Ale zaspokoił Emmę, to stanowiło pociechę, budziło uczucie triumfu.
Następnego dnia Leonowi udało się pobić strażnika, który przyszedł sprzątać jego celę, co było zajęciem niezbyt nęcącym. Z kluczami w ręce, zachowując się ostrożnie i podstępnie, owa obrzydliwa istota, jaką teraz był Leon, zdołała wydostać się na wolność. Słyszał za sobą wycie alarmów, ale było za późno. Leon znajdował się już za murami.
Dysząc i parskając rozglądał się ze swej kryjówki po okolicy.
Wymarłe miejsce, pełne jakichś magazynów z betonu, a między nimi, w oddali, skrawek niebieskiego morza.
Nie miał pojęcia, gdzie się znajdują Emma z Alonzem, zresztą kompletnie to lekceważył. Miał przed sobą cel. Tylko że w jego mózgu panowało okropne zamieszanie, sam siebie nie poznawał, świat stał się jakiś dziwny. W krótkich przebłyskach pojawiał się znowu dawny Leon, a wtedy nienawidził z całego serca tych, którzy stali mu na drodze, czyli braci Vargas. Czy nigdy nie zdoła ich zetrzeć z powierzchni ziemi? Zwłaszcza starszego z nich, Jordiego, który miał jakoby umrzeć, a który tymczasem objawił się znowu i włada ponadnaturalnymi siłami. W takich chwilach przypominał też sobie Emmę, zaraz jednak tego rodzaju myśli znikały, a on musiał do domu. Do domu. Tylko gdzie się ten dom teraz znajduje, w tym dziwnym świecie pełnym szerokich dróg i jakichś okropnych połyskliwych pojazdów, pojawiających się znikąd, przed którymi on musiał się kryć i których nie pojmował. A kiedy z wielkim hukiem pojawił się na niebie ogromny, błyszczący ptak, posuwający się z niezwykłą prędkością, Leon wpełzł między gęste zarośla i trząsł się przepełniony strachem istot, które nie rozumieją.
Chciał za pomocą czarów uwolnić się od tych paskudztw, ale jego czarodziejskie sztuczki nie działały. Po chwili znowu stał się Leonem, i Leon chciał się umyć, bo cała skóra swędziała go potwornie.
Paskudny stygmat na boku wciąż oczywiście istniał, ale on nie widział go dokładnie, bo zdeformowane ciało Wamby miało wielkie piersi, które zwisały nad znakiem.
Ech, co tam woda, na co mu woda? Natomiast piwo…
Wamba trzymał się z daleka od ludzi, tymczasem Leon przedsięwziął rajd do sklepu spożywczego, gdzie ukradł mnóstwo piwa i jedzenia, mogło mu to wystarczyć na kilka dni. Przerażony personel dzwonił po policję, ale kiedy radiowóz przyjechał, jego już nie było.
Jakieś drogowskazy informowały go, gdzie mniej więcej się znajduje, zaraz jednak znowu jego mózg pogrążał się w chaosie.
Jedna jego część pragnęła Emmy i zemsty na wrogach oraz skarbu, druga natomiast chciała wrócić do domu.
Powinien za wszelką cenę kierować się na północ.
Kiedy był przede wszystkim Leonem, zdołał ukraść samochód, najdroższy, na jaki natrafił, zjechał na autostradę i ruszył. Daleko jednak nie zajechał, a poczuł, że ta jakaś dziwna przemiana znowu opanowuje jego myśli, wykazał jeszcze tyle przebiegłości, by zjechać na leśną drogę i tam czekać. Siedział w tym lesie, dopóki ponownie nie stał się Leonem i mógł ruszyć dalej.
Miał teraz pełną kontrolę nad swoim zachowaniem. Tak mu się przynajmniej wydawało.
Ale długo to nie trwało. Leon w nim marniał i marniał. Nie był już w stanie prowadzić. Nagle przeraził się, że siedzi w jakimś dziwnym powozie, ze strachu wypuścił kierownicę z rąk i wpakował samochód do rowu. Pojazd został kompletnie zniszczony, ale on się tym nie przejmował, starał się z niego wydostać, wpadał w panikę, szarpał się i miotał, w końcu niezwykłym zbiegiem okoliczności udało mu się otworzyć drzwi.
I uciekł do lasu.
Wędrował teraz po okolicy górzystej, faktycznie była to północna Hiszpania, ale chociaż nie zdawał sobie dokładnie sprawy, gdzie jest, właściwie wybierał drogę. Węch go nie zawodził na tych pełnych wzniesień pustkowiach.
Szedł niemal bez przerwy. I kiedy dotarł do rzeki, która płynęła w głębokiej rozpadlinie, rozpoznał to miejsce. Był na właściwym tropie. Wkrótce Wamba dotrze do domu.
