Przypomniał mi się rechot, kiedy mnie zrzucali z helikoptera.
– Zdarzyło ci się coś takiego jako dziecku, Johnny?
– Chyba nie.
– To po jaką cholerę się tu w ogóle zgłosiłeś?
– Żeby się wyrwać z domu. Nie mogłem się dogadać z ojcem. Ojciec wolał mojego młodszego brata. A ja czułem się odtrącony.
– Nigdy nie miałem brata.
– Ja też nie, w każdym razie nie w zwykłym tego słowa znaczeniu.
Miałem konkurenta.
Zaraz go wybudzę
Ani się waż
Kiedy nic nam to nie daje
Jedźmy dalej
– A co robił twój ojciec, Johnny?
– Był hipnotyzerem. Brał ludzi na scenę i zmuszał ich do różnych głupot.
– Żartujesz!
– Poważnie. Brat chciał pójść w jego ślady, ale ja nie. Więc się stamtąd wyniosłem. Nie mogę powiedzieć, żeby ich moja decyzja specjalnie obeszła.
Reeve zachichotał.
– Jakbyśmy chcieli się wystawić na sprzedaż, to na etykiecie powinno się napisać: „Lekko przechodzeni”, co nie, Johnny?
Roześmiałem się i śmiałem się dłużej i głośniej, niż to było potrzebne, a potem objęliśmy się ramionami i tak trwaliśmy, wzajemnie się grzejąc.
Spaliśmy na jednym materacu, odlewaliśmy się i wypróżnialiśmy na oczach tego drugiego, próbowaliśmy razem ćwiczyć, rozgrywaliśmy jakieś gry umysłowe i wzajemnie się wspieraliśmy.
Reeve miał ze sobą kawałek sznurka i bawił się nim, zwijał go i rozwijał i wiązał na nim węzły, jakich uczono nas w czasie szkolenia. Dlatego kiedyś opowiedziałem mu historię węzła gordyjskiego. Machnął wtedy ku mnie małym węzełkiem refowym, który wcześniej zawiązał.
– Węzeł gordyjski, węzeł refowy. Gordyjski ref [Gordyjski w języku angielsku to gordian, fonetycznie blisko imienia Gordon. Analogicznie ref – Reeve.]. To brzmi zupełnie jak moje imię i nazwisko, nie?
Dało nam to znów powód do śmiechu.
Grywaliśmy też w kółko i krzyżyk, paznokciami wydrapywaliśmy ruchy na pylącej ścianie celi. Potem Reeve nauczył mnie sposobu, który w najgorszym razie gwarantuje nierozegraną. Wcześniej musieliśmy rozegrać chyba ze trzysta partii, z których dwie trzecie wygrał Reeve. Sposób był zupełnie prosty.
– Stawiasz swoje pierwsze O w górnym lewym rogu, drugie w przeciwległym rogu. Jest to układ nie do pobicia.
– A jeśli twój przeciwnik postawi swój pierwszy X w tym przeciwległym rogu?
– Jeśli uda ci się zająć pozostałe narożniki, to nadal możesz wygrać.
Reeve wydawał się tym wszystkim bardzo uradowany. Wykonał taniec po celi, a potem łypnął na mnie okiem.
– Jesteś dla mnie zupełnie jak brat, którego nigdy nie miałem.
A potem chwycił moją dłoń i wbił mi paznokieć w ciało tak, że pociekła krew. Następnie zrobił to samo sobie i zetknęliśmy dłonie, pocierając je o siebie i rozmazując krew.
– Bracia na zawsze złączeni krwią – powiedział Gordon, uśmiechając się.
Też się do niego uśmiechnąłem i pomyślałem, że staje się zbytnio ode mnie uzależniony i że jeżeli nas rozdzielą, to sam nie da sobie rady.
A potem on uklęknął przede mną i jeszcze raz mnie uścisnął.
Gordon stawał się coraz bardziej niespokojny. Codziennie robił po pięćdziesiąt pompek, co było niezwykłym osiągnięciem, zważywszy to, jak nas karmili. I cały czas coś sobie nucił pod nosem. Wyglądało na to, że moja obecność przestaje na niego działać. Znów gdzieś odpływał, zacząłem więc opowiadać.
