Выбрать главу

– Cholera! – zaklął Leon, kiedy znowu ruszyli w drogę. – Elio musi wiedzieć więcej, on jest jego najbliższym krewnym. Santiago był chyba jego wujem, no nie?

– Owszem, ale nigdy się przecież nie spotkali. Elio urodził się jakieś czterdzieści pięć lat po śmierci Santiago. Najbliższym mu w czasie był Esteban, ale i on urodził się co najmniej w dwadzieścia lat po śmierci Santiago. Wiem o tym od mojego ojca, on zaś wiedział od swojej matki, Emilii, tej złej, wiesz, która z kolei poznała tę historię poprzez swego dziadka, Emile. Ojciec Emilii, ogniwo pośrednie między nimi, nie zasługuje na pamięć. To był dewot, który tylko chodził do kościoła i nie chciał nic słyszeć o wielkim skarbie ukrytym w lesie, w wysokich górach, i tym wszystkim. Natomiast babcia Emilia, w dorosłych latach prawdziwa żelazna dama, jako dziecko siadywała na kolanach dziadka Emile, uważnie słuchała i uczyła się.

Leon raz po raz musiał się pochylać, czuł się marnie. Bolało go w miejscu, gdzie uderzyła głowa Wamby. Pewnie zrobił się tam wielki siniec.

Nie chciał jednak sprawiać wrażenia płaczka. Nie w obecności Alonza, który jest taki cholernie młody i sprawny. I nie wobec Emmy, która z pewnością flirtuje z młodzieńcem. Niech diabli wezmą oboje!

Cierpienie rozdrażniało Leona.

– Emile był głupi – warknął wściekle. – Powinien wydusić z Santiago wszystko, co ten nędznik wiedział, dopiero potem mógł go sobie wieszać.

– Emile był podobno w gorącej wodzie kąpany, łatwo się obrażał i długo pamiętał urazy – powiedziała Emma ze śmiechem. – Ja jestem do niego podobna!

– Oj, jesteś – westchnął Leon ze złością. – Niemniej jednak nasi szczęśliwi przeciwnicy położyli łapy na skarbie Santiago. Ja tego nie ścierpię, niech ich diabli porwą! Ale poczekajcie, już my was wytropimy!

Leon robił wrażenie człowieka niebezpiecznego.

Opuścili dwór i szybkim, zdecydowanym krokiem szli starą drogą.

Źle się czuli w tym lesie, nawet dzienne światło i blask słońca nie uwolniły ich od nieprzyjemnych, zimnych dreszczy. Wspomnienie tego, co widzieli w nocy, wciąż powracało.

Emma złościła się na Leona.

– Co się z tobą dzieje? Musisz tak okropnie sapać, prychać i jęczeć, jak idziesz? I wciąż nudzić o tym piwie? Przecież dobrze wiesz, że nie mamy tu piwa! Ja cię nie poznaję, zachowujesz się jak stary dziad! I dlaczego wciąż się drapiesz po brzuchu?

– Gówno cię to obchodzi – odburknął Leon ordynarnie. – Przygotuj się lepiej na to, żeby ładnie i pociągająco wyglądać, kiedy znajdziemy się już na szosie. Może uda nam się złapać jakąś okazję.

Nie możemy tu tkwić przez cały dzień, to poniżej mojej godności. Jestem ważną personą, znaną, ludzie się mnie boją!

Alonzo się nie odzywał. Zaczynało go to wszystko niepokoić.

Nagle Leon stanął jak wryty, po czym wydał z siebie wściekły ryk.

– A to co znowu? – spytała Emma.

– Ten nieziemski! Już wiem, gdzie go widziałem. Jako smarkacza. To jest Jordi Vargas! Ale, na wszystkich piekielnych diabłów, ten człowiek nie żyje!

ROZDZIAŁ SZÓSTY

– Tu nie ma żadnego samochodu – oznajmił Jordi zmartwiony, kiedy dobrnęli do szopy dróżnika. – Co się stało z Pedrem i Elio?

– Mogli mieć problemy ze znalezieniem kryjówki dla skrzynki – podpowiedziała Unni, ocierając łzy, które zaczęły jej spływać po policzkach. – Okolica jest tutaj otwarta, a myślę, że nie ukryli skrzynki w lesie.

– Tak, mówili, że chcą pojechać trochę bardziej na południe.

– No właśnie, a przecież nie wiemy, jak tam jest. Myślisz, że powinniśmy iść dalej? To znaczy wyjść im naprzeciw?

– Owszem, tak by chyba było najlepiej. Zwłaszcza że Leon i jego kompani znajdują się w lesie, na górze. Ale, Unni, ty płaczesz? Nie martw się, wszystko będzie dobrze, zobaczysz!

