– W Wambę – dokończyła Vesla.
– Szczerze mówiąc na to wygląda, jakkolwiek nieprawdopodobnie to brzmi. Tylko co w tej historii nie jest nieprawdopodobne? Tak, jest tak, jak mówię. Leon został naznaczony stygmatem czarownika.
ROZDZIAŁ OSIEMNASTY
Wszyscy potrzebowali trochę czasu, by się oswoić z tą myślą.
Nie, nie, żaliła się Unni w duchu. Przecież nie dalej jak godzinę temu cieszyliśmy się oboje z Jordim, że Wamba został pokonany.
Tymczasem niczego takiego nie dokonaliśmy, raczej przeciwnie!
Leon i Wamba są teraz jednym, czy można sobie wyobrazić potworniejszą kombinację?
Najgorsze dla wszystkich było podejrzenie, że Leon mógłby przejąć magiczne zdolności Wamby. Wtedy byłoby z nimi naprawdę źle!
Przy stole zapanował nastrój przygnębienia, beznadziei i rozpaczy.
– Ciekawe, czy Leon wie, co się z nim dzieje? – zastanawiała się Gudrun.
Pedro posłał jej pospieszny uśmiech.
– Nie sądzę. Jest kompletnie oszołomiony, nie rozumie swojej sytuacji. Przypuszczalnie stoi jedną nogą tu, drugą tam, nie uważasz, Flavio, że tak właśnie jest?
– Też mi się tak wydaje. Bo przecież Leon nie jest chyba potomkiem Wamby? Ani też w przeszłości nie był czarownikiem?
– Nie, nic podobnego, Leon pochodzi od jednego z mnichów.
Nie, nie, Leon nigdy nie miał nic wspólnego z Wambą. Ma tylko ciało odpowiednie dla czarownika, który pragnąłby się odrodzić, ulokować swego ducha w ciele kogoś innego. Nie mógł wykorzystać do tego celu Jordiego, bo Jordi ma zbyt silny charakter. No a Leon świetnie się nadawał na ofiarę. Morten jęknął.
– Kiedy nareszcie będzie koniec tym wszystkim okropieństwom?
– No właśnie, ciekawe – westchnął Pedro.
Unni wyczuwała nastrój napięcia, panujący przy stole, całkiem niezwiązany z ponurym tematem rozmowy. Przyjmowała takie sytuacje bez entuzjazmu, najchętniej by się pozbyła tego rodzaju zdolności. Przyglądała się po kolei wszystkim zebranym. Morten był lekko naburmuszony, zresztą przeważnie taki bywał. Antonio wyglądał na zatroskanego. Nic dziwnego, ani nieoczekiwana zmiana w całej historii, ani stan Jordiego nie nastrajały optymistycznie.
Vesla sprawiała wrażenie nieobecnej duchem, jakby miała jakieś własne problemy. W końcu Unni napotkała spojrzenie Jordiego, dostrzegła w nim zachwyt i wyraz oddania, co odwzajemniła uśmiechem. Gudrun nigdy nie wyglądała lepiej niż dzisiaj, była zadowolona w jakiś inny sposób. Choć Unni przypomniała sobie, że przed południem, w kuchni, widziała Gudrun ocierającą ukradkiem oczy. Pedro przewodniczył zgromadzeniu, wyrażał się zwięźle i precyzyjnie, Flavia zaś uważnie oglądała swoje paznokcie, widocznie na lakierze porobiły się rysy.
Nie, Unni niczego szczególnego nie mogła zaobserwować. Mimo to miała wrażenie, że coś się tu dzieje.
Dlaczego raz po raz przypominała sobie słowa Flavii, że „istnieje wielu najodpowiedniejszych?” A może Flavii chodziło o Jordiego?
Może on ma inną?
Jaką inną, Boże drogi, już kiedyś taka myśl przyszła jej do głowy, ale ją od siebie odepchnęła. A Vesla? Co takiego dręczy Veslę?
Pedro zapytał zdecydowanie:
– Czy wszyscy zjedli?
– Ja nie jestem głodna – powiedziała Unni, a wielu ją poparło. Po prostu stracili chęć do jedzenia. Razem posprzątali ze stołu.
Pedro zaproponował, by zaraz potem zabrali się do odczytywania papierów, znalezionych w skarbie Santiago. Przystali na to chętnie, tylko Flavia miała najpierw życzenie:
– Dopóki jeszcze siedzimy przy stole… tak, proszę wszystkich, którzy stoją, żeby znowu usiedli. Jak wiecie, znaleźliśmy się w beznadziejnej sytuacji. To bardzo trudne…
Wyciągnęła ręce.
