Выбрать главу

Beatrice uśmiechnęła się i ponownie kiwnęła głową.

— A wiec pozwól, mój drogi biskupie czy czymkolwiek innym jesteś — ciągnął, spacerując po sypialni — że nie będę ukrywał, iż uważam cię za kompletną wariatkę… Nie masz przecież najmniejszego pojęcia, dokąd takie pudło na kapelusze może polecieć. Nie wiesz też, kto będzie nim sterował, ani nie znasz powodów, dla których się tu zjawiło. A zresztą, to wszystko może być jakąś podłą sztuczką ze strony obcych… To przeklęte pudło może nawet eksplodować, kiedy tylko znajdziecie się na pokładzie.

— Nie oczekiwałam, że to zrozumiesz, bracie Johannie — nie podnosząc głosu odparła Beatrice. — Masz przecież w sobie tak mało wiary. A ludzie mający dużo wiary wydają się tym, którzy jej nie mają, niemal zawsze wariatami… Ale to czy masz wiarę, czy nie, nie ma teraz znaczenia. Ośmioro z nas chce być w środku tego pudła na kapelusze, kiedy sekwencje błysków dobiegną końca. A bez twojej zgody nie będziemy mogli tego zrobić. Pan Udomphol mówi, że to ty musisz wydać pozwolenie, by pojechać tam łazikami.

— Obudziłaś Naronga, by z nim o tym porozmawiać? — zapytał zdumiony Johann.

— Tak — przyznała Beatrice. — Przebywa teraz w centrum operacyjnym i sprawdza, czy nie pomyliliśmy się w obliczeniach czasu trwania sekwencji błysków.

Zabrzmiał dzwonek u drzwi wejściowych, ale zanim Johann zdążył podejść i otworzyć, uczyniła to ubrana w czysty habit i nowy kornet siostra Vivien. Do mieszkania Johanna weszli po kolei zakonnicy Ravi i Jose, siostra Nuba, Fernando Gomez, Satoko Hayakawa i Anna Kasper.

— Jesteśmy gotowi — oznajmił brat Ravi.

— Anno! — zawołał Johann. — Dlaczego sif do nich przyłączyłaś?

— Bo chciałam także polecieć — odparła, łagodnie się uśmiechając. — Rzecz jasna, jeżeli będzie dla mnie miejsce… Nie twierdzę, że siostra Beatrice przekonała mnie, iż te białe przedmioty i chmury świecących kulek są aniołami, ale sądzę, że szansę przeżycia w tym pudle są co najmniej takie same, jak gdybym pozostała w Valhalli i tutaj starała się przetrwać burzę.

— No cóż, niech mnie porwą wszyscy diabli — zdołał tylko wykrztusić Johann.

Każdy łazik, jakim dysponowała Valhalla, mógł pomieścić kierowcę i dwoje pasażerów. Johann, który znów prowadził pojazd oznaczony 14A, wiózł obok siebie siostrę Beatrice i Annę Kasper. Pozostałymi trzema maszynami kierowali Narong, Kwame i Yasin.

— Myślałem, że będziesz ostatnią osobą, która zgodzi się wziąć udział w tak zwariowanym przedsięwzięciu — powiedział Johann Annie, skręcając w stronę wzniesienia wiodącego na wierzchołek płaskowyżu.

— I ja też — odparła kobieta ze śmiechem. — Prawdę mówiąc, kiedy wpadłam do centrum operacyjnego poprzedniego wieczoru, nie myślałam o niczym innym poza burzą piaskową.

— Dlaczego zmieniłaś zdanie? — zapytał Johann.

— Siostra Beatrice — powiedziała Anna. — W jakiś sposób to, co mówiła, miało sens, nawet jeżeli nie uwierzyłam w jej anioły.

— Pozwoliła, żeby Bóg przemówił do niej, bracie Johannie — odezwała się zakonnica. — Ja byłam tylko Jego chwilową emisariuszką.

— Potrafi być przekonująca — zauważyła Anna.

— Nietrudno mi w to uwierzyć — stwierdził Johann odwracając głowę, by popatrzyć przez szybę hełmu na twarz Beatrice.

Kiedy dotarli na miejsce, zatrzymali łaziki nie opodal zdalnie sterowanych robotów wyposażonych w kamery transmitujące obrazy do Valhalli i zaczęli schodzić po stromym zboczu do kotliny, w której stało duże pudło na kapelusze i prostokątna błyskająca płyta. Przyjrzawszy się sekwencji błysków, Narong oświadczył, że do chwili ich ustania pozostaje prawie czterdzieści minut, a później podszedł do Johanna.

