– Moje gratulacje dla szefa kuchni – zawołałem.
Chwilę później poczułem, że tracę świadomość i usypiam.
Znajdowałem się w powietrzu. Nie było cienia wątpliwości. Siedziałem we wnętrzu helikoptera i czułem pęd powietrza. Powoli odzyskiwałem świadomość, ale kiedy otworzyłem oczy, wokół panowały ciemności. Głowę miałem owiniętą czymś w rodzaju worka, a ręce związane z tyłu. Czułem, jak helikopter opada, znów się wznosi i znów spada.
– Już nie śpimy? – Poczułem szturchnięcie kolbą.
– Nie.
– To dobrze. Więc teraz podaj mi nazwę swojej jednostki i szczegóły misji. Nie będziemy się tu z tobą opierdalać, synku. Więc lepiej nie zwlekaj.
– Odwal się.
– Mam nadzieję, synku, że umiesz pływać. I mam nadzieję, że uda ci się popływać. Bo jesteśmy teraz jakieś sześćdziesiąt metrów nad powierzchnią Morza Irlandzkiego i za chwilę zepchniemy cię z tej pierdolonej kataryny ze związanymi łapami. I walniesz wtedy w wodę jak, kurwa, w beton, zdajesz sobie z tego sprawę? Możesz od razu zginąć, a może cię to tylko ogłuszyć. I wtedy, synku, rybki cię pożrą żywcem. A twojego ciała nigdy nie znajdą. Czy kapujesz, co do ciebie mówię?
Głos brzmiał oficjalnie i poważnie.
– Tak.
– To dobrze. A więc nazwa twojej jednostki i szczegóły misji?
– Odwal się. – Starałem się, żeby zabrzmiało to chłodno. W statystyce zostanę odnotowany jako jeszcze jeden wypadek śmiertelny podczas ćwiczeń, i żadnych dodatkowych pytań. Rąbnę w powierzchnię morza, tak jak żarówka rzucona o ścianę. – Odwal się – powtórzyłem, dodając w duchu: „To tylko gra, to tylko gra”.
– Wiesz, że to już nie jest gra. Gra się skończyła. Twoi kumple i tak już wszystko wyśpiewali. Jeden z nich, Reeve się chyba nazywa, tak się rozśpiewał, że przy okazji ducha wyzionął. No dobra, chłopcy, do wody z nim.
– Zaczekaj…
– Miłej kąpieli, Rebus.
Poczułem, jak mnie chwytają za nogi i korpus. Ten worek na głowie i gwałtowny podmuch wiatru uderzający wprost we mnie spowodowały, że zacząłem podejrzewać, że jednak nastąpiło jakieś potworne nieporozumienie.
– Zaraz…
Poczułem, że wiszę w powietrzu sześćdziesiąt metrów nad powierzchnią morza, a wokół mnie skrzeczą mewy i domagają się, by mnie puścić.
– Czekajcie!
– Tak, Rebus?
– Przynajmniej zdejmijcie mi z głowy ten kurewski worek! – wrzasnąłem w rozpaczy.
– Puścić tego sukinsyna.
I puścili mnie. Przez sekundę zawisłem w powietrzu, a potem runąłem w dół jak kamień. Byłem związany jak świąteczny indyk. Wrzeszczałem przez sekundę, może dwie, a potem wyrżnąłem o ziemię.
Spadłem na twardą ziemię.
Leżałem tak i słyszałem jak obok ląduje helikopter. Dookoła wszyscy się śmiali. Znów było słychać obce języki. Podnieśli mnie i zawlekli do celi. Byłem teraz wdzięczny za ten worek na głowie. Dzięki niemu nie było widać, że płaczę. Całe moje ciało składało się z rozedrganych sprężynek, macek strachu, adrenaliny i uczucia ulgi, które przesycały mi wątrobę, płuca, serce.
Usłyszałem za plecami trzaśniecie drzwi, a potem odgłos szurania nogami po podłodze. Czyjeś dłonie zaczęły rozwiązywać więzy. Potem zdjęto mi worek z głowy i przez dobre kilka sekund odzyskiwałem wzrok.
Twarz, którą zobaczyłem, wydała mi się moją własną – a więc jeszcze jedna przekrętka w tej grze. Ale potem rozpoznałem Gordona Reeve’a, w tym samym momencie, kiedy on rozpoznał mnie.
– Rebus? – zapytał. – A oni mi powiedzieli, że ty…
– To samo mnie powiedzieli o tobie. Jak się czujesz?
– W porząsiu, dobrze. O Jezu, ale się cieszę, że cię widzę.
