Niedawno przyjechał znów do Niemiec ten znany żydowski działacz, rabin Goldberg. W jednym ze swoich przemówień oświadczył, że wszyscy Niemcy powinni mieć poczucie winy z powodu tego, co w czasach Trzeciej Rzeszy wyprawiali ich przodkowie. Chcąc dowieść słuszności swojej tezy, cytował obszerne fragmenty z książki Helgi. Powołał się na jej relację o tym, jak prości Niemcy popierali Hitlera i ruch nazistowski. Kiedy pytają nas reporterzy, ani ja, ani ojciec nie rozmawiamy z nimi na ten temat, ale wiem, że Max jest wściekły na środki przekazu za to, co zrobiły z książką Helgi. Powiedział mi w zeszłym tygodniu, iż wolałby, żeby jej pamiętniki nie zostały nigdy opublikowane, bez względu na to, ile pieniędzy…
Przed dwoma tygodniami, w Valhalli, Johann obejrzał po raz pierwszy nagraną w wideosześcianie wiadomość od rodziców, ale zrobił to w pośpiechu. Był wówczas dość zajęty, gdyż kierowana przez niego placówka przechodziła kolejny ostry kryzys. Dopiero więc teraz, rozparty wygodnie w fotelu pociągu pędzącego przez marsjańskie równiny, mógł wysłuchać uważnie wszystkiego, co chcieli mu powiedzieć rodzice.
— Och, omal bym zapomniała — odezwała się Frau Eberhardt, kiedy skończyła mówić na temat pamiętników Helgi Weber. — Nigdy byś nie zgadł, kogo spotkałam w domu towarowym przed dwoma tygodniami. Twoją dobrą znajomą, Evę Haas… Była dosyć pulchna, a na rękach trzymała owiniętą w becik dziesięciomiesięczną dziewczynkę. Czy uwierzysz, że mieszka teraz w Poczdamie? Pytała o ciebie i bardzo ucieszyła się usłyszawszy, że wszystkie twoje sprawy ułożyły się tak dobrze.
Johann nie zorientował się, kiedy matka się pożegnała. Zrodzony w myślach obraz Evy tulącej do piersi dziecko wywołał kolejną falę bolesnych wspomnień. Po raz drugi poczuł, jak bardzo jest samotny. Gdy zdał sobie sprawę z tego, że nagranie się skończyło, wyłączył monitor.
Usiłował znów zasnąć, ale nadaremnie. Mniej więcej po pół godzinie włączył znów odbiornik wideo i przejrzał wyświetlony na ekranie spis treści. Potem, uśmiechnąwszy się do siebie, postanowił obejrzeć nagranie opery Wagnera Siegfried. Okazało się, że było to dokładnie to samo nagranie, które oglądał w rodzinnym domu prawie miesiąc przed odlotem na Marsa.
W New Dallas wsiadło do pociągu wielu nowych pasażerów. Johann patrzył, jak ubrani w kombinezony kosmiczne, jeden po drugim wychodzą z kopuły ochraniającej miasto, rozciągając się w długą linię na chodniku prowadzącym do peronu. Kiedy pociąg ruszył, drzwi do sąsiedniego wagonu otworzyły się i do środka weszło pięć osób ubranych w niebieskie habity zakonu Świętego Michała. Jako pierwsza szła wysoka, ciemnoskóra i bezsprzecznie piękna młoda kobieta, która z całą pewnością była przywódczynią całej grupy.
— Świetnie — powiedziała, rozejrzawszy się po niemal pustym wagonie, a potem odwróciła się do pozostałych. — Tu będziemy mieli wystarczająco dużo miejsca. Połóżcie bagaże na fotelach. Mamy trzy godziny, zanim pociąg dojedzie do Mutchvlle. Kiedy skończymy zbiórkę, spotkamy się w tym wagonie, a potem się wyciągniemy i spróbujemy zasnąć… Bracie Adrianie, czy nie chciałbyś razem z siostrą Marcie zająć się dwoma pierwszymi wagonami? Siostra Nuba i brat Jose obejdą dwa ostatnie. Ja zostanę tutaj.
Michalici złożyli swoje podróżne torby na pustych fotelach i rozeszli się do wyznaczonych wagonów. Ich przywódczyni zajęła się zbieraniem pieniędzy od innych pasażerów wagonu Johanna, podchodząc do nich z małą, ozdobnie pomalowaną, metalową puszką, którą trzymała w prawej dłoni.
