Выбрать главу

Johann musiał czekać ponad pół godziny, zanim operatorowi udało się nawiązać łączność z Valhallą. Na początku nie było nic widać, a głos tajlandzkiego zastępcy dobywał się jak ze studni. Dopiero po pięciu minutach rozmowy obraz stał się wyraźniej szy, ale i tak od czasu do czasu twarz Naronga rozmywała się na ekranie.

— Telekomunikacja Marsa powiadomiła nas, że nie zamierza utrzymywać połączeń wizyjnych z abonentami mieszkającymi na pomoc od BioTech — powiedział Narong, kiedy on i Johann rozmawiali na temat nie najlepszej jakości połączenia. — Ci z MAK-a nie zgodzili się na dalsze pokrywanie kosztów napraw i konserwacji.

— Obawiam się, że moje wieści też nie są pomyślne — odparł Johann. — Zacznę od tego, że nie udało mi się uzyskać dla ciebie terminu wcześniejszej rezerwacji.

— Nie spodziewałem się, że uda ci się cokolwiek zrobić — rzekł Narong. — Ale dziękuję, że próbowałeś. A co słychać w sprawie części? Czy wyjaśniłeś tym półgłówkom, że nie będziemy mogli wykonywać planu, jeżeli nasz sprzęt nie będzie właściwie naprawiany i testowany?

Narong nie był zachwycony, kiedy Johann opisał mu przebieg swojej wizyty w dziale zaopatrzenia MAK-a. Obaj inżynierowie przez kilka następnych minut narzekali na biurokratów z agencji i nieskuteczność działań tej instytucji, a później Johann podsumował swoje próby zatrudnienia nowych ludzi, skupiając się na pracownikach wykwalifikowanych.

— Nie mam nic przeciwko Watsonowi i pani Kasper — rzekł Narong. — Prawdę mówiąc, pracowałem już kiedyś z takimi zwariowanymi komputerowymi włamywaczami jak on. Zachowują się jak dziwacy, ale w gruncie rzeczy są nieszkodliwi… A jeżeli chodzi o zatrudnianie więźniów, nie mam nic przeciwko temu, o ile nie będą stanowili zagrożenia dla innych. Warunki panujące w Valhalli pod wieloma względami przypominają więzienie. Martwi mnie jednak ten al-Kharif. Byłoby wspaniale, gdybyśmy mogli go mieć u siebie, ale co zrobisz, jeżeli napadnie na jakąś naszą pracownicę?

— Umowa przewiduje, że zatrudnienie i późniejsze darowanie reszty kary zależy wyłącznie od zachowania się kandydata — odparł Johann. — Zasadniczo będę pełnił więc funkcję jego więziennego kuratora. Jeżeli uznam za słuszne, będę mógł w każdej chwili odesłać go do więzienia, by odsiedział w nim resztę kary.

— Do diabła — zaklął Narong. — To naprawdę skomplikowana sytuacja. Jedyna osoba chociaż trochę nadająca się do tak odpowiedzialnej pracy ma stosunek do kobiet niewiele lepszy od jaskiniowca.

— Jest nawet jeszcze gorzej — poprawił go Johann. — Al-Kharif jest utalentowany i ma wyjątkowo dobre kwalifikacje. Uważam, że może dokonać gruntownego przeglądu procedur napraw i testów naszego sprzętu, co znacznie zwiększy wydajność pracy.

— Jeżeli wcześniej kogoś nie zgwałci… Nie chciałbym być wówczas na twoim miejscu. Wygląda na to, że musisz podpisać pakt z samym diabłem.

Po krótkiej dyskusji na temat demontażu laboratoriów chemicznych MAK-a i niepowodzenia starań Johanna, żeby znaleźć kogokolwiek, kto mógłby zbadać szybę jego hełmu, Narong oznajmił mu, że nadal nie nawiązano łączności z grupą azjatyckich naukowców, którzy wyprawili się w okolice bieguna.

— Jutro upływa tydzień od chwili, kiedy mieliśmy ostatni kontakt — stwierdził Narong. — Staraliśmy się połączyć z nimi przynajmniej raz każdej nocy, a wczoraj próbowaliśmy to zrobić nawet w ciągu dnia… Na wypadek gdyby zmienili pory snu i pracy.

— A nie można jakoś sprawdzić, czy ich sprzęt łączności funkcjonuje prawidłowo? — zapytał go Johann.

— Próbowaliśmy dwukrotnie, ale za każdym razem otrzymywaliśmy niejednoznaczne rezultaty. Możliwe, że mają awarię.

— Ale to nie jest nic pewnego — stwierdził Johann.

