– I musimy mieć nadzieję, że nie jesteś uczulony na bylicę, Antonio – powiedziała Gudrun. – To jedna z najbardziej uczulających roślin, jakie istnieją. Uważaj więc, żebyś zakatarzony nie wylądował gdzieś nad rowem. Nie możemy sobie pozwolić, żeby nasz bohater tak skończył.
– Chyba jednak ja tu bohaterem nie jestem – obruszył się Antonio.
– Zapytaj Veslę!
– A ja się trochę niepokoję tym aguardiente – powiedział Pedro.
– Zalewaniem ziół alkoholem? No tak, ciekawe, jaki zapas Antonio powinien zabrać?
Jordi liczył.
– Pół litra powinno wystarczyć.
– Pół litra? – wykrzyknęła Unni. – Straci przytomność!
– No to może połowa tego – poprawił Jordi. – Drugą część nalewki powinien zostawić.
– Jak on ma tego dokonać? Na przykład gałązki brzozy?
Powinien połykać, czy jak?
– Z piołunem będzie problem – wtrącił Pedro. – To czysta trucizna.
– Potraficie dodać odwagi, nie ma co – westchnął Antonio.
– Natomiast ja teraz życzę sobie zjeść solidny, prawdziwy obiad – oznajmił Jordi. – Na przykład antrykot z zapiekanymi ziemniakami i buraczkami w sosie bearnaise i wino, i…
– Stop, stop! – śmiała się Gudrun. – Coś mi się zdaje, że zdrowiejesz, mój chłopcze.
– Tak jest! – wrzasnął Jordi uszczęśliwiony, a wszyscy cieszyli się głośno i wiwatowali razem z nim.
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIĄTY
Idylla w willi pod Oslo nie miała swego odpowiednika w hiszpańskim mieście.
Tam wściekły Alonzo opuścił więzienie, ale przedtem zdążył jeszcze naubliżać strażnikom i wyższym funkcjonariuszom. Jak mogli takiego człowieka jak on po prostu wsadzić za kratki? Ale on ma znakomite kontakty w sferach wysoko postawionych i służba więzienna dostanie za swoje!
Ani im tym nie zaimponował, ani ich nie przestraszył. Cieszyli się po prostu, że z nim kończą, był więźniem kapryśnym i uciążliwym.
Alonzo bezzwłocznie ruszył do hotelu, w którym miała na niego czekać Emma. Po gwałtownych uściskach w progu z wszystkimi standartowymi gestami miłosnych seriali, ze zrywaniem ubrań, gwałtownymi jękami, pocałunkami i przewracaniem się na łóżko, Emma spytała zdyszana:
– Słyszałeś coś więcej na temat skarbu? Alonzo właśnie ściągał skarpetki.
– Co? O skarbie? Nie, nic nie słyszałem.
Emma wiedziała, że teraz władza należy do niej. To ona została wybrana przez tych obrzydliwych mnichów. Nie Alonzo, choć przecież on był szefem hiszpańskich ludzi Leona. I niezależnie od tego, jak odpychający są mnisi, to Emma by mogła, gdyby tylko chciała, poczuć ich sterczące pod habitami członki. To była rękojmia jej kobiecej władzy, miała mnichów w garści, mogła z nimi zrobić, co zechce.
Tak myślała.
Mnisi w ogóle zmienili jej nastawienie do całego tego pościgu za skarbem. Ich małostkowość udzieliła się i jej. Opanowała ją chciwość, nienawiść i pragnienie niszczenia. Emma była z krwi Emilii i Emile, w tym rodzie ziarno zła przekazywano z pokolenia na pokolenie.
Teraz wszystko, co było w niej najgorszego, wyszło na światło dzienne.
Choć może nie całkiem na dzienne. Wciąż jeszcze potrafiła ukryć tkwiące w niej zło za słodkimi flirtującymi uśmiechami, jeszcze potrafiła zwodzić łatwowiernych mężczyzn.
Takich jak Alonzo.
Mogła się kochać z Alonzem, oczywiście, że tak. Czuła pożądanie w omdlewających udach, mrowienie w dole brzucha. Przywykła jednak, że to mężczyźni jej pożądają, więc jego gwałtowne pieszczoty, pocałunki, przyspieszony oddech specjalnie jej nie rozpalały. Oczywiście, miało pewne znaczenie to, że był jej ostatnim podbojem. Ale Emma widziała Alonza w licznych upokarzających sytuacjach, panowała więc nad swoim podnieceniem.
Z nim było gorzej. Pytanie Emmy wytrąciło doświadczonego kochanka z równowagi. Już myślał, że ją zdobył, a tymczasem ona zaczęła rozmawiać najzupełniej trzeźwo o innych sprawach. Alonzo nie przywykł do czegoś takiego. Zdejmował więc powoli skarpetki i przygotowywał się do ataku. Emma jest cudowna!