— Dzień dobry — odezwała się, kiedy w końcu stanęła przed Johannem. — Jestem siostra Vivien z zakonu Świętego Michała. Jak wiesz, dla ludzi na Marsie nadeszły teraz ciężkie czasy. Więcej osób niż kiedykolwiek przedtem spędzi te święta, nie mając odpowiedniego ubrania i jedzenia. Z powodu długich kolejek ludzi oczekujących na odlot z Marsa, wiele najbardziej poszkodowanych osób musi pozostać tu bez pieniędzy, którymi mogliby zapłacić za mieszkanie. Członkowie naszego zakonu pracują bez wynagrodzenia, by rozdzielić zebrane pieniądze miedzy tych, którzy…
Johann patrzył w piękne, piwne oczy siostry Vivien i nie przerywał jej przemówienia. Wpatrywał się w nie z takim uporem, że Vivien w środku przemówienia zająknęła się i nawet lekko zarumieniła. Mimo to bardzo szybko odzyskała pewność siebie i dobrnęła do końca swojej kwiecistej mowy.
— A skąd mogę wiedzieć — zapytał ją żartobliwie Johann, kiedy skończyła — że ty i twoi przyjaciele po prostu nie weźmiecie tych pieniędzy i nie wydacie ich na sutą bożonarodzeniową ucztę?
— Z faszerowanym indykiem upieczonym w sosie własnym i żurawinami? — zapytała Vivien, szeroko się uśmiechając.
Johann kiwnął głową, a zakonnica widząc to, usiadła na wolnym miejscu naprzeciwko niego.
— Posłuchaj, kimkolwiek jesteś… A jeżeli już o tym mowa, jak właściwie się nazywasz? — zapytała.
— Johann. Johann Eberhardt.
— Posłuchaj, Johannie Eberhardt — powiedziała. — Byłabym w siódmym niebie, mogąc się rozkoszować pieczonym indykiem i całą resztą. I gdybyś chciał przyjść do naszego kościoła w Mutchville i zamówić dla nas coś takiego, byłabym więcej niż szczęśliwa, mogąc ci towarzyszyć. Złożyłam jednak przysięgę Wielkiemu Człowiekowi — ty zapewne nazywasz go Bogiem — że wszystkie zebrane pieniądze zostaną co do grosza zużyte na pomoc dla najbardziej potrzebujących. A ja do takich naprawdę się nie zaliczam. Tak więc, jak widzisz…
Vivien nagle przerwała i obejrzała swojego rozmówcę od stóp do głów.
— Wielkie nieba — powiedziała. — Ale ty jesteś wysoki… Ile masz wzrostu?
— Dwa metry jedenaście.
— Do diabła — mruknęła. — Nie jesteś normalnym człowiekiem, jesteś gigantem. Drzwi do sąsiedniego wagonu się otworzyły i do środka weszło dwoje michalitów.
— Hej! — zawołała Vivien do siostry Nuby i brata Josego. — Chodźcie tutaj! Rozmawiam właśnie z gigantem… Johannie Eberhardt, dlaczego nie wstaniesz, żebyśmy wszyscy mogli zobaczyć w całej okazałości?
Johann roześmiał się i wstał, schylając się lekko, aby nie zawadzić głową o półkę na bagaże.
— Fiu, fiu — odezwała się Vivien, przykładając dłoń do czoła i spoglądając z podziwem na Johanna. — Nie sądzę, bym kiedykolwiek widziała tak wysokiego mężczyznę… z wyjątkiem, rzecz jasna, tych na boisku do koszykówki. A teraz, kiedy już stoisz — dodała, nie robiąc najmniejszej przerwy — dlaczego nie miałbyś sięgnąć do kieszeni i wydostać z niej trochę pieniędzy, by ktoś inny miał weselsze święta?
Johann pokręcił głową i znów się roześmiał.
— Jesteś… niesamowita — powiedział, podając Vivien dziesięć marsjańskich dolarów.
— Ja tylko służę Bogu i bliźniemu — odparła z uśmiechem Vivien. — A oboje dziękują ci za twój dar, gigancie Johannie Eberhardt.
3
Pierwsze dwa dni, które Johann spędził w Mutchville, okazały się kompletnym fiaskiem. Już na samym początku urzędnik z MAK-a poinformował go, że jedynym sposobem uzyskania przez Naronga miejsca na pokładzie wahadłowca odlatującego wcześniej na Ziemię byłoby odkupienie potwierdzonej rezerwacji od kogoś innego.
— A to jest nielegalne, jeśli chodzi o etatowego czy kontraktowego pracownika MAK-a — powiedział. — Gdybyśmy się dowiedzieli, że pański przyjaciel kupił rezerwację na czarnym rynku, mógłby stracić prawo do premii z tytułu wygaśnięcia umowy o pracę.