Выбрать главу

– To mogło być rozsądne, mogło też być głupie – oznajmił Pedro. – Czytaj!

– Dobrze. Ta bajka miała tytuł: „LAS AGULAS TRES ENSENAN EL CAMINO”. Czy dobrze rozumiem, że to znaczy: „Orły trzy wskazują drogę”?

– Zdolna jesteś – pochwalił ją Pedro.

– Dziękuję – rozpromieniła się Unni. – Myślę jednak, że byłoby lepiej, gdybyś to ty czytał i od razu tłumaczył. Ja mogę siedzieć przy tobie i podpowiadać, gdyby moje pismo było za bardzo nieczytelne.

Tak zrobili i Pedro zaczął czytać: „Orły trzy wskazują drogę.

Istnieje pewna droga, ukryta w lesie tak dokładnie, że dęby milczą, a orchidee porastające ziemię odwracają się, gdybyś je pytał. Tylko ten, kto zna szlaki orłów, może…”

Pedro spoglądał na Unni sponad okularów.

– To już wszystko? – Bardzo mi przykro. Tu przerwałam. To było zbyt skomplikowane.

– Tak, widzę, że źle odczytywałaś niektóre litery. Musiało ci nie być łatwo. Tym bardziej ci dziękuję, że opuściłaś pierwszą bajkę i zabrałaś się za tę. Dzięki tobie mamy nowe, dobre informacje.

Vesla była wściekła.

– To szaleństwo, że jakiś idiota siedzi na całym tekście!

– No właśnie. I wspomniany idiota może podjąć pościg w każdej chwili. Straszna szkoda, że tak się stało!

– Coś jednak mamy – pocieszał go Antonio. – „Orły trzy wskazują drogę”.

– Dęby i orchidee – zastanawiał się Jordi. – To bez wątpienia daleko na północy.

– W Pirenejach rośnie mnóstwo orchidei – przytaknął Pedro. – Ale dęby? Występują w niewielu miejscach. Wyjątkiem są wielkie dąbrowy w Sierra de Ancares. Tylko że to leży… Unni, gdzie twoja wspaniała mapa?

Przyniosła mu ją błyskawicznie. Pedro szukał.

– No tak, tak jak myślałem. Góry Ancares to akurat granica trzech krain: Galicii, Asturii i Leon. Ale twoim zdaniem, Unni, rycerze jechali na północ. Musieli zatem jechać z południa, z Leon. A z tą częścią kraju my nie mamy nic wspólnego.

– Czy kiedyś Asturia i Leon to nie była ta sama kraina?

– Owszem, ale nie w piętnastym wieku. Bo wtedy to Leon już dawno przejęło dawną Asturię. I władzę. Nie, rycerze nie przybyli stamtąd, to mogę gwarantować.

Unni studiowała mapę.

– Mogli natomiast przybyć z południowo – wschodniej Galicii.

– I posuwali się wzdłuż granicy z Leon? No, owszem, tylko że to skalisty teren, w wielu miejscach trudno dostępny. A oni musieli wyruszyć z jakiegoś zamku, czy klasztoru, gdzie mieszkało wiele ludzi. Z mapy nic takiego nie wynika.

– Uważam, że powinniśmy rozpatrywać teren bliżej Pirenejów – powiedział Jordi. – Albo może wschodnie części Gór Kantabryjskich.

Powinniśmy się trzymać wzniesień, prawda, Unni?

– Tak. Z głębokimi przełęczami wśród gór. I porosłych starymi lasami, zwłaszcza pod koniec podróży.

Odezwał się telefon komórkowy Flavii. Włoszka przeprosiła i wyszła do przedpokoju.

– Unni – powiedział Antonio z naciskiem. – Mogłabyś sobie przypomnieć, czy w tamtej podróży, kiedy obserwowałaś rycerzy, nie było czegoś, co mogłoby mieć związek z orłami?

Zastanawiała się bardzo długo, wysiłek było widać na twarzy.

– Nie – odpowiedziała w końcu stanowczo. – Żadnych orłów.

– A czy w ogóle coś widziałaś?

– No, oczywiście! Rozległe równiny. Szczyty gór w oddali.

– A domy? Ludzi?

– Żadnych ludzi. Zresztą po większej części była noc. Ale dość jasna, widziałam sporo. Poza tym w dzień też jechaliśmy. Ale domy…? Mam takie wrażenie, jakbym pamiętała jakiś klasztor na zboczu góry. I…

Czekali.

– I jedną wieś.

– Tylko jedną? Niepewność.

– Tak. Tylko jedną. Z czymś, co mogło przypominać gospodę.

