Выбрать главу

— Rozumienie matematyki to jedna z największych przyjemności intelektualnych. Przykro mi słyszeć, że omija cię to umysłowe doświadczenie, Aquinasie.

Pies godnie skinął łbem. Szczególne to doświadczenie — obserwować psa, przytakującego rozmówcy skinieniem łba… i to niezależnie od tego, jak dobrze ubrany jest ów pies.

— To stwierdzenie zyskuje na znaczeniu, gdy wychodzi z pańskich ust, profesorze Haraldzie. Z ust człowieka obdarzonego tak wieloma naukowymi tytułami.

— Mamy ze sobą więcej wspólnego, niż skłonny byłby przypuszczać laik — powiedział uprzejmie profesor. — W końcu przecież mózg każdego ssaka, wliczając w to oczywiście mózg człowieka, składa się z wielu funkcjonalnych sekcji, z których każda odpowiada za inny typ myślenia. Muszę ci coś wyznać, Aquinasie. Nie sposób zajmować się współczesną matematyką bez wspomagania maszynowego. Mam w pełni zinterioryzowany symulator — profesor taktownie postukał się w pomarszczone czoło — a jednak nie jestem w stanie w pełni czuć rezultatów, nawet gdy je wypowiadam i gdy intuicyjnie czuję ich słuszność.

— Proszę mi powiedzieć, czy śni pan matematykę, profesorze?

— Och, oczywiście. Do wielu z najważniejszych rezultatów mych prac doszedłem właśnie we śnie.

— Ja również śnię matematykę. Być może my, ssaki, osiągamy naszą pierwotną jedność właśnie we śnie?

Profesor Harald wstał powoli i uścisnął elegancką, chwytną łapę psa. Widzowie grzecznie bili im brawo.

4

Maya obudziła się o piątej rano. Swędziały ją paznokcie; miała wrażenie, że przestały pasować do palców. Szalejące we krwi hormony sprawiały, że rosły niczym bambusy. Skóra wokół nich była nierówna, keratyna zrobiła się dziwnie delikatna. Jej paznokcie sprawiały wrażenie sztucznych. Zeszła z kanapy pani Najadovej, zabrała plecak, cicho wyszła z mieszkania i po schodach zeszła do pracowni Emila. Emil leżał pogrążony we śnie, sam. Przez chwilę kusiło ją, by położyć się obok niego, pospać jeszcze chwilę, ale oparła się tej pokusie. Nie czuła się właściwie we własnej skórze, nie spodziewała się więc znaleźć pociechy u kogoś innego.

Poruszając się jak najciszej, odnalazła czerwoną kurtkę. Nalała wody, po czym szybko przejrzała swój niewielki lecz wystarczający zbiór środków przeciwbólowych. Postanowiła jednak nie brać teraz żadnej z pigułek. Następnym razem może ich bardzo potrzebować… będąc daleko od miejsca tak wyrozumiałego dla ludzkich słabości jak Stuttgart.

Emil przebudził się i usiadł w łóżku. Spojrzał na nią z grzecznym zdziwieniem, a potem naciągnął sobie kołdrę na twarz i zasnął znowu. Maya metodycznie spakowała plecak i podeszła do drzwi. Nie wiedziała jeszcze, czy kiedykolwiek tu powróci. Nie zostawiała za sobą nic, do czego chciałaby wrócić.

Szła ulicami oblanymi światłem gwiazd, weszła do oświetlonej łagodnym blaskiem budki sieciowej i wywołała pomoc. Przewodnik po sieci okazał się, jak zwykle, wspaniały. Połączyła się z netlinkiem w San Francisco, a następnie, synchronicznie, z panem Stuartem.

— Co mogę dla ciebie zrobić w ten śliczny wieczór? — spytał pan Stuart. Opóźnienie wynosiło dwieście pięćdziesiąt milisekund, głos brzmiał jednak niezwykle czysto.

— Panie Stuart, jestem pańską wieloletnią klientką. Potrzebuję dostępu do starej wirtualności z nietypowymi protokołami.

— Jeśli są w ogóle dostępne, to z pewnością je mamy. Proszę przyjść do stodoły.

— Tak się składa, że w tej chwili jestem w Pradze.

