Выбрать главу

Pedro mocno ściągnął brwi.

– Dziwne – rzekł. – Niech no jeszcze raz spojrzę… Tu mamy drzewo genealogiczne, tu jakieś mało interesujące papiery. List dona Felipe… – Przejrzał wszystko jeszcze raz, zajrzał do skrzynki. – Tu też nie ma! Ani teorii Santiago, ani tego starego listu!

– Co u licha? Wszyscy byli głęboko poruszeni.

– Jak się to mogło stać? – zawołała Flavia przerażona. – Czy może ktoś z was to wziął?

Wszyscy stanowczo zaprzeczali.

– Nikt niczego nie pożyczył? – spytał Pedro jeszcze raz bardzo stanowczo. Teraz wyraźnie było widać, że to człowiek władczy, nawykły do zarządzania. Z pewnością często się zdarza, że ludzie przed nim drżą.

Na chwilę zaległa kompletna cisza, potem Unni powiedziała niepewnie:

– Ja sobie niczego nie pożyczyłam. Ale wtedy, w Saragossie, pamiętacie, kiedy Pedro wziął Jordiego do siebie, żeby przy nim czuwać, Elio i ja weszliśmy jeszcze do pokoju Jordiego. I ja spytałam Elia, czy myśli, że mogłabym przejrzeć papiery, które leżały na stole.

On się wahał, w końcu jednak przystał na to pod warunkiem, że będę bardzo ostrożna. Naprawdę bardzo się starałam. Starego listu w ogóle nie dotykałam, natomiast siedziałam dość długo i przepisałam kawałek „teorii Santiago”. Tego w ogóle były dwie strony, a ja przepisałam jakieś dwie trzecie pierwszej. Przerwałam, bo to było dla mnie za trudne. Ale zapewniam, że odłożyłam papiery na miejsce, bardzo ostrożnie i starannie, schowałam je do skrzyni, a drzwi pokoju zamknęłam na klucz. Mogę złożyć przysięgę.

Pedro miał ponurą minę. Unni została uratowana przez Flavię.

– Tak było, ja je przecież widziałam. W gospodzie w Niemczech, wtedy jeszcze znajdowały się na miejscu.

Jordi również przytakiwał. Pedro przyjął wyjaśnienia.

– Musiały zginąć później. Ale kiedy? Zastanawiali się. Cała czwórka, która podróżowała samochodem: Pedro, Flavia, Unni i Jordi, myślała z takim natężeniem, że mało brakowało, a słychać by było trzask. Kiedy, kiedy, na Boga, zostawili skrzynkę bez opieki? A poza tym zawsze zamykali samochód.

– Jest jeden wątpliwy moment – stwierdziła Flavia. – Przedwczoraj wieczorem, już tutaj. Zapomnieliście przecież skrzynkę w samochodzie.

– Masz rację, zapomnieliśmy – przyznał Pedro. – I samochód nie był zamknięty.

– Ale nikt nie mógłby znaleźć skrzynki w tajnym schowku za bagażnikiem – protestowała Unni.

Odpowiedziała jej Flavia:

– Kiedy zamierzałam przedwczoraj wieczorem wyjechać, skrzynka była nie w tajnym schowku, ale w bagażniku, stała sobie w kącie.

– Ja też to pamiętam – potwierdził Antonio, który przynosił skrzynkę do domu. – A ty, Flavio, jej nie przestawiałaś?

– Nie, no coś ty? Ja jej dotknęłam tylko raz, w Niemczech. Nie zdołałabym jej podnieść, bo jest ciężka jak ołów.

– Ona jest z ołowiu – wtrącił Pedro. – Czy któreś z was wyjmowało ją ze schowka za bagażnikiem?

Antonio głośno myślał:

– Wyjmowaliśmy z tego schowka różne rzeczy. To przecież możliwe, że przestawiliśmy skrzynkę, wcale się nad tym nie zastanawiając.

Roztrząsali sprawę na wszystkie strony, zawsze tak jest, kiedy coś zginie, i wszyscy czuli się kiepsko. Lęk przed podejrzeniem, spekulacje, kto z pozostałych mógł być winien, żal za utraconym…

Antonio zatelefonował do więzienia, w którym siedział Kenny i reszta norweskich współpracowników Leona. Ale cała grupa nadal pozostawała za kratkami, bo wszyscy mieli jakieś dawne sprawki na sumieniu.

Dla pewności Pedro sprawdził jeszcze raz, czy i hiszpańscy więźniowie nie wydostali się na wolność. Nie wydostali się.

Hiszpański arystokrata oparł się wygodnie w fotelu.

– Wiemy na pewno, że Leon nie ma więcej współpracowników.

