— Pomyłka-powiedział Rydell.
— Nie, człowieku, ale wyglądasz tak jak on.
— Jak kto?
— Tommy Lee Jones.
— Kto?
— To był taki aktor, człowieku.
Przez moment Rydell pomyślał, że facet jest od wielebnego Fallona. Nawet nosił okulary podobne do szkieł kontaktowych Subletta.
— Ty jesteś Rydell. Sprawdziliśmy cię za pomocą „Rozdzielonych po narodzinach”.
— Jesteś Freddie?
„Rozdzieleni po narodzinach” to policyjny program używany w przypadku zaginięć. Skanowało się fotkę poszukiwanej osoby, wybierało pół tuzina podobnych do niej, znanych osobistości, a potem wypytywało się ludzi, czy widzieli ostatnio kogoś podobnego do A, B, C… Najdziwniejsze było to, że ta metoda dawała lepsze efekty, niż pokazywanie zdjęcia poszukiwanego. Instruktor akademii w Knoxville wyjaśnił klasie Rydella, że ta metoda odwołuje się do tej części mózgu, która przechowuje dane o znanych osobistościach. Rydell myślał o tym jako o mózgowym płacie gwiazd filmowych. Czy ludzie naprawdę mieli coś takiego? Może u Subletta był on bardzo dobrze rozwinięty. Jednak kiedy w akademii wprowadzono dane Rydella do tego programu, wyszło, że jest bliźniaczo podobny do Howiego Clactona, rozgrywającego z Atlanty — nie przypominał sobie żadnego Tommy'ego Lee Jonesa. Do Howiego Clactona też nie był podobny.
Ten cały Freddie wyciągnął bardzo miękką rękę i Rydell uścisnął ją.
— Masz bagaż? — zapytał Freddie.
— Tylko to. — Podniósł walizkę.
— Pan Warbaby jest tam — powiedział Freddie, ruchem głowy wskazując wyjście, gdzie umundurowany chilanga sprawdzał wychodzącym bilety. Opodal czekał inny czarnoskóry facet, równie barczysty jak Freddie, ale znacznie wyższy.
— Duży facet.
— Uhm — odparł Freddie — i lepiej nie każmy mu czekać. Boli go dziś noga, ale upierał się, żeby przyjść tutaj z parkingu i przywitać się.
Podchodząc do wyjścia i podając strażnikowi bilet, Rydell mierzył wzrokiem czekającego. Był ogromny, miał blisko dwa metry wzrostu, ale największe wrażenie wywierał otaczający go spokój, a także lekki smutek rysujący się na jego twarzy. Taki wyraz miała twarz czamoskómego księdza, którego ojciec kazał wezwać w ostatnich chwilach życia. Patrzyłeś na tego kapłana i miałeś wrażenie, iż widział każdą cholernie smutną rzecz na tym świecie, więc prawie mógłbyś uwierzyć w to, co mówił. Przynajmniej tak zrobił ojciec Rydella — być może, chociaż troszeczkę.
— Lucius Warbaby — przedstawił się, wyjmując największe ręce, jakie Rydell widział w życiu, z głębokich kieszeni długiego oliwkowego płaszcza z nabijanego diamentami jedwabiu, głosem tak głęboko basowym, że sugerującym poddźwięki. Rydell spojrzał na podaną dłoń i zobaczył na niej jeden z tych staromodnych, złotych sygnetokastetów, z ułożonym szeryfowymi kapitalikami z diamencików napisem WARBABY.
Rydel uścisnął ją, kładąc palce na diamentach i złocie.
— Miło mi pana poznać, panie Warbaby.
Warbaby nosił czarny stetson, idealnie równo tkwiący na głowie, z mocno wywiniętym rondem, oraz okulary w grubych czarnych oprawkach. Jasne szkła, przezroczyste jak witryny sklepowe. Oczy za nimi mogły należeć do Chińczyka lub jakiegoś zwierzęcia: kocie, skośne, intensywnie złotobrązowe. Podpierał się jedną z tych regulowanych kuł, jakie dają w szpitalach. Jego lewa noga tkwiła w węglowej szynie, wyścielonej dużymi, ciemnoniebieskimi wkładkami z nylonu. Wąskie czarne dżinsy, zupełnie nowe i jeszcze nie prane, wpuścił w błyszczące jak lustro teksańskie buty w trzech odcieniach czerni.
— Juanito mówi, że jesteś niezłym kierowcą. — Warbaby powiedział to w taki sposób, jakby przekazywał najsmutniejszą wiadomość, jaką kiedykolwiek usłyszał. Rydell nie przypominał sobie, żeby ktoś tak nazywał Hernandeza. — Mówi, że nie znasz tego terenu…
— Zgadza się.
