Выбрать главу

— Hej! — zawołał Sammy Sal. — Chodź tu i pomóż mi męczyć tego gównojada.

Przesunęła dłoń przez pętlę identyfikatora i zaczęła wyplątywać kierownicę z plątaniny molibdenowej stali oraz grafitu innych rowerów. Wszystkie alarmy odezwały się jednocześnie, rozgorączkowanym chórem ogłuszającego wycia, basowymi porykiwaniami cyfrowych syren, a nawet jazgotliwym potokiem hiszpańskich przekleństw, zręcznie pomieszanych z bolesnymi jękami. Wydobyła rower, wsunęła stopę w uchwyt i wypadła na ulicę, ruszając, zanim usiadła na siodełku. Kątem oka zobaczyła, jak Sammy Sal puszcza Ringera. Wsiadł na swój rower, z grubą ramą w różowo-czarne cętki i fluororimzem połączonym z prądnicą. Jechał za nią. Nigdy nie miała mniejszej ochoty na czyjeś towarzystwo. Ruszyła. Pędź. Po prostu pędź. Jak w jej porannym śnie, tylko straszniej.

12

Ruchy oka

Rydell patrzył na tych dwóch gliniarzy z San Francisco, Svobodova i Orlovsky'ego, dochodząc do wniosku, że praca dla Warbaby'ego może okazać się interesująca. Ci faceci to prawdziwy superciężki kaliber. Wydział zabójstw to wszędzie poważna instytucja.

Dopiero od czterdziestu ośmiu minut przebywał w Kalifornii Północnej, a już siedział przy barze, pijąc kawę z facetami z tego wydziału. Tyle że oni pili herbatę. Gorącą. W szklankach. Mocno słodzoną. Rydell siedział na końcu baru, obok Freddiego, który pił mleko. Dalej był Warbaby, nadal w kapeluszu, potem Svobodov i Orlovsky. Svobodov był prawie tak wysoki jak Warbaby, ale zdawał się zbudowany z samych ścięgien i grubych kości. Miał długie, płowe włosy, zaczesane w górę z gładkiego czoła, takiej samej barwy brwi oraz napiętą i błyszczącą skórę, jakby zbyt długo stał przy ogniu. Orlovsky był chudy i ciemnowłosy, miał wystającą brodę, mnóstwo włosów na kłykciach i okulary, które wyglądały jak przecięte na pół. Obaj mieli to charakterystyczne spojrzenie — obezwładniające, przeszywające, ciężkie i nieruchome jak ołów. Rydella uczono tego w Akademii Policyjnej, ale nie okazał się zbyt gorliwym uczniem. Nazywano to „Aktywnym wyłączeniem ruchów oka”, a zajęcia prowadził emerytowany psycholog-naukowiec z Duke University, niejaki Bagley. W trakcie wykładów często dywagował na temat notorycznych morderców, którymi zajmował się na uniwersytecie, przypadków erotycznych samobójstw przez powieszenie i tym podobnych rzeczy. Wszyscy traktowali to jako rozrywkę pomiędzy „Postępowaniem w przypadkach ciężkich przestępstw”, a „Intensywnym programem szkolenia strzeleckiego”. Jednak Rydell zazwyczaj bywał trochę rozkojarzony po ciężkich przestępstwach, ponieważ instruktorzy zawsze prosili go, żeby odgrywał rolę przestępcy. Nie miał pojęcia dlaczego. Tak więc trudno mu było się skupić na kursie wyłączania ruchów oka. A nawet jeśli zdołał coś wynieść z wykładu Bagleya, to po strzelaniu wszystko zapominał. Program szkolenia przeprowadzono tylko z prawdziwą bronią. Kiedy liczono trafienia, pokazywano ci otwory wlotowe pocisków, twoich lub przeciwnika, i pytano, czy przegrywający wykrwawił się na śmierć, czy też doznał wstrząsu pourazowego. Byli tacy, którzy po kilku sesjach zupełnie się rozklejali, ale Rydell zawsze wychodził z nich zadowolony. Nie dlatego, żeby był agresywny albo lubił widok krwi; po prostu dlatego, że wszystko działo się tak szybko. I było nierealne. Tak więc nigdy nie nauczył się hipnotyzować ludzi wzrokiem. Tymczasem porucznik Svobodov opanował tę umiejętność w niezwykłym stopniu, a jego partner, porucznik Orlovsky, rozwinął własną wersję tej sztuki, niemal równie skutecznie rzucając spojrzenia znad tych połówkowych szkieł. I tak wyglądał jak wilkołak, więc przychodziło mu to bez trudu.