Objęliśmy się i poczuliśmy wzajemnie swój słaby, ale męski uścisk, bijącą od nas woń przebytych cierpień i naszej determinacji. Obaj mieliśmy łzy w oczach.
– To naprawdę ty – powiedział. – Chyba nie śnię.
– Usiądźmy – odparłem. – Niezbyt pewnie czuję się na nogach.
Naprawdę chodziło mi o to, że to on niezbyt pewnie stał. Opierał się na mnie jak na szczudle. Z wyraźną ulgą usiadł.
– Jak było? – spytałem go.
– Przez jakiś czas trzymałem formę – powiedział i klepnął się po nodze. – Robiłem pompki i różne takie. Ale szybko padłem. Próbowali mnie faszerować halucynogenami. Miałem jakieś zwidy.
– A mnie próbowali załatwić środkiem odurzającym.
– Te ich prochy to osobny rozdział. A do tego jeszcze polewanie wężem ciśnieniowym. Polewali mnie mniej więcej raz dziennie. Lodowato zimną wodą. Właściwie nigdy nie udało mi się wyschnąć.
– Jak sądzisz, długo tu jesteśmy? – Ciekaw byłem, czy w jego oczach prezentuję się równie źle, jak on w moich. Miałem nadzieję, że nie. Nie wspominał nic o zrzucaniu z helikoptera, więc postanowiłem też to przemilczeć.
– Za długo – odpowiedział. – Wszystko to, kurwa, paranoja.
– Mówiłeś, że wymyślili dla nas coś ekstra. A ja w to nie wierzyłem, Boże, zmiłuj się nade mną.
– Nie to miałem na myśli.
– Ale wyraźnie chodzi im o nas.
– To znaczy jak?
Do tej pory miałem tylko niejasne przeczucie, jednak teraz byłem już tego pewien.
– Pamiętasz, jak ten nasz wartownik wsadził wtedy głowę do szałasu? Na jego twarzy nie było śladu zdziwienia, nie mówiąc już o strachu. Myślę, że od początku tamci dwaj byli w zmowie.
– No to, o co w tym wszystkim chodzi?
Patrzyłem na niego, jak tak siedzi z brodą opartą o kolana. Byliśmy jak dwie bezbronne istoty wyrzucone poza nawias. Pchły nas żarły niczym spragnione krwi wampiry. Poobijane i owrzodzone usta bolały, włosy wypadały, zęby się ruszały. Ale w liczbie siła. I tego nie potrafiłem zrozumieć: dlaczego nas połączyli, skoro każdy z osobna był już na granicy załamania?
– No to, o co w tym wszystkim chodzi?
Może chodzi im o uśpienie naszej czujności pod pozorem względnego bezpieczeństwa, a potem dopiero naprawdę docisną nam śrubę? Póki możemy powiedzieć: „Oto jest najgorsze”, to najgorsze jeszcze nie nastąpiło. Szekspir, Król Lear. Wtedy jeszcze tego nie wiedziałem, ale teraz wiem. Niechaj się stanie.
– Nie wiem – odpowiedziałem. – Ale pewnie się dowiemy, kiedy uznają, że przyszedł na to czas.
– Boisz się? – spytał nagle, a jego wzrok zawisł na zapaćkanych drzwiach naszej celi.
– Może.
– Powinieneś się bać jak cholera. Bo ja się tak boję. Pamiętam jak kiedyś jako dziecko wybrałem się z kumplami nad rzekę koło naszego osiedla. Była mocno wezbrana, bo od tygodnia lało bez przerwy. To było tuż po wojnie i wszędzie dookoła pełno było rozwalonych domów. Poszliśmy w górę rzeki i doszliśmy do takiej rury kanalizacyjnej. Zawsze zadawałem się ze starszymi chłopakami. Sam nie wiem dlaczego. Wszystkie ich zwariowane pomysły zawsze skrupiały się na mnie, ale mimo to się ich trzymałem. Pewnie imponowało mi zadawanie się z takimi, których inne dzieci w moim wieku panicznie się bały. Więc mimo że starsi uważali mnie za śmiecia, to dawało mi to władzę nad tymi młodszymi. Kapujesz?
Kiwnąłem głową, ale on i tak nie patrzył.
– Ta rura nie była specjalnie gruba, ale była długa i wisiała wysoko nad wodą. I oni kazali mi po niej przejść. Chryste, ale się bałem. Byłem tak przerażony, że w połowie drogi nogi się pode mną ugięły i sparaliżowało mnie ze strachu. A potem spodenki mi się zmoczyły i siki pociekły mi po nogach, a oni to zauważyli i zaczęli się śmiać. Ryczeli ze śmiechu, a ja nie mogłem się ruszyć. Więc w końcu mnie zostawili i sobie poszli.