Выбрать главу

„Zniknęli, przepadli bez śladu. Ale co się dzieje z naszym wybranym?”

„Podlega przemianie, nie może myśleć tak jak dawniej. W jego umyśle jest teraz tylko pragnienie piwa i żądza zemsty, mózg całkiem mu skarlał”.

„Zamknięty. Wtłoczony do klatki razem ze swoimi ludźmi. Nie przedstawia już dla nas żadnej wartości”.

Mnich, który „widział” więcej niż pozostali, powiedział ochryple:

„Coś mi się wydaje, że oni teraz wypuszczają jego kobietę”.

„Kobietę? Tę piękną? Tę niebezpiecznie pociągającą, z rodu Emilii i Emile? No to skupmy się na niej i jej dajmy nasze wsparcie”.

„Ona może być dla nas ratunkiem przed tymi przeklętymi wrogami, którzy żyją”.

„Gdybyśmy tylko wiedzieli, gdzie oni się podziewa – ją. Może ty to dostrzegasz, bracie?”

Jasnowidzący mnich wykrzywił twarz w grymasie, słysząc podlizujący mu się głos. Ale, prawdę powiedziawszy, on też nie dostrzegał nigdzie nawet śladu zaginionych. „Ja szukam, szukam, wkrótce ich wytropię”.

„Spiesz się tedy, bracie! Czas nagli. Oni byli już bardzo blisko rozwiązania zagadki tych przeklętych rycerzy!”

Ta myśl przeraziła ich śmiertelnie, więc bezradnie poderwali się z ziemi i dali się unosić wiatrowi ponad równiną.

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIERWSZY

Picie zbyt wielkich ilości coca – coli w cieple wczesnego lata mści się natychmiast, i to bardzo. Morten musiał się zatrzymać na najbliższym trochę szerszym poboczu, nie na parkingu, nie w zatoczce dla autobusów, po prostu przy krawężniku. Wbiegł pospiesznie do lasu, a kiedy wracał, oddychał z ulgą. „It was a great relief – cytował fragment tekstu z całkiem innej opowieści.

Kiedy już prawie doszedł do samochodu, nagle stanął jak wryty.

Co się dzieje? Skąd to uczucie, że jest otoczony? Przez jakieś wielkie, rozzłoszczone zwierzęta.

Cios bicza trafił go w ramię z taką silą, że zapiekło. Ale przecież nie widział żadnego bicza. Nic nie widział.

Gniew otaczał go niczym bardzo gęsta mgła. Skondensowany, trudny do złagodzenia gniew. Jeszcze jeden cios bicza. Morten próbował uciekać do samochodu, ale napotkał opór. Ktoś z całej siły cisnął nim o ziemię.

Musiał bardzo nad sobą panować, żeby nie zacząć krzyczeć.

Po chwili z nicości wyłoniło się pięciu rycerzy na swoich potężnych wierzchowcach we wspanialej uprzęży, z mieniącymi się lejcami.

Jego rodzony przodek, don Ramiro de Navarra, wymierzył dotkliwy cios leżącemu na ziemi. Morten skulił się bardziej ze strachu niż z bólu, gdyby bowiem rycerze byli ludźmi z krwi i kości, razy byłyby o wiele mocniejsze. Ciosy trafiały go jakby przez grubą bawełnę, mimo to później i tak paliły nieznośnie.

Morten był śmiertelnie przerażony i zrozpaczony, nie wiedział bowiem, że rycerze mogą okazywać gniew. Są przecież jego przyjaciółmi i nie zasłużył sobie na to, żeby…

Nagle pojął, co zrobił.

– Wybaczcie mi, wybaczcie! Popełniłem błąd, ale zrobiłem to z miłości i z wiary w niewinność. Ta nieszczęsna dziewczyna…

Pięciu wściekłych mężczyzn z królestwa śmierci uniosło pięć biczów.

– Nie, nie, oczywiście, już rozumiem, będę się starał naprawić szkodę, jaką wyrządziłem – zapewniał na pół z płaczem. Był rad, że właśnie przed chwilą opróżnił pęcherz, bo inaczej wyszedłby z tego spotkania z przodkami haniebnie mokry.

Rycerze wracali do równowagi. Pozwolili mu się podnieść. Morten miał nieprzeparte wrażenie, że chcieliby mu powiedzieć coś więcej, on jednak nie posiadał umiejętności przyjmowania cudzych myśli, a więc po kilku bezowocnych próbach zrezygnowali, potrząsali zatroskani głowami i w chwilę później rozpłynęli się w powietrzu.

Nigdy jeszcze Morten nie czuł się tak nędznie, nigdy nie został tak upokorzony!

To w ogóle był chyba dzień wyrzutów sumienia.

