Выбрать главу

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY CZWARTY

Duża skrzynka ze skarbem Santiago została wyniesiona.

Mężczyźni stali i przyglądali jej się z niesmakiem. Po raz pierwszy mieli wyjąć z niej srebrne pudełeczko.

– I rycerze chcą, bym ja to unicestwił – powiedział Antonio z grymasem. – O co im tak naprawdę chodzi? Czy miałbym dokonać analizy składu do najmniejszego elementu, rozłożyć to na czynniki pierwsze, a potem wszystko wrzucić do pieca? Umrę szybciej, niż tego dokonam.

– Z pewnością – potwierdził Jordi sucho. – Ale może to właśnie o tym rycerze chcieliby ze mną rozmawiać? W każdym razie ich o to zapytam.

– Czy musimy wyjmować pudełeczko? – spytał pokornie Morten.

– Może mógłbym po prostu zabrać całą skrzynię?

Pedro zaprotestował ostro:

– Nie możemy ryzykować utraty tak wielu rzeczy. Ale masz rację. Lepiej tego paskudztwa nie dotykać. Wyjmiemy wszystkie dokumenty. Książkę też. I pamiętaj, będziesz musiał jeździć przez całą godzinę. Nie wolno ci się zatrzymać! Nie wolno ci, na przykład, wpaść do rowu!

I nie pij przed jazdą coca – coli, upomniał sam siebie Morten, ale głośno tego nie powiedział.

Pedro był katolikiem, pozwolił więc, by krzyż i wieniec różany zostały w skrzynce. Miecz także mógł stanowić ochronę. Najchętniej zostawiłby też amulet Urraki, ale Antonio oznajmił, że aby Jordi mógł wyzdrowieć, nie może się z amuletem rozstawać. Bez wątpienia ma on na niego bardzo dobry wpływ.

Namęczyli się porządnie przy wyjmowaniu książki, która przykleiła się do dna skrzyni. Trzeba było ją podważać, popychać i pociągać, zanim nareszcie się poruszyła swobodnie.

Ale jakoś sobie poradzili. Kartki leżące najniżej były dość poważnie uszkodzone, ale poza tym książka zachowała się nieźle.

Wyglądała jednak nieciekawie, napisana ręcznie przez kogoś, kto nie martwił się ostatecznym efektem i najwyraźniej się spieszył.

Oglądali zabytek z ponurymi minami. Memuary grzesznej Estelli niełatwo będzie czytać.

W końcu Morten odjechał, a Jordi, wspierany przez Unni, przeszedł do ogrodu. Reszta domowników też została na dworze, choć trzymała się z daleka. Unni wróciła do nich, gdy tylko „ukryła”

Jordiego pod drzewem.

Nikt przecież z całą pewnością nie wiedział, co takiego rycerze chcieli powiedzieć Mortenowi. Może on sobie to wszystko tylko wyobraził?

Ale rycerze się pojawili. Unni widziała ich siedzących na koniach przed Jordim, który musiał trzymać się gałęzi, by ustać na nogach.

Wszyscy ich już kiedyś widzieli, ale za każdym razem ten widok był głębokim, magicznym przeżyciem. Nieprawdopodobnym. A jednak znajdowali się tutaj, w ogrodzie otaczającym normalną norweską willę, i okoliczności zdawały się ich ani trochę nie krępować. Koń dona Galindo stał przednimi nogami w kępie narcyzów, wcale kwiatów nie depcząc, a don Sebastiano znalazł się w środku jabłoni, co nie stanowiło najmniejszego problemu.

Bagatelka.

„Jak widzę, masz się znacznie lepiej”, zaczął don Ramiro.

– Tak, poprawiło mi się, dzięki pomocy z różnych stron. Morten miał wrażenie, że chcieliście ze mną mówić.

„To prawda. W wyniku wspaniałego amuletu Urraki i miłości twojej damy udało wam się przełamać zły wpływ Wamby na twoje ciało i duszę. Teraz my możemy doprowadzić dzieło do końca i uzdrowić cię”.

Jordi miał wrażenie, że płacz radości rozsadzi mu piersi.

– Dziękuję wam, szlachetni rycerze. W tej chwili to moje najgorętsze pragnienie. Antonio starał się, jak potrafił, ale człowiek niewiele może pomóc zniszczonym płucom.

„Twój brat potrzebny nam jest do innego zadania”, powiedział don Federico.

– Ja wiem. Do unicestwienia zawartości srebrnego pudełeczka.

Antonio wiele się nad tym zastanawiał. Czy powinien najpierw dokonać laboratoryjnej analizy tej substancji?

