Выбрать главу

Wyjęła je z czarnego zamszu, który natychmiast sprężyście wygładził swoją powierzchnię. Niepokoiły ją. Nie tylko dlatego, że je ukradła, ale że za dużo ważyły. Były o wiele za ciężkie jak na taki drobiazg, nawet z tymi grubymi zausznikami. Oprawki wyglądały jak wycięte z kawałków grafitu. Może tak było, pomyślała; wokół papierowego rdzenia ramy jej roweru był grafit — patent Asahi Engineering.

Grzechot kopyści, którą Skinner mieszał jajka.

Założyła okulary. Ciemność. Gęsta ciemność.

— Katherine Hepbum — powiedział Skinner.

Zdjęła je.

— Hmm?

— W takich dużych okularach.

Wzięła zapalniczkę, którą trzymał obok Colemana, pstryknęła nią i przytrzymała przed jednym ze szkieł. Nic.

— Do czego one są, do spawania?

Nałożył jej porcję jajecznicy do aluminiowej żołnierskiej miski z wybitą datą 1952. Postawił obok widelca i kubka z czarną kawą. Położyła okulary na stole.

— Nic nie widać. Tylko ciemność.

Przysunęła sobie taboret z klonowego drewna i usiadła, podnosząc widelec. Zabrała się do jedzenia jajecznicy. Skinner siedział, pochłaniał swoją i patrzył na Chevette.

— Sowieckie — powiedział, przełknąwszy łyk kawy.

— Hmm?

— Takie okulary robili w dawnych Sowietach. Mieli dwie fabryki okularów przeciwsłonecznych — jedna zawsze produkowała takie, których nikt nie kupował. Zarzuciła nimi sklepy, wszędzie leżały stertami. Wszyscy chcieli tylko te drugie, od konkurencji.

— Fabryka produkowała takie czarne szkła?

— Związek Sowiecki.

— Głupi, czy co?

— To nie takie proste… Skąd je masz?

Spojrzała na swoją kawę.

— Znalazłam.

Podniosła kubek i upiła łyk.

— Pracujesz dziś?

Podniósł się, wepchnął przód koszuli do dżinsów z zardzewiałą klamrą starego skórzanego pasa, przytrzymywaną spinaczami do papieru.

— Od południa do piątej.

Podniosła okulary i obróciła je w palcach. Były zbyt ciężkie jak na taki drobiazg.

— Muszę tu kogoś ściągnąć, żeby sprawdził zbiornik paliwa…

— Fontaine'a?

Nie odpowiedział. Włożyła okulary w czarny zamsz, zamknęła futerał, wstała, zaniosła naczynia do zlewozmywaka. Spojrzała przez ramię na leżący na stole futerał.

Lepiej je wyrzucę, pomyślała.

9

Gdy zawodzi dyplomacja

We wtorek Rydell wczesnym wieczorem wyleciał zmiennopłatem z Burbank. Facet z San Francisco zapłacił za lot; kazał nazywać się Freddie. Żadnych bajerów w oparciu siedzenia samolotu CalAir, a pasażerowie zdecydowanie kiepskiej kategorii. Płakały dzieci. Dostał miejsce przy oknie. Na szybie tęcza barw, w smudze olejku do włosów jakiegoś poprzedniego pasażera: Valley. Turkusowe głębie kilku ocalałych basenów, rozświetlona powierzchnia wody. Tępy ból ręki.

Zamknął oczy. Zobaczył ojca przy kuchennym zlewie mobil home'u na Florydzie, myjącego szklankę. W tym właśnie momencie z pewnością już dojrzewała w nim śmierć, co było nieuchronne po przekroczeniu pewnej granicy wieku. Ojciec mówił tak o swoim bracie, wuju Rydella, trzy lata młodszym i nieżyjącym od pięciu lat, który kiedyś przysłał mu podkoszulek z Afryki. Wojskowe znaczki na kopercie z miękką wyściółką. Jeden z tych dawnych bombowców, B-52 i GDY ZAWODZI DYPLOMACJA.

— Myśli pan, że to Coast Highway?

Otworzył oczy i zobaczył starszą panią nachylającą się nad nim, żeby zerknąć przez brudną szybę. Jak pani Armbruster w piątej klasie; starsza niż byłby teraz jego ojciec.

— Nie wiem — rzekł Rydell. — Możliwe. Wszystkie ulice Wyglądają dla mnie tak samo. Nie jestem stąd — dodał.

