Выбрать главу

Kwame Hassan także miał na oczach takie same dziwaczne gogle. Siedział obok Giovanniego, ale trochę niżej, na fotelu pomocnika operatora. Przyglądał się bardzo uważnie, jak uczący go Giovanni, operując dźwigniami z niewymuszonym wdziękiem, unosi łyżkę czerpaka nad wykopem, nie roniąc ani kryształka lodu, a potem wysypuje jej zawartość do otwartego zbiornika w tylnej części maszyny. Kiedy skończył, przesunął łyżkę znów na przód kombajnu lodowego i przełączył sterowanie na bieg jałowy.

— Jesteś gotów spróbować samemu, jak to działa? — zapytał odpinając gogle i zsuwając się z dużego wyściełanego fotela, zamocowanego między dźwigniami.

— Myślę, że tak — odparł Kwame, żałując, że nie miał więcej czasu na nauczenie się nowej pracy. — Johann powiedział mi, że odlatujesz na początku przyszłego tygodnia.

— Zgadza, się — rzekł Giovanni, szeroko się uśmiechając. — Spędziłem tu dwa i pół roku, a teraz się wynoszę.

Kwame wspiął się po trzech stopniach i usiadł na fotelu operatora. Kilka razy ustawiał siedzenie i oparcie, aż w końcu był pewien, że jego ciało zajmuje odpowiednią pozycję. Kiedy w końcu naciągnął gogle na oczy, znalazł się znów w samym środku lodowej pustyni, daleko na północ od miejsca, w którym faktycznie przebywał. Kombajn Melvin stał bez ruchu na odległym lodowym płaskowzgórzu marsjańskiego bieguna.

— Dlaczego nie skorzystamy z procedur automatycznego wydobywania lodu, jakie ma Melvin? — zapytał Kwame. — Instrukcje obsługi, z którymi się zapoznałem, mówiły…

— Producenci zawsze przesadzają w zachwalaniu tego, co te cacka umieją same robić — przerwał mu Giovanni. — Melvin nie jest tak samodzielny i sprytny, jak chcieliby nam wmówić jego projektanci. Podczas pracy automatycznej, z której korzystamy czasami w nocy, kiedy chcemy nadrobić zaległości w wydobyciu lodu, rzadko pracuje dłużej niż przez dwie lub trzy godziny bez przerwy. Ta maszyna po prostu nie potrafi integrować i syntetyzować wszystkich danych o środowisku tak dobrze jak człowiek.

— Ale instrukcja obsługi podaje, że średni czas międzyawaryjny tego egzemplarza wynosi co najmniej dziewiętnaście godzin.

— To przesada obliczona na przyciągnięcie klientów — stwierdził Giovanni, sadowiąc się na fotelu pomocnika operatora i dopasowując gogle. — Kiedy go otrzymaliśmy, zdarzało mu się kopać bez przerwy przez dziesięć czy piętnaście godzin. Często jednak szwankował mu jeden z podsystemów, dlatego że komputer dopuszczał do pracy w warunkach zbyt dużego obciążenia. Ciągłe naprawy doprowadzały nas do szału. Dopóki Narong nie pozmieniał mu współczynników w oprogramowaniu, powiększając w ten sposób granice tolerancji wszystkich błędów, Melvin częściej stał bezczynnie, niż pracował. Tak czy owak, rekrucie, pogadamy o tym innym razem. Teraz przekonajmy się, co potrafisz.

Zdenerwowany Kwame zaczął wykonywać poszczególne operacje cyklu bardzo powoli, ale dzięki temu zgubił tylko niewielką część zawartości łyżki, zanim reszta znalazła się w zbiorniku kombajnu.

— Nieźle — pochwalił go Giovanni. — Przynajmniej jest jakaś szansa, że kiedyś się nauczysz. Inaczej niż ten ostatni gość, którego przysłali mi z Mutchville.

Kwame głęboko odetchnął i zaczai powtarzać wszystkie operacje. Przez krótką chwilę, kiedy dotknął dźwigni po raz pierwszy, wyobraził sobie, że znów siedzi w swoim ulubionym dźwigu na placu budowy na przedmieściach Dar es-Salaam. Otrząsnął się z tych wspomnień i skupił na tym, co robił w tej chwili. Już nie jestem w Tanzanii — pomyślał. — Do diabła, nie jestem nawet na Ziemi… Ale chociaż mam znów jakąś dobrą pracę.

Wykonując cykl po raz drugi, postarał się zwiększyć tempo każdej operacji. Pamiętał, że ostatni pełen cykl Giovanniego zajął mu dokładnie osiemdziesiąt cztery sekundy. Kwame wiedział, że kiedy osiągnie większą wprawę, będzie musiał pracować w tempie trzydziestu cykli na godzinę. Choć końcowy rezultat pierwszego cyklu uznał za całkiem niezły, wszystkie czynności zajęły mu ponad sześć minut.