– Och, głuptasie, ja nie płaczę z naszego powodu. Myślę o młodym, samotnym Santiago. Jak on się musiał wtedy czuć. A miał takie ufne oczy. I został zamordowany, przypuszczalnie przez swojego przyrodniego brata, Emile.

Jordi pogłaskał ją po policzku lodowato zimną dłonią.

– Santiago nie był chyba bardziej samotny niż inni nasi biedni kuzyni. Zwłaszcza że on miał ojca i brata Enrica.

– Ale w chwili śmierci został sam.

– Tak jak wszyscy.

Wciąż stali na skraju drogi, przytłoczeni smutkiem, bliżsi sobie w cieniu tragedii.

– Ale on wiedział, że musi umrzeć – Unni uśmiechała się przez łzy. – Z twojego powodu też kiedyś płakałam, Jordi. Płakałam nad twoim losem. Na cmentarzu. Zapaliłam na twoim grobie dwie świeczki, ale ciebie tam nie było!

Zaniósł się stłumionym, lekko desperackim śmiechem, kiedy przytulił ją i oparł policzek na jej włosach. Unni była rozdarta między sprzeczne uczucia: wzruszona smutnym przypomnieniem, dygotała w jego objęciach, z drugiej jednak strony bliskość Jordiego budziła w niej rozkoszne drżenie mimo płynącego od niego chłodu, który, szczerze powiedziawszy, przenikał ją do szpiku kości. Owo ciepłe drżenie próbowało pokonać chłód, ale Unni wciąż nie wierzyła, że to się uda. Starszy brat i młodsza siostra, nie zapominaj o jego idei rodzeństwa, powtarzała w duchu.

Nagle została wyrwana z rozmarzenia, Jordi odsunął się od niej gwałtownie.

– Słyszę samochód! Od północy, może Pedro i… Nie! To pozostali pomocnicy Leona wracają przynajmniej jednym samochodem. Wiem, że mają taki w okropnym kolorze zupy pomidorowej.

Samochód wciąż jeszcze był dość daleko.

– To co teraz? – spytała Unni przestraszona.

– Do szopy, prędko!

Duże podwójne drzwi od strony drogi były zamknięte. Ale przy południowej ścianie znajdowała się mała komórka i drzwi do niej stały otworem.

Wewnątrz było bardzo ciasno i pełno kurzu. Unni zaczęła kaszleć.

Jordi ujął klamkę drzwi wiodących dalej, ale one też nie dały się otworzyć.

– Musimy czekać tutaj. Postaw miecz w kącie!

W murze znajdował się niewielki otwór, widzieli przez niego fragment drogi, a przy pewnym wysiłku również zjazd na leśną ścieżkę.

Szczególnie wielkiej możliwości ruchu w tej ciasnocie nie mieli, musieli stać blisko siebie i Unni znowu zaczęła marznąć. Jeszcze chwila, a zmienię się w słup jak żona Lota, tylko że w słup lodu, nie soli, myślała. Ale moja tęsknota jest gorąca. Och, jaka gorąca!

W końcu usłyszeli samochód.

– O, do licha, zatrzymują się – szepnęła Unni. – I wysiadają.

Jeden z dwóch przybyłych mężczyzn zbliżał się do szopy. Stanął twarzą do ściany, żeby oddać mocz. Unni i Jordi wcisnęli się jak najdalej w kąt, żeby ich nie zobaczył. I żeby sami nie widzieli.

Teraz nie było już miejsca na żaden ruch. Stali bardzo blisko siebie na tym małym kawałku miejsca, niewidocznego z zewnątrz.

Nie mogli też usiąść na podłodze, bo pełno było na niej potłuczonego szkła i innych śmieci.

Usłyszeli, że stojący przy szopie woła do swojego kompana po drugiej stronie drogi:

– Nie powinniśmy byli tu wracać. Myślę, że najlepiej będzie znowu zwiewać!

– A co się stanie potem, jak myślisz? – odpowiedział tamten. – Alonzo znajdzie nas wszędzie, a wtedy to nie tylko nóż na gardle, ale nóż w gardle. Widziałeś, jak załatwił Augusta?

Ten spod szopy skończył, wrócił do koleżki, usiedli obaj w otwartym samochodzie i zapalili papierosy. Widocznie mieli zamiar długo czekać.

Atmosfera w maleńkim pomieszczeniu stawała się naprawdę dziwna. Unni była odrętwiała z zimna, ale czuła, że i jej dusza, i serce reagują na intymną bliskość Jordiego. No może nie tylko serce i dusza, pomyślała cierpko. Ręce Jordiego spoczywały na jej plecach, płynął z nich lodowaty chłód. Jej policzki znajdowały się tuż przy jego twarzy i odnosiła wrażenie, że powieki zamieniają się jej w kawałki lodu. Mam nadzieję, że nie zaczną stukać przy mruganiu, pomyślała w przypływie wisielczego humoru.