Uśmiechnęła się do niego, wpadając z powrotem w objęcia ciasnego fotela. Zupełnie podobna do pani Armbruster. Takie same koszmarne połączenie tweedu, oksfordzkiego szyku, płaszcza z koca w stylu Santa Fe. Te stare damy z ich solidnymi bucikami na grubych podeszwach.

— Jak my wszyscy. — Wyciągnęła rękę i poklepała go po opiętym khaki kolanie. — W dzisiejszych czasach.

Kevin powiedział, że może sobie zatrzymać spodnie.

— Uhm — powiedział Rydell, rozpaczliwie macając ręką w poszukiwaniu przycisku odchylającego fotel, tego wklęsłego stalowego guziczka czekającego, aby opuścić go do półleżącej pozycji. Zamknął oczy.

— Lecę do San Francisco, żeby asystować przy przenosinach mojego nieboszczyka męża do mniejszej komory kriogenicznej — powiedziała. — Jednej z tych, które oferują indywidualne moduły przechowywania. Prasa fachowa nazywa je „butikami”, chociaż to brzmi śmiesznie.

Rydell znalazł przycisk i odkrył, że fotele CalAir pozwalają zaledwie na dziesięciocentymetrowe odchylenie.

— Jest w krio już od dziewięciu lat, ale nigdy nie podobało mi się, że jego mózg wcisnęli między inne. Zawinięty w folię. Czy to nie kojarzy się z pieczeniem ziemniaków? — Rydell otworzył oczy. Usiłował wymyślić jakąś odpowiedź. — Albo suszeniem tenisówek — ciągnęła. — Wiem, że zamrażają je na kość, ale trudno to jakoś uznać za wieczny odpoczynek, prawda? — Rydell wpatrywał się w oparcie fotela. Gładki plastik. Szary. Nawet bez telefonu. — Oczywiście, te mniejsze firmy nie obiecują niczego nowego w dziedzinie ewentualnego przebudzenia. Jednak mam wrażenie, że zapewniają więcej godności. A przynajmniej tego, co ja uważam za godność. — Rydell zerknął w bok. Pochwyciła jego spojrzenie: orzechowe oczy, zagubione w labiryncie drobniutkich zmarszczek. — I na pewno nie będę świadkiem tego, jak go odmrożą, czy zrobią cokolwiek, co będą musieli. Nie wierzę w to. Wciąż się o to spieraliśmy. Myślałam o tych wszystkich milionach umarłych, corocznej liczbie zgonów w naprawdę biednych krajach. „Dawidzie — mówiłam — jak możesz myśleć o czymś takim, podczas gdy większość ludzi żyje w mieszkaniach bez klimatyzacji?”

Rydell otworzył usta i zamknął je.

— Ja jestem członkiem rzeczywistym „Końca o Północy”.

Rydell nie miał pojęcia, co w tym przypadku oznaczał termin „członek rzeczywisty”, ale „Koniec o Północy” było stowarzyszeniem zwolenników eutanazji, zdelegalizowanym w Tennessee. Mimo to działało i tam, a któryś z kolegów-policjantów mówił mu, że jego członkowie często zostawiali mleko i ciasteczka dla pracowników ambulansów. Przeważnie robili to w osiem lub dziewięć osób. KOP. Sanitariusze nazywali to „kopem”. Samobójcy zażywali mieszankę legalnie nabywanych leków. Bez szpasu i hałasu. Czyściutko.

— Pani wybaczy — rzekł Rydell — ale muszę się trochę zdrzemnąć.

— Nie krępuj się, młody człowieku. Wyglądasz na zmęczonego.

Rydell zamknął oczy, odchylił głowę w tył i pozostał w tej pozycji do czasu, aż wyczuł, że wirniki zwalniają przed lądowaniem.

— Tommy Lee Jones — powiedział czarnoskóry. Włosy miał przystrzyżone w kształcie odwróconej do góry dnem donicy, z wyciętą z boku spiralą. Coś jak fez Shrinera, tylko bez chwostu. Miał około metr osiemdziesiąt wzrostu, a za duża o trzy numery koszula sprawiała, że wydawał się równie szeroki w barach. Koszula była cytrynowożółta z nadrukiem ukazującym rozmaite pistolety w naturalnych barwach i rozmiarach. Nosił obszerne granatowe szorty sięgające mu dobrze za kolana, skarpetki Raidersów, adidasy z czerwonymi lampkami osadzonymi wzdłuż krawędzi podeszwy oraz lustrzane okularki ze szkłami wielkości pięciodolarówek.