Dużą. Dach porośnięty trawą. A może to była strzecha? Ale co to ma za znaczenie. To, co widziałam, pochodziło z piętnastego wieku.

– Jasne. Jednak wieś może jeszcze istnieć. W każdym razie jakieś ślady po niej – rzekł Pedro.

– Mogła się też rozrosnąć i teraz jest to duże miasto – wtrącił Antonio niezbyt optymistycznie. – Natomiast klasztor to mógłby być trop.

Wróciła Flavia, widać było, że coś jej leży na sercu.

– Muszę wracać do Włoch prędzej, niż myślałam. Dzwoniła moja siostra. Mama zachorowała i jest z nią źle.

– Jakie to przykre – zapewniali ją wszyscy, rozumiejąc własne słowa podwójnie. Nie chcieli właśnie teraz rozstawać się z Flavią.

Przerwali pracę nad papierami. Gudrun poszła do kuchni, by zrobić coś z panującym tam bałaganem.

– Ja ci pomogę, babciu – Morten zerwał się z miejsca.

Towarzyszyły mu złośliwe komentarze: „Co takiego? Morten do kuchni?”, „Morten, źle się czujesz, chłopcze?” i tak dalej, w tym samym stylu. Ale on nie reagował.

– Muszę teraz jechać do miasta – oznajmiła Flavia. – Powinnam załatwić bilet i masę innych spraw. Wybierzesz się ze mną, Pedro?

Ten się wahał.

– Może później, moja droga. Antonio będzie taki dobry i mnie zawiezie, mam nadzieję. Zamów dla mnie pokój w hotelu, dobrze?

Flavia wyglądała na zakłopotaną.

– Pokój w hotelu? Ale… – głęboko wciągnęła powietrze. – Oczywiście, że zamówię dla ciebie pokój.

– Dziękuję ci. Zjemy razem kolację, tylko ty i ja!

– Załatwię i to – odparła Flavia ze sztywnym uśmiechem.

Wszyscy odprowadzali Flavię do przedpokoju, pomagali jej włożyć płaszcz, żegnali się na wypadek, gdyby następnego dnia nie mogła już przyjechać, a ona obiecywała, że będzie z nimi w kontakcie. Martwiła się, jak oni, tym trzecim, nieznanym uczestnikiem gry.

– Ja też się martwię – zawołał Morten z kuchni. – I żałuję, że się pytałem, kiedy będzie koniec tych nieszczęść. Nie powinienem był tego mówić, bo zanim jeszcze skończyłem, to już spadło na nas nowe.

Słuchacze mieli ponure miny. Sytuacja w żadnym razie nie nastrajała do żartów. Unni westchnęła gniewnie.

– Wiecie, kogo nienawidzę najbardziej w tej całej zaplątanej historii? – spytała.

– Nie.

– Tego, co zamordował Santiago. Emile.

– No, to prawda – przytaknęła Vesla.

– Mara na ten temat własną teorię – mówiła dalej Unni. – Najpierw jednak muszę ją dokładnie opracować i sprawdzić.

I znowu ze zdziwieniem stwierdziła, że między wieloma mieszkańcami domu panuje jakaś dziwnie napięta atmosfera.

Nie mogła też pojąć, dlaczego nieoczekiwanie zrobiło jej się żal tej silnej, eleganckiej, światowej Flavii. Coś w jej zachowaniu martwiło Unni. Sprawiała wrażenie bardzo smutnej i bardzo samotnej.

Ale może to choroba matki tak ją niepokoi?

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY

– Jak to miło z twojej strony, że chciałeś mi pomóc, Morten – mówiła w kuchni Gudrun. – Może mógłbyś włożyć brudne naczynia do zmywarki?

– Oczywiście! Ale, kochana babciu, całą szyję masz pokrytą czerwonymi plagami! Można by pomyśleć, że wkroczyłaś w okres klimakterium. Przypominasz ciotkę z czasów, kiedy to przechodziła.

Też tak wyglądała.

– Dziękuję ci za komplement, moje dziecko! Nie. Jestem tylko trochę spięta. Wszystko jest takie nowe dla mnie. I wciąż tyle się dzieje!

– Ale wygląda mi na to, że coś cię martwi?

– Myślisz, że to by było bardzo dziwne? Ale dość już o mnie. Jak ty się czujesz?

– Ja? Bardzo dobrze. Zycie stało się naprawdę ekscytujące. A poza tym prawie całkiem wróciłem do zdrowia.

– Tak, to wspaniałe!

Morten kręcił się jednak po kuchni z taką miną, jakby go coś dręczyło. W końcu wykrztusił: