjaciela. I Jordi jest dobrym człowiekiem.

Powiedziałbym nawet, nadzwyczaj dobrym. Ale kiedy odrąbał potworowi głowę, to ta głowa, spadając, trafiła w Leona, w jego prawy bok. A Leon dobrym człowiekiem nie jest, wprost przeciwnie.

Zaległa kompletna cisza. Cisza pełna grozy.

Unni dostała mdłości. Chwyciła rękę Jordiego i trzymała ją kurczowo, choć teraz on był znowu taki lodowato zimny jak dawniej.

– Więc ty myślisz – Morten zwrócił się do Pedra złowieszczym głosem. – Więc ty myślisz, że Leon jest na najlepszej drodze, by przemienić się w…