Drugi wykonany przez Kwamego ruch łyżką czerpaka nie napełnił jej całkowicie, a poza tym próba przeniesienia zawartości do zbiornika kombajnu zakończyła się zgubieniem niemal połowy zawartości. Czas cyklu wyniósł jednak niespełna cztery minuty. Siedzący na fotelu pomocnika Giovanni zmarszczył brwi.

— Wsypałeś do zbiornika mniej więcej czterdzieści procent — powiedział. — Nie trzeba być geniuszem matematycznym, by obliczyć, że lepiej umieścić tam wszystko w ciągu sześciu minut niż czterdzieści procent w ciągu czterech.

Podczas trzeciego cyklu Kwame manipulował łyżką czerpaka w wykopie tak długo, aż się napełniła. Później jednak, kiedy ją uniósł, kombajn niespodziewanie odmówił dalszej pracy.

— Cholera! — zaklął Giovanni. — Znów się coś popsuło.

— I co będzie? — zapytał go Kwame.

— Melvin realizuje teraz procedury samokontroli — odrzekł Giovanni. — Kiedy skończy i okaże się, że to tylko chwilowy zanik mocy czy jakiś inny drobny problem, na pulpicie kontrolnym po twojej prawej stronie zapali się zielona lampka. Jeśli nie, ta migająca żółta zgaśnie, a zapali się czerwona. Wówczas główny komputer Melvina zajmie się wykonywaniem skomplikowanych precedur diagnostycznych, zaprojektowanych przez Naronga.

Giovanni nie zdążył skończyć mówić, kiedy mrugająca na pulpicie żółta lampka przemieniła się w czerwoną. W chwilę później na ekranie monitora pulpitu ukazała się informacja, że uszkodzeniu uległ podzespół oznaczony HY442, znajdujący się w procesorze odbiornika, i że rezerwowy element nie reaguje prawidłowo na sygnały.

Giovanni ściągnął z oczu gogle.

— To tyle na dzisiaj, chłopcze — odezwał się do Kwamego. — Melvin jest zepsuty na amen.

Kiedy zadzwonił Narong, Johann był zajęty przygotowywaniem listy potrzebnych części, które zamierzał zdobyć w Mutchville. Przez chwilę się zastanawiał, czy nie kazać Narongowi, by samemu zajął się organizacją zebrania roboczego. Przypomniał sobie jednak, że już wkrótce wyjedzie na dwa tygodnie, a wówczas Narong będzie miał mnóstwo innych spraw na głowie.

Zanim poszedł na zebranie, zatrzymał się przed drzwiami gabinetu Naronga i zapukał. Johann był dyrektorem ośrodka zwanego oficjalnie Placówką Terenową Valhalla (PTV), a Narong Udomphol, tajlandzki inżynier informatyk, pełnił funkcję jego zastępcy. Valhalla, jak zwało ją w skrócie sześćdziesięciu czy siedemdziesięciu stałych mieszkańców oraz grupa przebywających w niej czasowo naukowców, używających jej jako bazy wypadowej do wypraw w okolice bieguna, była najbardziej wysuniętą na pomoc zamieszkaną placówką. Jej główne zadanie polegało na przemianie marsjańskich lodów podbiegunowych w wodę i pompowaniu jej rurociągami do innych zamieszkałych obszarów planety. I chociaż na tej samej długości geograficznej znajdowały się jeszcze dwie podobne placówki, Valhalla była zdecydowanie największa i dostarczała mniej więcej połowę wody potrzebnej do życia istotom ludzkim zasiedlającym Marsa.

Od chwili przybycia na tę planetę przed osiemnastoma miesiącami, Johann przebywał przez cały czas w Valhalli, jeżeli nie liczyć krótkich podróży służbowych do Mutchville i jednego wspaniałego tygodnia wakacji, w czasie których zwiedził wulkany w rejonie Tharsis. Nominację na dyrektora PTY otrzymał przed sześcioma miesiącami. Było to w czerwcu 2142 roku, jeśli liczyć według kalendarza ziemskiego.

— Melvin znowu nawalił? — zapytał otworzywszy drzwi i zajrzawszy do gabinetu Naronga. — Czy to już nie trzeci raz w tym miesiącu?

— Nie — odparł Narong. Był niskim, trzydziestokilkuletnim mężczyzną o zdumiewająco szczerym uśmiechu. — Poprzednio psuł się Martin. Trzymamy go teraz w hangarze, gdzie technicy poddają go gruntownemu przeglądowi. Nadal czekamy na części.