– A co ja będę z tego miała? Osiem par oczu błądziło pożądliwie po jej ciele.
– Nie, dziękuję! – syknęła Emma gniewnie. – Facetów do łóżka wybieram sobie sama.
– Chcemy, żebyś się dowiedziała, gdzie przebywają nasi wrogowie – oznajmił głos krótko i zdecydowanie.
– Już się dowiedziałam.
W smoliście czarnych oczach pojawił się błysk. Jeden z mnichów pochylił się nad nią. Uderzył w nią odór grobu.
– Musisz się wkraść w ich łaski. Emma miała wątpliwości.
– Nie z wszystkimi się to uda.
– A młody chłopak?
– Jest w moich rękach.
– Wydobądź z niego wszystkie ich tajemnice! Chcemy wiedzieć, jak daleko się posunęli.
Na koniec w jakiejś sprawie jesteśmy zgodni, pomyślała Emma.
– A co z innymi? Wtedy mnisi pochylili się nad nią tak gwałtownie i tak nisko, że dosłownie wbiła się w poduszki, chcąc uniknąć ich bliskości.
– Zabij ich! Zabij ich! – skrzeczeli niczym zgłodniałe sępy. – Przede wszystkim tego najbardziej niebezpiecznego, tego, co to nie jest ani żywy, ani umarły.
Tego, którego ogień Wamby omal nie unicestwił. Dopełnij dzieła!
– Wiem, kogo macie na myśli – powiedziała Emma trochę jednak przestraszona. – To będzie dla mnie czysta przyjemność.
Zadać cios Unni. Zranić jej serce. Żadna kobieta nie może zatrzymać dla siebie pociągającego mężczyzny. Oni powinni należeć do Emmy, wszyscy co do jednego!
A ukochany Unni jest taki tajemniczy. To podniecające, móc sprawdzić na kimś takim siłę swojej atrakcyjności. Naturalnie Emma wygra! Unni to przecież zero.
– A teraz chcę spać – powiedziała stanowczo. Nie mogła swoich gości po prostu przegonić jak stadka natrętnych kur, ale nie chciała ich dłużej w swoim pokoju.
Na szczęście zniknęli dobrowolnie. Emma bardzo gruntownie po nich wywietrzyła.
Długo jeszcze potem leżała przy zapalonym świetle, rozdygotana po nieoczekiwanych przeżyciach.
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DRUGI
Po wizycie nieproszonych gości musieli być bardziej ostrożni i nie odchodzić zbyt daleko od domu. Ogród mieli jednak rozległy, z gęstym, wysokim żywopłotem, chroniącym przed spojrzeniami sąsiadów, Unni spacerowała więc po alejkach i rozkoszowała się nieśmiałą wiosenną roślinnością. Pod ścianą domu pyszniła się grządka tulipanów, a obok mnóstwo jakichś niebieskich kwiatków, na trawnikach zaś rosły w grupach, rozrzuconych to tu, to tam, narcyzy.
Żeby tylko Jordi mógł jak najprędzej przyjść tu razem ze mną.
Unni wciąż go przed sobą widziała, Jordi był z nią nieprzerwanie. W zachodzie słońca, w urodzie natury, widziała go, patrząc na rozgwieżdżone niebo, nie opuszczał jej też w ciemnościach. Nikt nie mógł się do niej zbliżyć tak bardzo jak on, choć tak naprawdę mogli być razem tylko przez krótkie chwile każdego dnia.
W ciągu tych długich lat, gdy Jordi był dla niej jedynie bajkową postacią, zapamiętaną z jednego spotkania na lotnisku, często miewała wrażenie, że to tylko sen. Teraz znajdował się niedaleko, było tak dzień i noc, a zakochanie na odległość przerodziło się w miłość tak wielką, że aż sprawiała jej ból. I mimo to nie mogła go mieć!
Przyszedł do niej Pedro i razem podziwiali kwiaty.
– Wydawało mi się, że to bardzo piękne! – zawołała Unni z przejęciem, po czym roześmiała się skrępowana. – Zachowuję się dziecinnie. Mniej więcej tak jak królowa Wiktoria, która ponad wszelkie wyobrażenie uwielbiała swojego męża i powiedziała kiedyś: „Albert uważa, że zachód słońca jest bardzo piękny”. Jakby sama nie mogła tego stwierdzić. Pedro uśmiechnął się.
– Morten twierdzi, że jesteś naiwna, Unni, ale ja wcale tak nie myślę. No, może pod pewnymi względami. Ale potrafisz całym sercem wczuć się w smutek i ból drugiego człowieka, prawda?
– Owszem, tak jest – odparła z wolna. – W ostatnich dniach było mi bardzo ciężko. Wyczuwałam, że coś jest nie tak jak powinno. Coś sprawiało wielki ból, to dotyczy również ciebie, Pedro, prawda?
