– Babciu… Jeśli ktoś ma naprawdę dobrego przyjaciela, który znalazł się w tarapatach… To czy powinien temu przyjacielowi pomóc?
Gudrun zdążyła się pogrążyć we własnych myślach.
Odpowiedziała nieobecna duchem:
– Jasne, że powinien. To jego obowiązek wobec przyjaciela. Czy mógłbyś mi zdjąć tę małą tarkę, z tamtej półki?
Morten również pracował jak automat, nie zastanawiał się nad tym, co robi. Na jego twarzy malowało się teraz wielkie zdecydowanie, ale to akurat nie miało nic wspólnego ani z kuchnią, ani z tarką.
Otrzymał odpowiedź, jaką otrzymać pragnął.
– Jeśli już ci do niczego więcej nie będę potrzebny, babciu, to chyba mógłbym sobie pójść?
W drzwiach wpadł na Pedra. Gudrun posługiwała się tarką tak niezdarnie, że skaleczyła rękę.
Pedro rzucił się do pomocy, przyniósł plaster, zakładał opatrunek.
– Babciu, mógłbym pożyczyć twój samochód? – spytał z pozoru bardzo obojętnie Morten następnego ranka.
Gudrun spojrzała na niego uważnie.
– Możesz. Pod warunkiem, że masz już stopy na tyle sprawne, by przyciskać pedały.
– Oczywiście! Od dawna trenuję na podwórzu.
– Daleko się wybierasz?
Odpowiedź zabrzmiała jeszcze bardziej nonszalancko.
– Mam coś do załatwienia w Oslo.
Gudrun trochę to zmartwiło, bo w miejskim ruchu najtrudniej dać sobie radę. Morten jednak obiecał, że zostawi samochód na parkingu w znacznej odległości od centrum i dalej pojedzie taksówką, pozwoliła mu wziąć samochód. Chłopak ma przecież dwadzieścia cztery lata.
– Coś się tak wystroił? – spytała Unni w przedpokoju. – Wybierasz się na randkę?
– Może – odpowiedział tajemniczo. – Wszyscy się tu podzielili na pary, tylko ja czuję się niechciany.
– Co za głupstwa! Mogłabym się z tobą zabrać na pocztę?
Morten się, rzecz jasna, zgodził, pobiegła więc po kopertę z nieznaną osobom postronnym zawartością. Oczy jej lśniły.
– Właściwie chyba nie powinniśmy się afiszować aż tak otwarcie – zastanawiał się Morten w samochodzie. – Chociaż, z drugiej strony, kryjówka i tak została ujawniona.
– Masz rację – przyznała Unni, rozglądając się jednak wokół, czy nie ma gdzie jakiego szpiega. Nikogo nie było widać.
– Stop! Minąłeś pocztę! – zawołała po chwili. Morten wysadził ją i ruszył wolno w stronę Oslo.
Unni nadała list i piechotą wróciła do domu, by siedząc w kącie pokoju Jordiego, rozmawiać z nim z daleka.
Taksówka zatrzymała się przed hiszpańskim konsulatem. Morten zapłacił i przez dłuższą chwilę stał przytłoczony elegancją imponującego budynku. Serce biło mu głośno, raz po raz odchrząkiwał zdenerwowany. Optymistyczny nastrój, w jakim opuszczał dom, teraz gdzieś się ulotnił.
Dukał najpierw w recepcji niezrozumiale, w końcu został skierowany do sekretarza, kobiety, która wysłuchała jego historii.
– I ja wiem, że Emma jest niewinna – zakończył z zapałem. – Ona wpadła w szpony złych łudzi. Jestem gotowy za nią poręczyć, jeśli tylko władze pani kraju zechcą ją wypuścić na wolność.
Słuchająca go Hiszpanka westchnęła cicho. Oznajmiła Mortenowi, że wiele zrobić nie może, ale zadzwoni mimo wszystko do dyrektora więzienia w Hiszpanii i wypyta o wszystko, co nie jest tajemnicą.
– Och, dziękuję – odetchnął Morten, a potem wysłuchał długiej rozmowy po hiszpańsku, z której zrozumiał niewiele.
Wreszcie pani sekretarz odłożyła słuchawkę.
– Pańska przyjaciółka i tak miała być niedługo zwolniona, ponieważ, jak twierdzi, była jedynie statystką w całej sprawie, poza tym nigdy przedtem nie była karana. Dyrektor przyjął też pańskie zapewnienia o jej niewinności, w żadnym razie jej to nie zaszkodzi.
Morten dziękował i kłaniał się, czuł, że nogi ma już naprawdę sprawne, mógłby tańczyć, gdyby chciał.