— Nie wiemy też, czy są cali i zdrowi — odparł Narong. — Połączyłem się wczoraj z dyrekcją MAK-a i zapytałem, czy pozwolą wysłać jedną z patrolówek na poszukiwania. I wiesz, co odpowiedzieli? Ze nie mogą ponosić kosztów, dopóki nie wykażemy, iż istnieje zagrożenie życia! Zwykłe biurokratyczne wymówki!

— Czy dysponujemy jakąś sprawną patrolówką? — zapytał Johann.

— To zupełnie inna sprawa — odrzekł Narong. — Dwie są w naprawie. Pozostałe cztery przez cały czas nadzorują działanie taśmociągów.

— A zatem, co proponujesz? — rzekł Johann.

— Jeszcze przez dwa dni starajmy się połączyć z nimi przez radio. Jeżeli nie odpowiedzą, wyślemy do ich obozu patrolówkę… Nawet gdybyśmy musieli uszczuplić w ten sposób nasze środki na administrację.

— Zgadzam się — powiedział Johann.

Po skończeniu rozmowy z Narongjem Johann postanowił przejść się po ulicach Mutchville. Chodził po mieście prawie przez godzinę i w końcu znalazł się w dzielnicy willowej w otoczeniu czynszowych kamienic, jednopiętrowych rezydencji i nielicznych pawilonów handlowych. Zamierzał właśnie skręcić w boczną ulicę, by powrócić do hotelu inną drogą, kiedy po drugiej stronie obok sklepu z widokówkami zobaczył małe biuro z napisem: „TOWARZYSTWO DO SPRAW RAMY”. W pierwszej chwili wydało mu się, że oczy płatają mu dziwnego figla. Upewniwszy się jednak, że odczytał napis prawidłowo, skręcił w tamtą stronę i wszedł do biura.

Poczekalnia dla interesantów nie była wiele większa od szafy na ubrania w luksusowej rezydencji. Pod oknem stały dwa składane krzesła. Naprzeciwko drzwi wejściowych za niewielkim kontuarem znajdowało się przepierzenie z zawieszonym na nim białym transparentem z jaskrawoczerwonymi literami głoszącymi: „TOWARZYSTWO DO SPRAW RAMY”. Obie boczne ściany były pozbawione ozdób. Za kontuarem, w samym rogu przepierzenia, widać było drugie drzwi.

Johann stal na środku poczekalni przez dobre dwie minuty. Nikt jednak się nie pokazał. Podszedł w końcu do kontuaru i lekko zapukał.

— Dzień dobry — powiedział. — Jest ktoś w domu?

Usłyszał czyjeś kroki i po kilku sekundach drzwi w przepierzeniu otworzył niski, pulchny, mężczyzna w okularach i długiej czerwonobiałej szlafmycy. Kiedy rzucił okiem na Johanna, cała krew odpłynęła z jego rumianej twarzy.

— Och, mój Boże — jęknął, a potem wyszedł szybko z pokoju i zamknął drzwi za sobą.

— Clem! — po chwili Johann usłyszał jego wołanie. — Musisz tu przyjść! Nie uwierzysz, kto właśnie wszedł do naszego biura.

Po trzydziestu sekundach kobieta wyglądająca na siostrę bliźniaczkę mężczyzny otworzyła drzwi, wytknęła głowę i spojrzała na Johanna.

— Jezusie! — zawołała, a potem natychmiast odwróciła się i zniknęła. — Masz rację, Darwinie — krzyknęła. — Nie ma żadnej wątpliwości.

Johann czekał cierpliwie na powrót pary dziwnych ludzi. Słyszał, że rozmawiają ze sobą za drzwiami przepierzenia, ale nie mógł zrozumieć o czym. W końcu zdecydował, że co za dużo, to niezdrowo.

— Jeszcze raz dzień dobry — powiedział głośno. — Nadal tu jestem.

Drzwi otworzyły się powoli i zarówno mężczyzna, jak i kobieta weszli do poczekalni, potykając się w wąskim przejściu.

— Bardzo pana przepraszamy — odezwał się bojaźliwie mężczyzna, przygryzając dolną wargę, unikał wzroku Johanna. — Nie wiedzieliśmy, że pan przyjdzie, i, hm, cóż, trochę nas to zaskoczyło.

— Do diabła, nie wiedzieliśmy nawet, że przebywa pan na Marsie — dodała kobieta, a później, ośmielona uśmiechem Johanna, ominęła kontuar, podeszła do niego i chwyciła go za rękę. — On naprawdę istnieje, Darwinie. To nie jest żadna zjawa.

Mężczyzna dołączył do nich i jak gdyby tknięty nagłą myślą, wyciągnął rękę.