— Czy nie sądzisz, że stojąc tak blisko, narażamy się na niebezpieczeństwo? — zapytał. — Nie wiemy przecież, co się zdarzy. Jeżeli wskutek jakiegoś wybuchu czy silnego promieniowania zginiemy, Valhalli będzie bardzo trudno przetrwać nadciągającą burzę.

Johann musiał przyznać mu rację. Poprosił wszystkich, żeby przyspieszyli, tak by czterej kierowcy mogli obserwować ewentualny start pudła z bezpiecznej odległości, stojąc u boku maszyn.

Kiedy całą dwunastką schodzili po zboczu, wydało im się, że wisząca nad pudłem i błyskającą płytą długa, biała, pełna cząstek wstęga rozjarzyła się jaśniejszym blaskiem. Johann obserwował, jak świetliste drobiny poruszają się w jej obrębie. Pamiętał doskonale każde swoje poprzednie spotkanie z cząstkami i rozmyślał, czy możliwe, że widzi je po raz ostatni.

W tym czasie siostra Beatrice zbliżyła się śmiało do pudła i nie okazując najmniejszego strachu, wspięła się po szczeblach drabinki. Czworo pozostałych michalitów udało się w jej ślady.

— W środku znajduje się jedenaście foteli ustawionych pod ścianami — usłyszeli po kilku sekundach jej głos w słuchawkach hełmów. — Jest wygodnie i przestronnie.

Jako ostatnia z całej ósemki po drabince weszła Anna Kasper. Gdy znalazła się na ostatnim szczeblu, odwróciła się i pomachała czterem mężczyznom stojącym na skraju marsjańskiej kotliny.

— To może być ciekawa przygoda — powiedziała, a jej lekko drżący głos zdradzał ogarniające ją zdenerwowanie.

Do końca sekwencji błysków pozostało osiemnaście minut. Niebo na wschodzie pojaśniało i po chwili ciemności rozjarzyły się pierwszymi promieniami wschodzącego słońca. Kierowcy odwrócili się plecami do pudla na kapelusze i ruszyli w drogę powrotną do łazików.

— Hej, Asie — odezwał się Yasin. — Kiedy to pudło odleci, czy możemy poświęcić trochę czasu na przyjrzenie się tamtym rzeczom w kotlinie?

Machnął ręką w stronę białych przedmiotów, zgromadzonych w jednym miejscu kotliny o jakieś dwieście metrów na zachód od nich.

— Nie sądzę, żeby to był dobry pomysł — odparł Johann odwracając się, by spojrzeć na Yasina.

W tej samej chwili zobaczył kierujące się ku nim dwie mniejsze wstęgi. Na ten widok mężczyźni przystanęli obserwując, jak wstęgi zamieniają się w torusy i zatrzymują się nad ich głowami. Pierwszy torus zawisnął nad głową Johanna, a drugi obrał sobie za cel głowę Kwamego. Johann poczuł, że przez ręce i nogi przebiega mu jakieś dziwne mrowienie.

— Pozostały jeszcze trzy wolne miejsca — usłyszał w słuchawkach głos Beatrice. Zakonnica stała w otwartych drzwiach pudła i patrzyła w ich stronę.

Kwame odchylił głowę i wpatrywał się w'zawieszoną nad nim wypełnioną świecącymi drobinami aureolę.

— No cóż — odezwał się po kilku sekundach. — Jeżeli chodzi o mnie, to wystarczy… Potrafię zrozumieć, kiedy zostaję wybrany.

Wyciągnął rękę i wymienił uściski z trzema pozostałymi mężczyznami.

— Trzymaj za mnie kciuki — odezwał się do Johanna, który przez rozdzielające ich szyby hełmów mógł widzieć, jak Tanzańczyk się uśmiecha.

— A co z tobą, szefie? — zapytał go Narong, kiedy pozostali patrzyli, jak Kwame odwraca się i rusza w stronę pudła na kapelusze. — Wydaje mi się, że i nad twoją głową unosi się coś dziwnego.

— Ja nigdzie nie idę — oświadczył zdecydowanie Johann, odwracając się i ruszając pod górę zbocza. — To wszystko jest dla mnie zbyt zwariowane. A poza tym jestem przecież potrzebny w Valhalli.

— Moglibyśmy poradzić sobie i bez ciebie — stwierdził informatyk. — Przypomnij sobie, co mówiłeś mi o swoim pierwszym spotkaniu…

Johann nie miał czasu, by odpowiedzieć, gdyż wszystkie cząstki tworzące zawieszony nad nim torus skupiły się nagle w kulę wielkości tenisowej piłki, która zamarła w powietrzu nad jego głową, zaledwie o kilka metrów przed nim. Kiedy Johann dał następny krok, tenisowa piłka ruszyła ku niemu, rozbijając się o szybę jego hełmu.