– Tak, zraniłem bliską mi osobę.
– No właśnie. I teraz chyba już wiem, co mi tak bardzo ciążyło.
Coś, co Flaviami powiedziała przy kilku okazjach, kiedy chciała mnie przekonać, że powinnam zapomnieć o Jordim. Istnieje wielu najodpowiedniejszych, takich słów użyła.
– Nie, nie, ty nie możesz opuścić Jordiego. Nigdy. Ty i on jesteście jednym.
– Wcale nie zamierzałam go opuszczać, ale słowa Flavii odwróciły się przeciwko niej, prawda?
– Niestety, masz rację. Czy mogę być z tobą szczery?
– Bardzo bym chciała.
– Dziękuję. Potrzebuję kogoś, z kim mógłbym o tym porozmawiać. I ty właśnie jesteś kimś takim, Unni. Jesteś najprostszą osobą, jaką znam, i zarazem najbardziej skomplikowaną. Wiesz, co chcę powiedzieć?
– Myślę, że tak. W każdym razie zachowam dla siebie to, co mi powiesz. A poza tym myślę, że rozumiem twoje wyrzuty.
– Widzisz, mój związek z Flavią trwał wiele lat. Ona pracowała w ambasadzie włoskiej w Madrycie, dzięki temu się poznaliśmy, a potem zaprzyjaźniliśmy. Ale to była tylko przyjaźń. Później, przypadkiem, odkryliśmy to fatalne powiązanie. Ona była macochą obciążonego przekleństwem Mortena, ja zaś najmłodszym bratem innego obciążonego. Jestem ostatnim z rodu. Flavia już wtedy była za stara na dziecko, a ja słabowitego zdrowia, więc mój ród miał wymrzeć bezpotomnie. Poza tym ona była żoną ojca Mortena, Knuta Andersena. Do niczego między nami nie doszło, daję na to słowo honoru.
– Wierzę i bez tego, Pedro. Oboje jesteście wspaniałymi ludźmi.
– Staramy się tacy być. No ale Knut Andersen zmarł. Sytuacja się nagle zmieniła i wymagała, byśmy coś przedsięwzięli. Osobiście myślałem, by po prostu kontynuować naszą przyjaźń, zresztą nie tak już wiele życia mi zostało. Ale Flavia…? Ja nie wiem, Unni.
Myślę, że ona jednak oczekiwała ode mnie czegoś więcej.
– I jak sobie z tym radziłeś?
– Byłem w rozterce. Flavia jest przecież fantastyczną kobietą.
Wykształcona, oczytana, potrafi kontrolować swój włoski temperament, a poza tym jest bardzo piękna. Mimo to się wahałem, przede wszystkim ze względu na swoją chorobę.
– Flavia to niewiarygodnie dobry człowiek. Taka silna, pełna inicjatywy i taka ciepła wobec wszystkich potrzebujących wsparcia.
– No właśnie. W ciągu tych pięknych dni, kiedy jechaliśmy do Norwegii, bardzo się do siebie zbliżyliśmy. Jestem zdrowy, myślałem, może mógłbym się odważyć i poprosić ją o rękę? Ale zwlekałem z tym i teraz jestem losowi szczerze wdzięczny.
– Tak – westchnęła Unni, obrywając jakieś suche liście z pnącej róży, rozpiętej na ścianie. – Teraz lepiej rozumiem to zakłopotanie, a nawet rozpacz Gudrun. Pedro również westchnął.
– Gudrun nie chciała niszczyć starego, dobrego związku. Żadne z nas nie chciało ranić Flavii. I przecież nie robiliśmy nic, tylko rozmawialiśmy ze sobą. Ale, och, jak my się znakomicie rozumiemy!
Ile ciepłych uczuć budzimy w sobie nawzajem! Jest dokładnie tak, jak powiedziała Flavia: „Istnieje wielu najodpowiedniejszych”.
– To musiało być bardzo trudne rozstanie?
– Tak, ona była blada, ale wciąż tak samo opanowana, tak samo wyrozumiała. Ja nawet nie wspomniałem o Gudrun. Powiedziałem tylko, że między mną a Flavią nigdy nie będzie niczego więcej prócz przyjaźni. A ona była taka wspaniałomyślna, że zapewniała, iż chce się ze mną nadal przyjaźnić. I z wami wszystkimi, bo bardzo was polubiła. Chce śledzić nasze dalsze starania nad rozwiązaniem zagadki rycerzy, ale nie jestem pewien, czy chciałaby w tych staraniach uczestniczyć. Musiała teraz wrócić do domu, żeby wyleczyć rany. Nie użyła takich słów, ale widziałem po niej, że czeka ją trudny czas. Szczerze mówiąc, nie wiedziałem, że aż tyle dla niej znaczę, dopóki nie zrobiło się za późno.