Svobodov tylko siedział, paląc marlboro. Zdusił je na stojącym przed nim talerzu, obok nie tkniętej pasty z tuńczyka.
— Dupek. Wierz mi.
Warbaby westchnął.
— Miał kurtkę. Arkady?
— Jeśli ją chcesz — rzekł Svobodov — musisz powiedzieć nam, co miałeś dla niego zrobić. Wiemy, że z tobą rozmawiał.
— Nigdy z nim nie rozmawiałem.
— Dobra — przyznał Svobodov. — Rozmawiał z IntenSecure. Ty robisz dla nich.
— Dokładnie — potwierdził Warbaby.
— Dlaczego zwrócił się do IntenSecure?
— Zgubił coś.
— Co?
— Jakiś drobiazg.
Svobodov westchnął.
— Lucius. Proszę.
— Okulary przeciwsłoneczne.
Svobodov i Orlovsky spojrzeli po sobie, a potem na Warbaby'ego.
— IntenSecure ściąga Warbaby'ego, bo jakiś facet zgubił okulary przeciwsłoneczne?
— Może były cenne — podpowiedział łagodnie Freddie. Przyglądał się swojemu odbiciu w lustrze nad barem.
Orlovsky splótł mocno owłosione palce, aż zatrzeszczały stawy.
— Podejrzewał, że zgubił je na przyjęciu — podsunął Warbaby — a nawet, że ktoś mógł mu je ukraść.
— Jakim przyjęciu? — Svobodov poruszył się na stołku i Rydell usłyszał chrzęst niewidocznego pancerza.
— Przyjęciu w hotelu Morrisey”.
— Kto je wydał? — spytał Orlovsky znad szkieł.
— Pan Cody Harwood.
— Harwood… — powtórzył Svobodov. — Harwood…
— Czy nazwisko Pawłow coś wam mówi? — zapytał Freddie, nie kierując pytania do nikogo w szczególności.
— Pieniądze — mruknął Svobodov.
— I nie z marlboro — dodał Warbaby. — Pan Blix poszedł na przyjęcie do pana Harwooda, wypił kilka drinków…
— Miał tyle krwi w alkoholu, że nie trzeba go było balsamować — rzekł Orlovsky.
— Wypił kilka drinków. Miał ten drobiazg w kieszeni kurtki. Następnego ranka okularów nie było. Zadzwonił do ochrony w „Morriseyu”. Oni zwrócili się do IntenSecure, a IntenSecure wezwała mnie…
— Nie ma jego telefonu — powiedział Svobodov. — Zniknął. Nie można go z nikim powiązać. Żadnych notatek, notebooka, nic.
— Robota zawodowca — powtórzył Orlovsky.
— Te szkła — drążył Svobodov. — Co to za okulary?
— Przeciwsłoneczne — wyjaśnił Freddie.
— Znaleźliśmy to. — Svobodov wyjął coś z bocznej kieszeni prochowca. Hermetyczny woreczek na dowody. Podniósł go. Rydell zobaczył kawałki czarnego plastiku. — Tani WR. Wdeptany w dywan.
— Wiecie, co na nim puszczał? — zapytał Warbaby.
Teraz nadeszła pora na występ Orlovsky'ego. Z wewnętrznej kieszeni czarnej kamizelki wyjął drugi plastikowy woreczek.
— Szukaliśmy software'u, nie mogliśmy znaleźć. Potem prześwietliliśmy gościa rentgenem. Ktoś wepchnął mu to do gardła. Czarny prostokąt. Starta i poplamiona naklejka.
— Zanim go zarżnął.
— Co to jest? — zapytał Warbaby.
— McDonna — powiedział Svobodov.
— Hmm? — Freddie przechylał się przez Warbaby'ego, żeby zerknąć na dowód. — Mc-co?
— Porno czip.
W pierwszej chwili te dwa słowa zbiły się Rydellowi w jedno, ale zaraz zrozumiał ich sens.
— McDonna.
— Ciekawe, czy obejrzeli to dokładnie? — powiedział Freddie z tylnego siedzenia patriota. Trzymał nogi na oparciu przedniego fotela pasażera, a czerwone światełka wokół krawędzi jego butów błyskając, powtarzały słowa jakiejś piosenki.
— Co obejrzeli? — Rydell obserwował Warbaby'ego i Rosjan stojących przy jednym z najmniej niepozornych nie oznakowanych wozów, jakie kiedykolwiek widział: szarego kolosa z grafitową osłoną reflektorów i chłodnicy. Na przedniej szybie patriota zbierały się kropelki deszczu.