– Spójrzcie na mnie, drodzy przyjaciele, splećmy ręce w łańcuchu wokół stołu i pomódlmy się! O co, czy do kogo będziecie się modlić, to już wasz prywatny wybór, ale tak czy inaczej potrzebujemy wsparcia siły wyższej.
Zrobili, jak prosiła, choć początkowo z wahaniem. Unni nie powinna siedzieć obok Jordiego, to oczywiste, ale kiedy on wyciągnął rękę do Gudrun, krzyknęła:
– Nie!
Wszyscy spojrzeli na nią pytająco.
– Przepraszam – szepnęła. – Ale mam wrażenie, że Gudrun też wyczuwa chłód Jordiego.
– To prawda – potwierdziła babka Mortena. – Może nie tak intensywnie jak ty, ale rzeczywiście marznę w pobliżu Jordiego.
Skąd o tym wiesz?
– Przypomnij sobie nasze pierwsze spotkanie, Gudrun. Kiedy jechaliśmy do Gramannsgard i ja siedziałam obok Jordiego w samochodzie, to ty wiedziałaś, z czyjego powodu tak okropnie marznę. Musiałaś wyczuwać płynące od niego zimno.
– Masz rację, wyczuwałam.
Morten, jak zwykle, zgłaszał mnóstwo zastrzeżeń.
– Dlaczego akurat ty, babciu, to czujesz? Przecież nie jesteś zakochana w Jordim?
– Oczywiście, że nie – odparła Gudrun. – Ale my z Jordim od samego początku mieliśmy szczególne zrozumienie dla innych, prawda, Jordi?
– Prawda – przytaknął. – Zrozumienie dla bliźnich. Nie potrzebujemy żadnych słów, po prostu więcej czujemy.
– Jakie to piękne – westchnęła Vesla. – Szczerze mnie to wzruszyło.
– I mnie – przytaknęła Unni.
– Ale przecież wszyscy lubimy Jordiego – wtrącił Morten.
– Tak jest – potwierdził Pedro. – Tylko widzisz, w uczuciach jest tak wiele niuansów.
– Mówcie, mówcie dalej, jak bardzo mnie lubicie – śmiał się Jordi.
Bardzo to poprawiło nastrój. Zamienili się miejscami, Jordi otrzymał „neutralnych” sąsiadów, łańcuch został zamknięty.
Unni nie bardzo wiedziała, do kogo ma się modlić. Zwykle zwracała się do bardzo wielu świętych, duchów, aniołów i kogo tam jeszcze na raz. A teraz nawet nie zdążyła się zdecydować, gdy Flavia już uniosła głowę i rozerwała łańcuch.
– To były bardzo uroczyste minuty – westchnęła. – To co, Pedro, możemy spojrzeć na papiery?
Kiedy poszedł je przynieść, Unni i Vesla przekomarzały się na temat, która z nich pierwsza przeczyta grzeszne pamiętniki Estelli.
Unni wygrała argumentem, że zna hiszpański lepiej niż Vesla.
Pedro, który tymczasem wrócił, ostudził ich zapał. Dziennik, czy jak to nazwać, powinien poczekać, najpierw trzeba przejrzeć inne papiery.
– Masz dość sił, by nam towarzyszyć, Jordi?
– Za nic na świecie z tego nie zrezygnuję, ale… czy mógłbym usiąść na kanapie?
Pedro zatroszczył się, by wszyscy mieli wygodne miejsca. Jordi zajął połowę kanapy, nogi oparł na kolanach Gudrun, siedzącej na drugim jej końcu. W pokoju znajdowała się jeszcze jedna kanapa, a właściwie duży narożnik, na którym rozsiedli się Vesla i Antonio, Unni i Morten. Dla Flavii i Pedra były wygodne fotele. Wszystkie te wspaniale meble zostały tutaj przywiezione z małego mieszkanka Vesli. To była jej największa inwestycja, kiedy zamieszkała samodzielnie. No i teraz bardzo się przydały.
– Jest tu kilka spraw, które mnie bardzo zainteresowały – zaczął Pedro, przekładając ostrożnie rozpadające się arkusze i odkładając na bok te, których na razie nie potrzebował. Z listem dona Felipe już skończyliśmy. Z drzewem genealogicznym też. Teraz chciałbym się zapoznać z tak zwaną teorią Santiago i z tym prastarym listem…
Pedro jest dzisiaj jakiś nieswój, zauważyła Unni. Czy to z tego zmartwienia zrobił się taki nerwowy? I to przez cały dzień, nie dopiero teraz, kiedy usłyszeli szokujące nowiny na temat Leona.
Jego szczupła, szlachetna twarz była ściągnięta i skoncentrowana, bardzo rzadko spoglądał na otaczające go osoby. Jakby miał jakiś dylemat lub na przykład dręczył go konflikt sumienia, Unni nie potrafiłaby tego określić.