Próbował ją znowu całować, ale ona odwróciła twarz.
– Co powiedział Leon?
Teraz Alonzo nareszcie pojął, że Emma nie jest równie podniecona jak on. Zrezygnowany opadł przy niej na posłanie.
– Nie spotkałem Leona. Nawet nie wiem, gdzie on jest. Kiedy widziałem go ostatni raz, wyglądał jak sam diabeł.
– Tak, ale to on wie najwięcej na temat tego, gdzie się skarb znajduje.
– On chyba nie wie nic – mruknął Alonzo. – Nie rozumiem, co ty masz wspólnego z tą starą świnią.
– Leon oznacza bogactwo, drogi Alonzo. I był cholernie dobrym kochankiem.
– Na tym froncie ja go pobiję, mogę cię zapewnić. Próbował ponownie ją podniecić, ale Emma powiedziała zaczepnie:
– Naprawdę będziesz mógł tego dowieść?
– Tylko poczekaj!
– Haha, mój malutki – śmiała się, kiedy chciał ją objąć.
– Co? Malutki?
– No to pokaż, co potrafisz. Jeśli możesz, rzecz jasna! Tylko że Leona nie pobijesz nigdy. Teraz on jest już do niczego, ale nikt nie zajmie jego miejsca w łóżku.
Alonzo rzucił się na nią niczym rozjuszony byk i Emma gotowa była ulec. Ale, niestety, to jej gadanie na temat Leona odniosło skutek. Alonzo nie nadawał się do niczego, jego broń opadła bezradnie.
– Cholera! – ryknął. – Czy my nigdy nie uwolnimy się od tego piekielnego Leona?
Emma była samą wyrozumiałością.
– Zaczekamy, kochanie. Tymczasem możemy porobić plany.
Teraz zostaliśmy już tylko my dwoje, to my dostaniemy skarb. I mimo wszystko to i owo na jego temat wiemy, prawda?
Alonzo mruknął niechętnie:
– Musimy znaleźć Elia. On wie najwięcej o wszystkich tajemnicach.
– Elio i cała jego rodzina zniknęli bez śladu. Jakby się zapadli pod ziemię. Nie, musimy jechać do Norwegii. Mamy tam współpracowników, to Kenny, Tomas i Roger. Chyba ich wypuszczą do tego czasu.
– Mamy jechać do Norwegii? Jak ja nienawidzę tych podróży.
Jesteśmy przecież w kraju, w którym ten cholerny skarb się znajduje.
– Ale oni są w Norwegii, ci, którzy cokolwiek o nim wiedzą. A coś mi mówi, że wiedzą dosyć dużo. Ja wiem, gdzie oni mieszkają. Tego całego Mortena mogę sobie owinąć dookoła palca. Na Elia to już teraz za późno, wszystko co wiedział, zdążył pewnie opowiedzieć tamtej bandzie świętoszków. A potem będziemy mordować, Alonzo.
Bracia Vargas pójdą na pierwszy ogień. A potem ta obrzydliwa Unni.
– No i don Pedro. On uwiera mnie jak cierń od dawna. Ale pamiętaj, że to ja jestem teraz szefem!
Emma przyglądała się uważnie swoim paznokciom.
– Nie bądź tego taki pewien! Byli tutaj mnisi. I wyznaczyli mnie.
– Co? Niemożliwe! Kłamiesz!
– Nic podobnego! I mam nad nimi władzę. Oni mnie pragną, wszyscy jak jeden mąż.
Alonzo wciąż był zirytowany niedawną porażką, a jej słowa drażniły go jeszcze bardziej.
– Ciebie? Przecież ty jesteś kompletnie bezwartościowa! Nie jesteś nawet na tyle seksowna, żeby faceta doprowadzić do erekcji.
Oj, takich słów się Emmie nie mówi.
– Naprawdę? No to chodź, mój kochany! Zobaczysz coś całkiem innego!
Zabrała się za niego ostro, objęła go swoimi wytrenowanymi w takich sytuacjach kończynami. Alonzo uznał, że nagle zrobiło się wokół niego mnóstwo nóg i rąk, ale były one ciepłe, miękkie i niewiarygodnie uwodzicielskie. Emma się nie oszczędzała, wodziła językiem po jego piersi, w dół, aż do chętnej już teraz męskości.
Pozwalała mu ze sobą robić, co chciał, szarpała go za włosy, gdy jego głowa znalazła się między jej udami, dawała z siebie naprawdę wszystko. Bo wciąż była na niego wściekła za te obraźliwe słowa i kiedy Alonzo nareszcie opadł wyczerpany, na barkach, plecach i na pośladkach miał długie ślady jej paznokci.