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY SZÓSTY
Przeżywali chyba swój najlepszy czas. Stali się zgraną grupą, wszyscy przeciwnicy siedzieli w więzieniu. Brakowało tylko Flavii i Elia, wtedy byliby w komplecie. Ale Flavia nie czułaby się teraz z nimi zbyt dobrze, bo chociaż Pedro i Gudrun rzadko kiedy okazywali sobie uczucie, to było dla wszystkich oczywiste, że ci dwoje żyją wyłącznie dla siebie. Twarze mieli rozjaśnione, oczy promienne, żadne nigdy nie wyglądało lepiej.
– Nic nie czyni człowieka takim pięknym jak odwzajemniona miłość – zauważyła Vesla wzruszona, ale Unni musiała, naturalnie, zburzyć jej romantyczny nastrój.
– Nic nie czyni kobiety piękniejszą niż cztery wypite przez mężczyznę drinki.
Morten natomiast krzywił się i oburzał.
– Przecież ty jesteś moją babką! – warknął kiedyś na Gudrun. – Zachowujesz się śmiesznie, nie możesz się obnosić z tym swoim zakochaniem jak jakaś nastolatka!
– Morten! – upomniał go Antonio. – Nie pozwalaj sobie!
– Ale to wbrew naturze, oni są za starzy! Antonio wpadł w złość.
– Czy ty nigdy nie dorośniesz, Morten? Nawet stulatkowie mogą się zakochać. Miłość nie ma nic wspólnego z wiekiem, przekonasz się o tym, kiedy sam będziesz miał siedemdziesiątkę.
– Ja nie dożyję siedemdziesiątki – burknął Morten ze złością. – Czyżbyś zapomniał, że zostało mi już ledwie pół roku?
– Będziesz miał siedemdziesiąt i więcej – zapewnił Antonio. – I nie rozmawiajmy już o tym.
Ale Morten przyjął jego uwagi. Poprosił babcię o wybaczenie i życzył jej szczęścia, choć nie wyzbył się całkiem krzywego uśmieszku.
Utrzymywali cały czas kontakt z Flavią. Elio i jego rodzina mieli się dobrze. Traktowali swój pobyt we Włoszech jako długie wakacje, nie wiadomo tylko jak długie. Także ich los był uzależniony od rozwiązania zagadki, od tego, by Leon & Co. przestali ich ścigać.
Jordi odzyskał zdrowie, ale, niestety, ten jego lodowaty pancerz pozostał. Akurat o to Unni miała pretensje do rycerzy. Czy nie mogliby być bardziej wspaniałomyślni?
Któregoś dnia przyszła pocztą duża koperta. Do Unni. Oczy dziewczyny zrobiły się wielkie, pojawił się w nich lęk, chwyciła przesyłkę i pobiegła na poddasze, do pokoju, który dzieliła teraz z Jordim tak, by Vesla i Antonio mogli mieszkać razem.
Jordi poszedł za nią i znalazł ją siedzącą na łóżku. Jego łóżko stało możliwie jak najdalej, w drugim kącie wielkiego pokoju.
– Co się dzieje, kochanie? – spytał, siadając z daleka. Unni sprawiała wrażenie głęboko rozczarowanej, w oczach miała łzy.
– Wysłałam rękopis do pewnego wydawnictwa i mi go zwrócili. – Podała mu załączoną do przesyłki kartkę. Znajdowała się na niej standardowa odpowiedź, jaką w ciągu dziejów otrzymały dziesiątki tysięcy pełnych nadziei kandydatów na pisarzy:
„Wydawnictwo dziękuje za możliwość zapoznania się z Pani rękopisem. Niestety, nie możemy go włączyć do naszych planów edytorskich”.
Jordi spojrzał znad kartki.
– A więc to tym się zajmowałaś przez całą drogę? A potem, już tutaj, przepisywałaś na czysto na maszynie, prawda?
Przytakiwała zgnębiona.
– O czym to jest?
– Ech, głupia jestem – westchnęła. – Spisywałam to, o czym rozmawialiśmy. Wiesz, o tym, jak należy odczytywać historię.
Zebrałam wszystkie zjawiska współczesne, jakie przyszły mi do głowy, i śledziłam, jak się one przedstawiały w przeszłości czy też co sprawiło, że w ogóle powstały. Na przykład, dlaczego współcześnie wszystko jest takie drogie? Albo dlaczego powstały przedszkola dla dzieci? Dlaczego dzieci więcej wiedzą o komputerach niż pięćdziesięciolatkowie? Zadawałam masę takich: „dlaczego” i wydawało mi się, że potrafię sprawy wyjaśnić, cofając się aż do siedemnastego wieku.