— Z drugiej strony — ciągnął Warbaby — nikt tutaj nie zna ciebie. Weź jego bagaż, Freddie.
Freddie z wyraźną niechęcią wziął miękką walizkę Rydella, jakby nie chciał, żeby ktoś zobaczył, że to robi.
Ręka z kastetem spoczęła na ramieniu Rydella. Pierścień zdawał się ważyć dwadzieścia funtów.
— Juanito poinformował cię, czym się tu zajmujemy?
— Mówił o kradzieży w hotelu. Powiedział, że IntenSecure zatrudnia nas na zasadzie kontraktu…
— Kradzież, tak.
Warbaby wyglądał tak, jakby trzymał na barkach cały moralny ciężar wszechświata i był zdecydowany udźwignąć go.
— Coś zginęło. A teraz… wszystko bardzo się skomplikowało.
— Dlaczego?
Warbaby westchnął.
— Człowiek, któremu to zginęło, nie żyje.
Jeszcze coś w tych oczach.
— Jak umarł? — spytał Rydell, gdy w końcu złoty ciężar spadł mu z ramienia.
— Zabójstwo — odparł Warbaby, cicho i spokojnie, ale bardzo wyraźnie.
— Zastanawiasz się nad moim nazwiskiem — odezwał się Warbaby z tylnego siedzenia czarnego forda patriota.
— Zastanawiam się, gdzie włożyć kluczyk, panie Warbaby — rzekł Rydell zza kierownicy, oglądając wielofunkcyjną konsolę. Amerykańskie wozy były jedynymi pojazdami na świecie, w których nadal umieszczano analogowe wskaźniki. Może dlatego nie było ich tak wiele. Tak jak tych harleyów z łańcuchowym napędem.
— Moja babka — zagrzmiał Warbaby jak płyta tektoniczna, odrywająca się i ruszająca w stronę Chin — była Wietnamką. Dziadek — chłopakiem z Detroit. Wojskowym. Przywiózł ją do domu z Sajgonu, ale potem zniknął. Mój ojciec, a jego syn, zmienił sobie nazwisko na Warbaby, rozumiesz? Taki gest. Sentymentalny.
— Umh — mruknął Rydell, uruchamiając wielkiego forda i sprawdzając obroty. Sajgon to miejsce, gdzie bogaci jeżdżą na wakacje.
Napęd na cztery koła. Ceramiczny pancerz. Opony Goodyear Streetsweepers, które można przestrzelić tylko z armaty. Przed kratką termowentylatora wisiał kartonowy odświeżacz powietrza mający kształt choinki.
— Natomiast nie potrafię ci wyjaśnić, dlaczego akurat Lucius.
— Panie Warbaby — powiedział Rydell, oglądając się przez ramię — dokąd mam pana zawieźć?
Pisk modemu na konsoli. Freddie, rozparty w miękkim fotelu obok Rydella, gwizdnął.
— O cholera, ale paskudnie!
Rydell odwrócił się do niego i spojrzał na wysuwający się faks: gruby mężczyzna, nagi, na mokrej od krwi pościeli. Całe kałuże krwi, w której rozbłyski fotograficznych fleszy zastygły jak miraże słońca.
— Co on ma pod brodą? — zapytał.
— Kubański krawat — odparł Freddie.
— Daj spokój, człowieku — rzekł Rydell odrobinę głośniej. — Co to takiego?
— Jego język — powiedział Freddie, oddzierając papier i podając go Warbaby'emu.
Rydell widział, jak trzęsie mu się przy tym ręka.
— Ci ludzie — mruknął Warbaby. — To straszne.
10
Taniec nowoczesny
Yamazaki siedział na niskim drewnianym taborecie, patrząc, jak Skinner się goli. Stary przysiadł na skraju łóżka, skrobiąc twarz jednorazowym ostrzem, spłukując je w pogiętej aluminiowej misce, którą trzymał między udami.
— Ostrze jest stare — powiedział Yamazaki. — Nie wyrzucasz go?
Skinner spojrzał na niego zza plastikowej maszynki.
— Rzecz w tym, Scooter, że po pewnym czasie one nie robią się już bardziej tępe.
Namydlił i ogolił górną wargę, po czym zamarł. Podczas kilku pierwszych wizyt Yamazaki był „Kawasakim”. Teraz został „Scooterem”. Wyblakłe stare oczy spoglądały nań obojętnie, osłonięte zaczerwienionymi powiekami. Yamazaki wyczuwał wewnętrzne rozbawienie Skinnera.