Выбрать главу

— Fassbinder — powiedział Freddie. — Słyszałeś kiedyś o Rainerze Fassbinderze?

— Nie jestem w nastroju do żartów, Freddie.

— Nie żartuję. Wprowadziłem tego Blixa do programu „Rozdzielonych”, człowieku; zeskanowane zdjęcie sztywniaka, które przysłali ci wcześniej Rosjanie. Wygląda zupełnie jak Rainer Fassbinder. I to po śmierci, z poderżniętym gardłem. Ten Fassbinder musiał być przystojnym facetem, nie?

Warbaby westchnął.

— Freddie…

— No, w każdym razie Niemcem. Narodowość zgadza się z…

— Pan Blix nie był Niemcem, Freddie. Tu piszą, że pan Blix nie był nawet panem Blixem. Daj mi poczytać. A Rydell potrzebuje spokoju, żeby przyzwyczaić się do jazdy po mieście.

Freddie mruknął coś, a potem Rydell usłyszał, jak bębni palcami w mały komputer, z którym się nie rozstawał. Rydell znalazł przecznicę w lewo, której szukał. Pobojowisko. Ruiny. Ogniska w stalowych beczkach. Skulone postacie, twarze blade jak u wampirów.

— Nie hamuj — powiedział Warbaby. — I nie przyspieszaj.

Z grupki zgarbionych postaci wyleciało coś, wirując w powietrzu, chlapnęło o przednią szybę, przywarło, a potem odpadło, zostawiając brudnożółtą smugę. Czyżby było szare i zakrwawione jak kawałek jelita?

Czerwone światło na skrzyżowaniu.

— Przejedź — polecił Warbaby. Rydell usłuchał wśród klaksonów. Żółte świństwo zostało na szybie.

— Zatrzymaj. Nie. Na samym chodniku. Właśnie. — Opony patriota miękko podskoczyły na nierównym krawężniku. — W skrytce na rękawiczki.

Kiedy Rydell otworzył ją, zapaliło się czerwone światełko. Windex, plik szarych papierowych ściereczek i pudełko jednorazowych chirurgicznych rękawiczek.

— Zrób to — rzekł Warbaby. — Nikt nie będzie nas niepokoił.

Rydell włożył rękawiczkę, wziął windex i ściereczki, wysiadł.

— Nie dotknij niczego — powiedział do siebie, myśląc o Sublecie. Spryskał żółtą smugę sporą porcją windexu, zmiął w dłoni trzy ścierki i wytarł szybę do czysta. Ściągnął rękawiczkę na wilgotne ścierki, tak jak nauczono go w akademii, ale potem nie wiedział, co z nią zrobić.

— Wyrzuć — poradził Warbaby z samochodu. Rydell zrobił to. Potem odszedł pięć kroków od wozu i zwymiotował. Otarł usta czystą ściereczką. Wsiadł, zatrzasnął drzwi, zamknął je, po czym schował windex i ścierki do schowka na rękawiczki.

— Ulżyło ci, Rydell?

— Zamknij się, Freddie — rzekł Warbaby. Zawieszenie patriota zaskrzypiało, gdy pochylił się naprzód. — Prawdopodobnie resztki z rzeźni — powiedział. — Jednak dobrze, że zachowałeś ostrożność. — Opadł na fotel. — Mieliśmy tu kiedyś grupę nazywaną „Miecz Świni”. Słyszałeś o nich?

— Nie — odparł Rydell. — Nigdy.

— Kradli gaśnice z budynków. Napełniali je krwią wziętą z rzeźni. Jednak rozpuścili plotkę, rozumiesz, że to ludzka krew. I z tym gaśnicami ruszyli na demonstrację wyznawców Jezusa…

— Jezu — powiedział Rydell.

— Właśnie — zgodził się Warbaby.

— Widzisz te drzwi? — zapytał Preddie.

— Jakie drzwi?

W holu hotelu „Morrisey” Rydell miał ochotę szeptać, jakby był w kościele lub w domu pogrzebowym. Dywan był tak miękki, że najchętniej położyłby się na nim i zasnął.

— Te czarne.

Rydell dostrzegł czarno lakierowany prostokąt, zupełnie gładki, nawet bez klamki. Teraz, kiedy o tym pomyślał, zdał sobie sprawę, że nie pasowały do reszty wystroju. Cały hol był z politurowanego drewna, lśniącego mosiądzu, tafli kryształu. Gdyby Freddie nie powiedział mu, że to są drzwi, wziąłby je za jakieś dzieło sztuki albo obraz.

— Taak? I co z nimi?

— To wejście do restauracji — wyjaśnił Freddie. — Tak drogiej, że nawet nie można tam wejść.