Spełnił oto szlachetny uczynek i to go uskrzydlało.
Gdy tylko znalazł się na parkingu, gdzie zostawił samochód, natychmiast zadzwonił do hiszpańskiego więzienia, do którego numer dostał w konsulacie. Poprosił o chwilę rozmowy z Emmą.
Musiał bardzo długo czekać. Rany boskie, ile to będzie kosztowało? zastanawiał się. Mam nadzieję, że babcia nigdy nie zobaczy moich rachunków.
W końcu po tamtej stronie odezwał się zachrypły głos Emmy.
– Nie, Morten? Skąd ty dzwonisz? Wytłumaczył.
– No, a gdzie teraz mieszkasz? Także i tego się dowiedziała.
– I załatwiłem sprawy tak, że już niedługo cię wy – puszczą.
– Wspaniale! Morten, jesteś aniołem!
Rozmawiali jeszcze dość długo. Emma chciała wiedzieć tyle rzeczy. Co się dzieje z nimi wszystkimi, co robili i tak dalej. Morten popadł w konflikt sumienia. Nie miał prawa nikomu opowiadać o rycerzach i ich zagadce. Ale to przecież tylko Emma. Ona może wiedzieć.
Skończyło się na tym, że obiecał coś niejasno, opowie jej wszystko, kiedy się spotkają, mówił, bo tutaj nie może rozmawiać swobodnie.
Emma zapowiedź spotkania przyjęła z entuzjazmem i napomknęła, że będą kontynuować od punktu, w którym skończyli ostatnio, bo ona bardzo za nim tęskniła.
Morten miał kłopoty z oddychaniem, tak go to uszczęśliwiało.
Wsiadł do samochodu i w radosnym oszołomieniu pojechał na południe.
W hiszpańskim więzieniu Emma wróciła do swojej celi.
– No i o to właśnie chodziło – mruczała pod nosem. – Mój mały, głupi, nudny Morten! Teraz trzeba jak najszybciej wydostać stąd Alonza.
Z Leonem skończyła definitywnie. Zrobił się obrzydliwy.
Ale Alonzo! Alonzo jest słodziutki. I zdążyła już wzbudzić w nim płomienne pożądanie. Wystarczy kontynuować to, co rozpoczęte!
JEDNOCZEŚNIE
Pięciu dumnych, czarnych rycerzy zebrało się na zboczu wzgórza z dala od domu, mimo to z widokiem na niego.
„Powinniśmy być teraz u najsilniejszego”.
„Tak. Powinniśmy przyczynić się do jego uzdrowienia. Ale dzięki lekarskiej wiedzy brata i miłości dziewczyny moc czarownika została złamana. Musimy tylko dokończyć dzieła”.
„Tylko że naczynie z maścią utrudnia nam zbliżenie się do niego.
Jak mamy przekazać, że pragniemy mu pomóc?”
„Im nie wolno spuszczać oczu z naczynia z maścią.
Powiedzieliśmy im to jasno i wyraźnie. Dlaczego nie zdążyli jeszcze unicestwić pudełeczka?”
„Na parę godzin zapomnieli o naszych ostrzeżeniach i teraz muszą się borykać z nowymi trudnościami”.
„Niech będzie przeklęty złodziej, który ukradł ważne dokumenty naszego rodu! Czyż nasi potomkowie nie mają dość kłopotów z paskudnymi mnichami?”
„A teraz jeszcze ten chłopak dopuścił się takiego głupstwa, że wezwał jedną ze złych istot! Co z nim zrobić?”
„Wymierzyć surową karę! Popełnił grube przestępstwo”.
„Ukarzemy go zaraz teraz. Zasłużył sobie na to”.
Don Federico de Galicia sapał wzburzony. Don Ramiro, który był przodkiem nieszczęsnego Mortena, przyzwalająco kiwał głową.
Takich zachowań tolerować nie wolno, choć serce don Ramiro żywiło wiele czułości dla tego chłopca.
Don Sebastiano de Vasconia miał surowy wyraz twarzy, ale w głębi duszy skrywał wiele ciepłych uczuć dla swojej potomkini, młodej Unni, zachowującej się bez zarzutu. Don Galindo de Asturias i don Garcia de Cantabria siedzieli milczący i wyprostowani na swoich koniach.
Zgadzali się z tym, co zostało powiedziane.
Wkrótce ich sylwetki rozpłynęły się w powietrzu. Zbocze znowu było puste.
Na spalonej słońcem hiszpańskiej równinie stali mnisi. Rozglądali się, szukali.
„Gdzie oni są? Gdzie się podziali? Co to się porobiło?”