– Dużo tego masz? Ile stron maszynopisu?
– Dwadzieścia dwie.
– Ależ Unni, to przecież za mało na książkę! Nikt nie wyda takiego krótkiego maszynopisu. Standardowa objętość zawiera się gdzieś między dwieście pięćdziesiąt a pięćset stron.
– Oj! – jęknęła speszona. – A ja myślałam, że napisałam strasznie dużo!
Jordi wyciągnął rękę.
– Mógłbym przeczytać? Zobaczymy, jak to można zakwalifikować.
Bo powieść to też nie jest, jak rozumiem.
Unni wahała się przez chwilę, po czym podała mu kopertę.
– Ale nie wolno ci się śmiać. Roześmiała się sama. Skrępowana.
– Zresztą możesz. Bo i tak bardzo chcę wiedzieć, co o tym myślisz.
Jordi pogrążył się w lekturze, a Unni chodziła po ogrodzie i obgryzała paznokcie.
Kiedy się znowu spotkali, Jordi miał przed sobą niełatwe zadanie.
Tekst Unni był strasznie naiwny, brakowało mu struktury, nie poddawał się na dobrą sprawę żadnym klasyfikacjom.
O naiwności nie wspomniał, ale roztrząsali całą sprawę bardzo długo. W końcu ustalili, że Jordi pomoże jej w pracy nad tekstem, nada mu czytelną kompozycję, a potem wyślą rzecz do jakiegoś alternatywnego magazynu. Na artykuł gazetowy tekst był za długi, zresztą gazety raczej się nie interesują takimi tematami. Istnieją jednak wydawnictwa popularne, które mają kłopoty z zapełnianiem swoich łamów. Obiecał się zorientować.
Unni dziękowała mu szczerze. Siedzieli przy grządce tulipanów na ogrodowych krzesełkach.
– Wiesz, ja pisałam nie tylko ze względu na siebie. Bardzo chciałam jakoś wesprzeć ekonomicznie nasze przedsięwzięcie. Tak strasznie dużo podróżujemy.
– A będziemy jeszcze więcej. Ale niestety, nawet gdybyś wydała grubą książkę, to i tak byś się nie wzbogaciła. Pisarze przeważnie żyją dosyć skromnie. Tylko autorzy bestsellerów mogą się utrzymać z działalności literackiej.
– Nie wiedziałam – westchnęła Unni rozczarowana. Zaraz się jednak rozpogodziła. – Ale i tak miałam z tego mnóstwo radości.
Bardzo przyjemnie jest pisać.
– Ach, to więcej niż połowa satysfakcji, móc pisać.
– Tak, teraz o tym wiem. Jordi spoważniał.
– Tak bardzo cię kocham, Unni.
– Ja też. To znaczy, chciałam powiedzieć, że ja też kocham ciebie. Amerykanie mają lepiej, oni mówią po prostu „me too” i nikt nie ma wątpliwości. A poza tym zdobyłam imbir.
– To wspaniale! Natomiast Gudrun znalazła szałwię i tymianek.
– Vesla przetrząsa wszystkie kwiaciarnie w poszukiwaniu mirtu, ale bezskutecznie. Widocznie to nie sezon – opowiadała Unni.
– Mam nadzieję, że w końcu znajdzie. Bo Pedro zdobył świeże oliwki, kupił ich tyle, że można by sporządzić całe wiadro czarodziejskiego wywaru.
– Świetnie. A jak Morten radzi sobie z lawendą?
– Gudrun wysłała go do sąsiadów w czasie, kiedy ich córka była akurat w domu. Wmówiła sobie, że musi mu wybić z głowy Emmę.
– Nie wiem, czy to akurat o głowę chodzi – mruknęła Unni pod nosem, ale Jordi dobrze ją słyszał. Uśmiechnął się. Bardzo by chciał wyciągnąć rękę i uściskać ukochaną, ale byłoby to beznadziejne przedsięwzięcie.
Paskudni rycerze! Czy naprawdę konieczne są te wszystkie cierpienia i kłopoty, przez które on i jego przyjaciele muszą przechodzić?
Jordi wiedział jednak bardzo dobrze, że tak. Wyjaśnienie wielkiej tajemnicy leżało również w interesie żywych.
Morten był przygnębiony i wściekły. Dlaczego to zawsze on otrzymuje najgorsze zadania?
Teraz chyba aż tak źle nie było, ale on lubił czuć się pokrzywdzony. „O, ja nieszczęśliwy”, powtarzał sobie. raz po raz.
Wciąż urażony dzwonił do drzwi sąsiadów.
Otworzyła młoda dziewczyna i patrzyła na niego pytająco.