— No — odparł Rydell — jest ich mnóstwo.

— Nie, człowieku — upierał się Freddie. — Chcę powiedzieć, że nawet gdybyś srał forsą, nie mógłbyś tam wejść. Prywatny klub. Japoński.

Stali opodal stanowiska ochrony, podczas gdy Warbaby rozmawiał z kimś przez hotelowy telefon. Trzej faceci pełniący służbę za kontuarem nosili mundury IntenSecure, naprawdę eleganckie, z mosiężnymi odznakami na czapkach z daszkiem.

Rydell zaparkował patriota w podziemnym garażu, kilka pięter pod parterem budynku. Jeszcze nigdy nie widział czegoś takiego; tłumy ludzi w białych kuchennych kitlach nakładające na setki talerzy jakąś podejrzanie wyglądającą sałatkę, małe odkurzacze Sanyo brzęczące pastelowymi hordami, cały ten sprzęt, którego istnienia nie podejrzewałbyś, stojąc tutaj w holu. W apartamentach, w których mieszkał z Karen Mendelsohn w Knoxville, były te małe koreańskie roboty, które sprzątały podczas twojej nieobecności. Mieli tam nawet taki, który zbierał kurz ze ścian, ale na Karen nie robiło to wrażenia. Powiedziała, że to po prostu świadczy o tym, że nie stać ich na zatrudnianie ludzi. Rydell patrzył, jak Warbaby odwraca się, podając telefon jednemu z facetów w czapkach. Potem skinął na Rydella i Freddiego i oparł się na szczudle, kiedy ku niemu ruszyli.

— Teraz wpuszczą nas na górę — powiedział. Czapka, któremu podał telefon, wyszedł zza kontuaru. Spostrzegł, że Rydell ma na sobie koszulę IntenSecure z oderwanymi naszywkami, ale nic nie powiedział. Rydell zastanawiał się, kiedy i gdzie będzie mógł kupić sobie jakieś ubranie. Spojrzał na koszulę Freddiego i pomyślał, że jego chyba lepiej o to nie pytać.

— Tędy, proszę pana — powiedział Czapka do Warbaby'ego. Freddię i Rydell poszli za nimi korytarzem. Murzyn mocno wbijał kulę w dywan, a szyna na jego nodze tykała miarowo jak zegar.

13

Wykręty

Czasami, kiedy jechała szybko, a raczej pędziła, Chevette uwalniała się od wszystkiego: od miasta, ciała, nawet od czasu. Wiedziała, że to haj posłańca i chociaż zdaje się wyzwoleniem, w rzeczywistości jest wywołany chwilowym zapamiętaniem. Rower między jej nogami był niczym jakiś superogon, który wyrósł jej po stuleciach powolnej ewolucji: miły i złożony mechanizm z wzmocnionymi lexanem oponami, niemal beztarciowymi łożyskami i wypełnionymi gazem amortyzatorami. Stawała się wtedy częścią miasta, szaloną jednostką energii i materii, dokonującą tysięcy wyborów w mgnieniu oka, zależnie od natężenia ruchu, rodzaju nawierzchni ulic, mahoniowych włosów sekretarki opadających ze znużeniem na jej lodenowy płaszcz.

I poczuła się tak w tej chwili, wbrew wszystkiemu: jeśli pozwoli na to, przestanie rozmyślać, zredukuje się do maszynerii kół, biegów i japońskiej ramy z włókien węglowych i papieru… Jednak Sammy dogonił ją, z basowym pomrukiem układu rytmicznego roweru. Musiała ostro zahamować, opony jej roweru zostawiły czarne ślady na nawierzchni. Sammy Sal także zwolnił, jego fluoro-rimz błysnął i zgasł.

— Coś cię dręczy, kochana? — Jego ręka na jej ramieniu, twarda i zła. — Może jakiś cudowny produkt, dzięki któremu jesteś sprytniejsza i szybsza? Co?

— Daj mi spokój.

— Nie ma mowy. To ja załatwiłem ci tę robotę. Jeśli ją schrzanisz, chcę wiedzieć dlaczego.

Uderzył dłonią w czarną piankę na kierownicy, wyłączając muzykę.

— Proszę, Sammy, muszę wracać do Skinnera…

Puścił jej ramię.

— Dlaczego?

Zakrztusiła się, opanowała kaszel, odetchnęła głęboko.

— Ukradłeś coś kiedyś, Sammy Sal? Chcę powiedzieć, w czasie pracy?

Sammy Sal spojrzał na nią.

— Nie — rzekł w końcu — ale zdarzało mi się pieprzyć z klientami.