Po powrocie do domu, Morten bez słowa zamknął się w swoim pokoju. Pedro przyjechał z lotniska, dokąd odprowadzał Flavię.

Siedział z gazetą, ale równie dobrze mógłby ją trzymać do góry nogami, bo nie poruszył nią od dobrej godziny.

Vesla zajęła się kuchnią, więc Gudrun została odesłana do siebie.

Siedziała tam z rękami na podołku i nieruchomo wpatrywała się w ścianę. Nie pokazała się przez całe popołudnie.

Jordi spał, Unni nie mogła sobie znaleźć miejsca. Antonio pracował w szpitalu.

W domu panował dziwny nastrój. Jakieś krótkie spięcie mogłoby to zmienić, ale skąd miałoby nadejść?

Triumfująca, energiczna Emma opuszczała pospiesznie okolicę więzienia.

Zdążyła powiedzieć dyrektorowi kilka dobrych słów na temat Alonza, przekonywała, że cala sprawa jest wynikiem nieporozumienia oraz że Alonzo musiał dopuścić się naruszenia prawa, niewielkiego, rzecz jasna, ze strachu przed Leonem.

To akurat dyrektor był w stanie zrozumieć i obiecał, że poprze u sędziego jej prośbę o zwolnienie Alonza.

Honor męski nie pozwalał mu zalecać się do Emmy, choć ona, owszem, raczej go do tego zachęcała.

Udało jej się też przekazać Alonzowi wiadomość i teraz czekała na niego w małym hoteliku. Najpierw weszła do baru, zamówiła sobie drinka, ale nie znalazłszy tam żadnego godnego przygody mężczyzny, wycofała się.

Jak rozkosznie znaleźć się znowu w luksusowym łóżku. Miło mieć do dyspozycji pełny barek, którym zajęła się bardzo rzetelnie.

Rozkoszna wolność!

W środku nocy Emma obudziła się z uczuciem, że coś pełza po jej ciele. Coś ją łaskotało, wdzierało się w intymne zakątki jej ciała.

Czyżby w takim hotelu mieli karaluchy?

Przerażona zapaliła światło. Osiem palców odskoczyło pospiesznie od jej na wpół nagiego ciała. Wokół łóżka stało ośmiu mnichów, teraz przyciskając ręce do piersi, niczym ciekawskie, zaskoczone wiewiórki.

Obleśne, wygłodniałe seksualnie kreatury, pomyślała z obrzydzeniem, ale też z zainteresowaniem. Poza tym się ich bała, choć nawet przed sobą nie chciała się do tego przyznać.

Ale widzi ich! Widzi ich, równie wyraźnie, jak przedtem widywał ich Leon. Natomiast Alonzo nigdy.

Fuj, do diabła, jak oni wyglądają! Te białe, łyse trupie czaszki z płonącymi czarnymi oczyma, te wykrzywione, pożądliwe usta. Ileż zła wyrażają ich twarze! Te długie, kredowobiałe palce ze sterczącymi kostkami i paznokciami jak szpony. I wreszcie te długie, czarne habity, nie będące w stanie ukryć nabrzmiałych, rytmicznie pulsujących członków.

Emma przypomniała sobie, że kiedyś marzyła o tym, by móc zobaczyć mnichów. Byłoby zabawnie uwodzić takich świętoszków.

Tylko że teraz to oni mieli przewagę, a ona wcale nie pragnęła być zgwałcona przez ośmiu sfrustrowanych mnichów, którzy od wieków nie widzieli kobiety.

Sytuacja zaczynała być nieprzyjemna. Co powinna zrobić? Bliska paniki, nie była w stanie jasno myśleć.

I dlaczego oni się nie poruszają? Czekają na coś? A może to jednak ona ma przewagę?

– Nie ważcie się mnie tknąć, nędzni słudzy – powiedziała tak władczo, jak tylko potrafiła. – Co pragniecie dla mnie zrobić?

Nieświadomie trafiła na właściwy ton. Żadnego lęku. Żadnego podporządkowania w stylu: „Co mogłabym dla was zrobić?”

Nareszcie usłyszała ich podlizujące się głosy, te, które słyszeli Unni, Morten i bracia Vargasowie, ale nigdy przedtem Emma.

Przeniknął ją dreszcz, od palców stóp, po korzonki włosów.

– Nasze powiązanie z tą nędzną, bezbożną współczesnością, zostało zerwane – oświadczył jeden z głosów, posługując się tak starym językiem hiszpańskim, że nawet Emma, urodzona przecież w Hiszpanii, miała kłopoty z jego zrozumieniem. – Nasz niewolnik, Leon, został przemieniony w czarownika, ale nie posiada magicznych zdolności. Ty jesteś naszą nową niewolni… sojuszniczką, chciałem powiedzieć. Będziesz nas informować o wszystkim, co się dzieje.