Rycerze nie pojęli, o co mu chodzi.

Don Garcia rzekł: „Jako medyk jest on obznajomiony z ziołami.

Sam nie może nigdy dotknąć zawartości, nie wolno otworzyć pudełka. Powinien natomiast zrobić, co następuje: Zbierze takie oto zioła w stanie możliwie jak najświeższym – tomillo, lavanda, salvia, ajenjo, abedul enano, mirto, olivas i gengibre. Zaleje to wszystko aguardiente! Czy to jasne?”

– Zanotowałem, co trzeba – odparł Jordi, pisząc w swoim notesiku.

„Wspaniale! Widzę, że nie używasz gęsiego pióra, tylko jakiegoś innego narzędzia”.

– Długopisu. To nowy wynalazek – odparł Jordi lekko. – Co Antonio ma z tym zrobić?

„Kiedy już zgromadzi potrzebne składniki, te wszystkie zioła, to otrzyma pomoc. Musi tylko przechowywać je tak świeże, jak to możliwe. To bardzo ważne. To jest jedyny sposób na zniszczenie zawartości srebrnego pudełeczka”.

Jordi rozumiał. Rycerze żyli w piętnastowiecznym medycznym świecie ziół i magicznych wywarów. Zaawansowane procedury laboratoryjne do nich nie przemawiały. I, kiedy się nad tym bliżej zastanowić, piec do spalania odpadów szpitalnych nie mógłby zniszczyć złej energii, znajdującej się w pudełku. Popiół zostałby rozsypany, a razem z nim trujący jad Wamby.

Należało polegać na tym, co mówią rycerze.

Skłonił się przed nimi z szacunkiem.

– Dziękuję wam za pomoc. Zrobimy wszystko, by spełnić warunki.

Otrzymał jeszcze kilka dodatkowych instrukcji i rycerze zniknęli.

Z pomocą przyjaciół wrócił do domu.

– Okay – zgodził się Antonio. – Wszystko urządzę jak należy.

Taką mam nadzieję – dodał skromnie.

– Przetłumaczcie, co to ma być – poprosiła Vesla.

– Oczywiście! – Jordi był gotów do pomocy. – W gruncie rzeczy nie będzie najmniejszych trudności ze zgromadzeniem ziół. Problem polega tylko na tym, czy uda nam się zdobyć je świeże. A więc: tomillo, znaczy tymianek, lavanda to lawenda, następnie szałwia, piołun, karłowata brzoza, mirt, oliwki oraz imbir. Wydaje mi się, że nie powinno być kłopotów, ale czy naprawdę?

– Tymianek i szałwię można dostać w każdym sklepie spożywczym – wyjaśniła Gudrun rzeczowo.

– No, nie wiem – zastanawiał się Jordi. – To nie mogą jednak być przyprawy w słoiczkach!

– Nie, nie, mam na myśli żywe rośliny. Zajmę się tym.

– Znakomicie!

– A ja widziałam, że w sklepiku niedaleko naszego domu mają świeży korzeń imbirowy – dodała Unni z ożywieniem.

– Mirt można kupić w kwiaciarniach – wyjaśniła Vesla. – Postaram się jutro go zdobyć.

– Świeże oliwki sprzedają z pewnością imigranci w swoich sklepikach – dodał Pedro. – Ja poszukam.

– Lawenda… – zastanawiał się Jordi. – Nie rośnie przypadkiem w naszym ogrodzie?

– U nas nie widziałam – odparła Unni. – Ale u sąsiadów, tak.

– Morten mógłby się tym zająć – postanowiła Gudrun. – Zauważyłam, że mieszka tam śliczna dziewczyna. Przydałaby się jakaś konkurencja dla tej pożeracz – ki męskich serc, Emmy.

– Co jeszcze zostało? – zastanawiał się Pedro. – Piołun? Gdzie teraz znajdziemy piołun?

– Rośnie przy drogach – wyjaśniła Gudrun. – To wprawdzie nie takie proste, trudno go znaleźć, a poza tym łatwo pomylić z bylicą, znacznie pospolitszą, no i pora roku jeszcze wczesna, ale musimy szukać.

– Gorsza sprawa może być z karłowatą brzozą – westchnął Jordi.

– To by znaczyło, że Antonio musi się wybrać w góry.

– Z brzozą dam sobie radę – zapewnił go młodszy brat. – Myślę, że z piołunem może być gorzej. Muszę się chyba zaopatrzyć w jakiś klucz do oznaczania roślin.

– Poza tym parę słoików po dżemie i przenośną lodówkę, żeby rośliny zachowały świeżość – dodała Vesla.