Przypuszczam, że nigdy nie chciał dzielić się zdobyczą ze zbyt wieloma ludźmi. Cokolwiek by było tą zdobyczą, czyli tym skarbem, którego szuka. – Pedro długo i z powagą przyglądał się zebranym. – A to by znaczyło, moi przyjaciele, że w tej sprawie istnieje jeszcze trzeci uczestnik. I że znajduje się on tutaj, w Norwegii. Poza tym wie, gdzie my mieszkamy!

ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY

– Trzeci uczestnik? – jęknęła Vesla, – To chyba niemożliwe!

Pedro się zastanawiał. Właściwie głośno myślał:

– Jeden z norweskich kompanów Leona musiał się wygadać, może w jakimś barze, przy piwie, pochwalił się komuś niezainteresowanemu? I ten ktoś uległ gorączce poszukiwaczy skarbów?

– Tak, tylko co właściwie jakiś skarb ma z tym wspólnego? – zapytała Unni niecierpliwie. – Nie słyszeliśmy przecież o żadnym skarbie w związku z tragedią rycerzy.

– Nieprawda, słyszeliśmy – zaprotestował Jordi. – Nie mogę sobie tylko przypomnieć, w jakim kontekście to było. Ale, niezależnie od okoliczności, dla nas skarb jest bez znaczenia.

Wszyscy się z nim zgadzali. W ich przypadku należało rozstrzygnąć sprawy życia i śmierci. Problemem był wyścig z czasem.

I właśnie czas martwił Unni coraz bardziej. Antonio wyraźnie powiedział, że Jordi musi odpoczywać, i to bardzo długo. Z tą raną, jaką otrzymał, powinien już dawno nie żyć. Teraz jednak dostał jeszcze jedną szansę na wyzdrowienie. Nie wolno tej szansy zaprzepaścić.

Unni rozumiała to bardzo dobrze, ale czas, czas naglił! Bez Jordiego zaś pozostali niewiele byli w stanie zdziałać.

– Nnno, Unni – cedził Pedro złowieszczym głosem, ale z wesołym błyskiem w oczach. – Twoja niesubordynacja wyjdzie nam chyba mimo wszystko na dobre.

– Jak to? – zdziwiła się niemądrze.

– Szczerze mówiąc to niewybaczalne, że nie pytając mnie ani Jordiego o pozwolenie, przeglądałaś papiery. Teraz jednak może się to przydać.

Unni zdążyła tymczasem zrozumieć, o co chodzi. Zerwała się z miejsca i szybko przyniosła swój koło – notatnik. Opadła razem z nim na kanapę. Morten próbował ukradkiem zaglądać w notatki, ale ona gwałtownie się cofnęła.

– Taki jesteś ciekaw moich tajemnic?

– Tajemnic, ha! I co tam zapisujesz? „Dzisiaj kupiłam torebkę lukrecjowych cukierków?”

– To nie jest pamiętnik – odparła Unni z godnością. – A poza tym tobie od lukrecji skacze ciśnienie, więc się lepiej zbadaj, podglądaczu!

Morten zrobił żałosną minę.

– Boże, jak mi brakowało tych kłótni z tobą, Unni – mruknął. – Wszystko się teraz zrobiło takie poważne.

– No właśnie – westchnęła. – Wielka szkoda. Szukała w notatniku odpowiedniej strony, zebrani wokół niej zauważyli, że notatnik jest zapisany prawie do końca. To nie pamiętnik? W takim razie co?

– Obawiam się, że moje pismo nie jest zbyt wyraźne – zaczęła.

– Tak? To jest pismo? – pisnął Morten. – Myślałem, że przestraszone kurczęta nabazgrały to pazurami!

Unni nie zaszczyciła go odpowiedzią.

– Będzie więc najlepiej, jeśli przeczytam to sama. Zaczęła:

– „CUENTOS”. To znaczy bajki, prawda?

– Ależ kochani! – zawołała Vesla. – Nie będziemy przecież czytać bajek! W naszym stuleciu!

– Dlaczego nie? – zdziwiła się Unni. – Powiedzmy „Opowieści dwóch tysięcy i jednej nocy”…

– Do rzeczy! – upomniał je Antonio.

– Dobrze. Niewiele zdążyłam przepisać – wyjaśniała Unni. – Jeśli ja bazgrzę, to z Santiago było pod tym względem jeszcze gorzej.

Potwornie trudno mi było odczytywać jego hiszpańskie pismo. Poza tym minęło sto lat, teraz pewnie pisze się inaczej. No więc – dodała pospiesznie, widząc, że przyjaciele zaczynają tracić cierpliwość. – Stwierdziłam, że na pierwszej stronie została spisana jedna cała bajka i pól drugiej. Pierwsza to najwyraźniej była znana bajka o lesie, wielkiej górze w tym lesie, trollu mieszkającym we wnętrzu tej góry i tak dalej. Zostawiłam to i zajęłam się następną.