Najpierw opowiadałem mu o moim dzieciństwie i o sztuczkach robionych przez ojca, ale potem zacząłem zmyślać, czerpiąc pomysły z przeczytanych książek. W końcu przyszła pora na historię Raskolnikowa, na tę niezwykle umoralniającą opowieść wziętą ze Zbrodni i kary. Słuchał tego z zapartym tchem, a ja ciągnąłem ją tak długo, jak tylko się dało. Wymyślałem na nowo całe fragmenty, tworzyłem nowe dialogi i postacie. A kiedy wreszcie dotarłem do końca, on rzekł tylko:
– Opowiedz mi to jeszcze raz.
Więc to zrobiłem.
– John, czy wszystko musiało się tak skończyć? – Reeve siedział w kucki i mazał palcem po podłodze. Ja leżałem na materacu.
– Tak – odparłem. – Myślę, że tak. W każdym razie, tak to zostało napisane. Zakończenie jest od początku z góry przesądzone.
– No właśnie, mnie też się tak zdaje.
Zapadło długie milczenie, potem Reeve odchrząknął.
– Co myślisz o Bogu, John? Bardzo jestem ciekaw.
Powiedziałem mu, podpierając swoją dość naciąganą argumentację opowieściami z Biblii. Gordon Reeve położył się na podłodze i wpatrywał we mnie oczami okrągłymi jak zimą księżyc w pełni. I sprawiał wrażenie okropnie przejętego.
– Nie potrafię w to wszystko uwierzyć – powiedział, kiedy zamilkłem i próbowałem sobie zwilżyć śliną zaschnięte gardło. – Chciałbym, ale nie potrafię. Myślę, że ten Raskolnikow powinien sobie odpuścić i cieszyć się wolnością. Zorganizować spluwę i wszystkich ich załatwić.
Przez chwilę myślałem o tym, co powiedział. Wydało mi się, że jest w tym trochę racji, ale też mnóstwo przemawia przeciwko takiemu rozwiązaniu. Reeve wydawał się mocno zagubiony, jak ktoś, kto wierzy w brak wiary, ale nie jest całkowicie pozbawiony wiary w to, że warto wierzyć.
Co to za brednie?
Ciii.
W którymś momencie, pomiędzy kolejną grą a kolejną opowieścią, położył mi rękę na karku.
– John, jesteśmy przyjaciółmi, prawda? Takimi naprawdę serdecznymi przyjaciółmi? Bo ja nigdy przedtem nie miałem serdecznego przyjaciela. – Mimo zimna panującego w celi jego oddech był gorący. – Ale my takimi przyjaciółmi jesteśmy, prawda? Bo wiesz, nauczyłem cię wygrywać w kółko i krzyżyk, nie? – Wyraz jego oczu był teraz bardziej wilczy niż ludzki. Czułem, że to nadchodzi, ale nic nie mogłem poradzić.
W każdym razie do tego momentu. Teraz jednak ogarnąłem wszystko halucynogennym wzrokiem kogoś, kto widział już wszystko, a może jeszcze więcej. Zobaczyłem, że Gordon zbliża twarz do mojej i powoli – tak wolno, jakby się to w ogóle nie działo – składa zdyszany pocałunek na moim policzku, a potem próbuje odwrócić mi głowę, tak by trafić na usta.
I poczułem, że ulegam. Nie, nie, tak nie może być! To niedopuszczalne! Przecież nie o to nam chodziło przez te wszystkie tygodnie, prawda? A jeśli o to, to skończony głupiec ze mnie.
– Tylko pocałunek – wyszeptał – tylko jeden pocałunek, John. Cholera, no chodź.
W oczach miał łzy, bo i on rozumiał, że w ciągu tej jednej sekundy wszystko, co było między nami, wali się w gruzy. Rozumiał, że to oznacza koniec tego, co było. Jednak nie przeszkodziło mu to, by mnie stopniowo odwracać tyłem i dążyć ku poczwarze o podwójnych plecach. (Szekspir, niech będzie). A ja cały dygotałem, ale czułem się dziwnie bezwolny. Było to dla mnie nie do pojęcia, wymykało się spod kontroli. Oczy napełniły mi się łzami i pociekło mi z nosa.
– Tylko jeden pocałunek.
To wina tego przeszkolenia, tego bezlitosnego dążenia za wszelką cenę do wytyczonego, morderczego celu, że teraz znaleźliśmy się w takiej strasznej sytuacji. Więc jednak zawsze we wszystkim kryje się miłość.
– John.
Stać mnie było tylko na uczucie litości dla nas obu, dwóch cuchnących, pozbawionych godności zwierząt ludzkich zamkniętych w pustych ścianach celi. Miałem poczucie klęski i straszliwego upokorzenia. Gordon. Gordon. Gordon.