Morten stracił dech. Dziewczyna była bardzo ładna, a on, jak wiadomo, wrażliwy na urodę pań. Zaraz się też okazało, że sąsiadka jest życzliwie usposobiona i posiada naturalną łagodność.
Jąkając się, Morten zdołał wykrztusić, że jest nowym sąsiadem, i został wpuszczony do środka. Najwyraźniej panna była w domu sama.
Zdążył zauważyć, iż wnętrze jest bardzo wygodne, w duchu jednak przeklinał swoich przyjaciół, że wysłali go w tak idiotycznej sprawie.
– Eeech, ja… eech… weee… zwróciłem uwagę, że… (do diabła, po co ja się w to wdałem?), że eee… państwo mają… lawendę w og… ogrodzie.
– Naprawdę? – uśmiechnęła się gospodyni.
O rany, wygląda na to, że siedział z lornetką i studiował, co oni hodują w ogrodzie.
– Tak. Moja babcia tak mówi. To ona przysłała mnie z prośbą, czy by państwo… czy mogłaby dostać kilka gałązek do bukietu!
Ostatnia część zdania zabrzmiała jak eksplozja.
– Oczywiście – odparła dziewczyna nieco zaskoczona, bo będzie musiało minąć jeszcze sporo czasu, zanim lawenda zakwitnie. – A przy okazji, mam na imię Monika.
– O, przepraszam bardzo! Jestem Morten. Podał jej spoconą dłoń.
Monika wzięła sekator i wyszli do ogrodu szukać lawendowych krzewów.
Teraz łatwiej było rozmawiać. Mówili o sąsiedztwie, o pięknej pogodzie i uważnie przyglądali się roślinom. Morten nie szczędził pochwał ogrodowi.
W końcu zgodzili się oboje, że te krzewy o cienkich gałązkach i szarej barwie to musi być lawenda.
Morten wracał do domu, ściskając gałązki w dłoni, a serce biło mu radośnie. Nagle życie stało się piękne i ekscytujące! Poza tym naprawdę przyniósł do domu lawendę.
Spokojny, piękny czas dobiegał końca.
Nad willą znowu zaczynały się zbierać ciemne chmury.
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY SIÓDMY
Jordi przygotował nieduży, szczelny pojemnik z metalu. Wyłożył jego wnętrze bąbelkową folią, żeby fatalne srebrne pudełeczko nie mogło się przesuwać albo nie daj Boże otworzyć.
I raz jeszcze zebrali się nad skrzynią z tak zwanym skarbem Santiago. Antonio, gotów do podróży, wszystkie remedia złożył na tylnym siedzeniu samochodu: tymianek, szałwia, lawenda, mirt, oliwki oraz imbir. Brakowało jedynie piołunu i karłowatej brzozy.
Zabierał ponadto moździerz, w którym będzie mógł zioła pokruszyć i rozetrzeć. I Jordi, i Unni mieli silne przeczucie, że czas nagli oraz że nie byłoby rzeczą rozsądną pić nalewkę w willi lub w jej okolicy.
Do zalania ziół wybrali najdelikatniejszy, markowy koniak. Cały litr. Vesla zaopatrzyła Antonia w dwa duże, bardzo piękne kieliszki.
Na wszelki wypadek. Bo, jak powiedziano, nikt nie wie, co rycerze mieli na myśli, mówiąc, że Antonio otrzyma pomoc. I że on sam ma wypić jedynie połowę nalewki. Lepiej się zabezpieczyć i być przygotowanym na wszelką ewentualność.
Vesla błagała, by pozwolono jej towarzyszyć ukochanemu, być u jego boku.
On jednak stanowczo odmawiał. Nikt w ich walce nie otrzymał tyle razów, co najzupełniej niewinna Vesla. A to wtedy, kiedy wywróciła się łódź, a to w Alhambrze (nie mówiąc już o stopach poocieranych przez nowe buty). Antonio zwyczajnie się o nią bał. I o dziecko, którego oczekiwali.
– Bardzo chętnie wziąłbym cię ze sobą w góry, kochanie – zapewniał. – Gdyby tylko okoliczności były inne. Ja nawet nie wiem, dokąd jadę. Zawartość srebrnego pudełeczka jest zaczarowana i śmiertelnie niebezpieczna, a rycerze wyraźnie powiedzieli, że zadanie mogę wykonać jedynie ja sam. Tylko dlatego, że wierzą, iż jako lekarz potrafię się obchodzić z ziołami, wybrali właśnie mnie do zniszczenia zawartości pudełeczka.
Tak więc Vesla musiała zrezygnować. Za to na pożegnanie całowali się długo i namiętnie.