— Tego pornusa znalezionego w przełyku faceta. Jeśli Warbaby zawsze mówił ze smutkiem w głosie, Freddie był nieustannie zrelaksowany. Jednak smutek pierwszego wydawał się prawdziwy, natomiast odprężony Freddie było mało przekonujący.
— W takim programie jest mnóstwo kodu. W tapecie można ukryć różności, wiesz? Na przykład we fraktalach używanych do oddania barwy skóry można zaszyfrować tekst…
— Zajmujesz się komputerami, Freddie?
— Jestem konsultantem technicznym pana Warbaby'ego.
— Jak myślisz, o czym oni mówią?
Freddie wyciągnął rękę i dotknął jednego buta. Czerwone litery zniknęły.
— Teraz rozmawiają poważnie.
— O czym?
— O interesach. Chcemy wiedzieć, co mają na Blixa — tego martwego faceta.
— Tak? A co my możemy im dać?
— My? — prychnął Freddie. — Ty tylko prowadzisz wóz. — Zdjął nogi z fotela i usiadł. — Jednak to żadna tajemnica: IntenSecure i DatAmerica to jedno i to samo.
— Pieprzysz. — Svobodov najwyraźniej przejął główny ciężar konwersacji. — Co to oznacza?
— Oznacza, że jesteśmy podłączeni do większej bazy danych niż policja. Kiedy następnym razem stary Werbel zechce z nim pogadać, gość będzie zadowolony, że oddał nam przysługę. Jednak dzisiaj, człowieku, dzisiaj czuje się udupiony.
Rydell przypomniał sobie, jak wpadł na barbecue do „Wielkiego George'a” Kechakmadze, który próbował namówić go do wstąpienia do National Rifle Association.
— Macie tu dużo Rosjan w policji?
— Tutaj? Mnóstwo.
— To trochę zabawne, że tak wielu z nich wstępuje do policji.
— Dobrze pomyśl, człowieku. Przecież żyli w państwie policyjnym. Może przyzwyczaili się.
Svobodov i Orlovsky wsiedli do szarego kolosa. Warbaby podszedł do patriota, podpierając się duraluminiową kulą. Policyjny samochód uniósł się nieco na amortyzatorach, po czym zaczął mruczeć i dygotać; deszcz bębnił o jego maskę, gdy Orlovsky zapuścił silnik.
— Jezu — powiedział Rydell — nie przejmują się, że ktoś ich zobaczy, no nie?
— Oni chcą, żeby ich zobaczono — rzucił mimochodem Freddie, gdy Warbaby otworzył tylne drzwiczki i zaczął mozolnie gramolić się do środka.
— Jedziemy — rzekł Warbaby, zatrzaskując drzwi. — Wymagania protokołu. My odjeżdżamy pierwsi.
— Nie tędy — ostrzegł Freddie. — Przejechalibyśmy przez Candlestick Park. Tamtędy.
— Tak — potwierdził smutno Warbaby. — Musimy coś załatwić w centrum.
Centrum San Francisco robiło wrażenie. Całe otoczone wzgórzami, zbudowane na pagórkach lub między nimi, pozytywnie wpływało na Rydella. Był gdzieś. W konkretnym miejscu. Chociaż nie umiał powiedzieć, czy podoba mu się tutaj. Może tylko to miasto tak dalece różniło się od LA i było nieustannie oblewane potokiem sączącego się zewsząd światła. Czuł, że przybył tu jakby z innego świata, wśród tych starych, stłoczonych budynków, nie nowszych od tego ze stromym dachem (a wiedział, że i ten jest stary). Chłodne wilgotne powietrze, para unosząca się z kratek na chodnikach. I ludzie na ulicach, ale nie tacy zwyczajni: ludzie mający dobrą pracę i ciuchy. Dziwne miejsce.
— Nie, człowieku, w lewo, w lewo! — Freddie zabębnił w oparcie jego fotela. Kolejny schemat, którego trzeba się nauczyć. Sprawdził położenie kursora na wyświetlonej mapie, szukając przecznicy w lewo, którą mógłby dojechać do hotelu „Morrisey”.
— Nie wal w fotel pana Rydella — rzekł Warbaby z dwumetrową rolką faksu w rękach — kiedy prowadzi.
Faks przyszedł, kiedy ruszyli. Rydell domyślił się, że to dane Blixa, faceta, któremu poderżnięto gardło.