Rydell nadal oceniał szyk Wydziału Zabójstw w San Francisco. Najwidoczniej tutejszy styl polegał na noszeniu starych prochowców na czarnych kamizelkach kuloodpornych, a pod nimi białych koszul i krawatów. Oksfordzkie koszule były zapięte na wszystkie guziki, a krawaty miały deseń w paski, jakby właściciele należeli do jakiegoś klubu. Spodnie z mankietami oraz naprawdę okazałe półbuty na grubych wibramach. Chyba jedynymi ludźmi noszącymi takie koszule, krawaty i buty byli imigranci, którzy za wszelką cenę pragnęli być jak najbardziej amerykańscy. Jednak połączenie kamizelki kuloodpornej ze starym prochowcem wydało mu się całkiem sensowne. Smukła plastikowa kolba H K też nie psuła wrażenia, wystając spod rozpiętej kamizelki Svobodova. Nie pamiętał, który to model, ale miał wrażenie, że to ten z magazynkiem pod lufą. Strzelający amunicją bezłuskową, wyglądającą jak woskowe kredki, z plastikowym ładunkiem otaczającym lekkie pociski w kształcie sporych gwoździ.

— Gdybyśmy wiedzieli to, co ty już wiesz, Warbaby, może wszystko byłoby prostsze.

Svobodov rozejrzał się po małym pomieszczeniu i wyjął z kieszeni płaszcza paczkę marlboro.

— To nielegalne w tym stanie, koleś — powiedziała kelnerka, zadowolona z tego, że może komuś zagrozić przepisami. Miała jedną z tych ogromnych czupryn. Lokal należał do tych miejsc, w których jadasz, jeśli pracujesz na nocną zmianę w jakimś zakichanym zakładzie przemysłowym. Rydell doszedł do wniosku, że szczęśliwcy oprócz posiłku dostają jeszcze kelnerkę. Svobodov obdarzył ją kilkoma tysiącami elektronowoltów gliniarskiego spojrzenia, wyjął z kieszonki kamizelki policyjną odznakę i wywiesił ją na nylonowym pasku na widok publiczny. Rydell usłyszał cichy szczęk uderzenia; jakiś dodatkowy pancerz pod tą białą koszulą.

— Powinieneś pokazać to tym dwóm mormonom z drogówki, którzy tu zachodzą — powiedziała.

Svobodov włożył do ust papierosa. Warbaby podsunął mu pod nos pięść, ściskając w niej bryłę złota wielkości ręcznego granatu. Zapalił nią papierosa Rosjaninowi.

— Po co ci to, Warbaby? — zapytał Svobodov na widok zapalniczki. — Palisz?

— Wszystko oprócz tych chińskich marlboro. Arkady.

Smutno jak zawsze.

— Jest w nich pełno włókien szklanych.

— Przecież to amerykańska marka — nalegał Svobodov — na licencji producenta.

— Od sześciu lat już nie robi się ich legalnie w tym kraju — powiedział Warbaby, równie smutno jak o wszystkim innym.

— Marl-bor-ro — wycedził Svobodov, wyjmując papierosa z ust i wskazując na napis nad filtrem. — Kiedy byliśmy dziećmi, Warbaby, marlboro to były duże pieniądze.

— Arkady — rzekł cierpliwie Warbaby — kiedy byliśmy dziećmi, pieniądze były pieniędzmi.

Orlovsky zaśmiał się, Svobodov wzruszył ramionami.

— Co wiesz, Warbaby? — powiedział, wracając do interesów.

— Pan Blix został znaleziony martwy w hotelu „Morrisey”. Zamordowany.

— Robota zawodowca — rzekł Orlovsky, wymawiając to jak jedno słowo. — Chcieli, żebyśmy wzięli pod uwagę jakiś bzdurny motyw etniczny, tak?

Svobodov zmrużył oczy, patrząc na Warbaby'ego.

— Tego jeszcze nie wiemy.

— Język — rzekł zdecydowanie Orlovsky. — To koloryt. Żeby nas zmylić. Myślą, że obciążymy Latynosów.

Svobodov possał papierosa i dmuchnął dymem w kierunku kelnerki.

— Co wiesz, Warbaby?

— Hans Rutger Blix, czterdzieści trzy lata, naturalizowany Kostarykanin.

Warbaby równie dobrze mógłby wygłaszać mowę pogrzebową.

— Wciskasz kit — rzucił Svobodov zza marlboro.

— Warbaby — powiedział Orlovsky — wiemy, że pracowałeś nad tym, zanim temu dupkowi poderżnięto gardło.

— Dupkowi — powtórzył Warbaby, jakby ten martwy gość był jego przyjacielem, współlokatorem, a przynajmniej dobrym znajomym. — Facet nie żyje i tyle. To czyni go dupkiem?