— Praga, doprawdy piękne miasto — powiedział pan Stuart bez śladu zdziwienia. — Za odpowiednią cenę mogę panią połączyć, z mojej strony nie będzie z tym najmniejszego problemu. Jeśli nie przeszkadza pani opóźnienie. Proszę się rozłączyć, a następnie połączyć z naszym głównym serwerem.

— Nie, nie… to bardzo hojna oferta, ale zastanawiałam się, czy nie zna pan przypadkiem kogoś tu w Pradze, kogoś rozumiejącego konieczność dyskrecji. Kogoś, komu mógłby pan mnie zarekomendować. W tej sprawie mam do pana, oczywiście, całkowite zaufanie. To się rozumie samo przez się.

— Całkowite zaufanie, tak? Co się rozumie samo przez się?

— Oczywiście.

— Bardzo ładnie. Osobiste zaufanie to jądro globalnej infrastruktury. Nie zechce mi się pani, oczywiście, przedstawić?

— Nie. Bardzo bym chciała i żałuję ogromnie, ale wie pan, jak to jest.

— Dobrze, doskonale. Proszę poczekać, sprawdzę w bardzo użytecznym przewodniku profesjonalnym. Potrwa to zaledwie chwilkę.

Maya bawiła się obolałymi paznokciami.

— Proszę spróbować w miejscu, które nazywa się Biuro Dostępu, to na Národni Obrany w Pradze Sześć. Proszę spytać o Bożenę.

— Doskonale, rozumiem. Dziękuję. — I Maya przerwała połączenie.

Znalazła właściwe miejsce na planie dostarczonym przez praską pomoc obywatelską. Ruszyła w tamtą stronę na piechotę. Był to bardzo długi marsz, zwłaszcza w ciemności i chłodzie. Ciche brukowane ulice. Zamknięte sklepy. Samotność. Chmury wysoko na niebie i promienie księżycowego światła na rzece. Hradćany, błyszczące światłem nie z tego świata, zamek górujący nad Starym Miastem tak, jak niegdyś arystokracja górowała nad Europą. Wszystkie te, jakże różnorodne, wieże śpiącej Pragi. Żelazne latarnie, posągi, dachy pokryte dachówką, mroczne łuki, sekretne przejścia, włóczące się koty ze światłem księżyca w ślepiach. Co za miasto… jego najstarsze legendy były znacznie bardziej rzeczywiste od niej.

Stopy Mayi, depczące bruk praskich ulic, płonęły od mogących pęknąć lada chwila bąbli. Plecak wrzynał się w ramiona. Ból i zmęczenie wprowadziły ją w stan podwyższonej świadomości. Od czasu do czasu zatrzymywała się, spoglądała na fragment miasta przez obiektyw aparatu fotograficznego, ani razu jednak nie zrobiła zdjęcia. Z aparatem przy twarzy, przez obiektyw, widziała wyłącznie kłamstwa. Nagle uświadomiła sobie, jak proste jest rozwiązanie tego problemu — soczewki obiektywu zostały założone odwrotnie! Soczewki obiektywów wszystkich aparatów zostały założone odwrotnie! Bardzo chciała porozumieć się ze światem, lecz świat ten znajdował się pod jej powiekami.

Pod właściwym adresem znalazła się tuż po wschodzie słońca. Wyglądający bardzo oficjalnie budynek o kamiennej fasadzie był reliktem dawnej epoki, a jego wyżartą betonową komunistyczną fasadę zastąpiła współczesna wesoła zielonkawa pianka. Znajdujące się w nim urzędy nie zostały jeszcze otwarte. Na drzwiach znajdowały się dyskretne czeskie niebiesko-białe plakietki, Maya jednak nie czytała, oczywiście, po czesku.

Znalazła otwartą kawiarnię, ogrzała się, zjadła coś, poprawiła sobie zniszczony makijaż, obserwowała, jak na ulicę życie powraca w melodyjnym podzwanianiu rowerów. Kiedy wraz z zaprogramowanym kliknięciem zegara otworzyły się frontowe drzwi budynku, była pierwszą osobą, która weszła do środka.

Netsite znalazła na czwartym piętrze, naprzeciwko klatki schodowej. Prowadzące doń drzwi były zamknięte i zaryglowane. Z trudem łapiąc oddech, na obolałych nogach wycofała się do damskiej toalety, usiadła w kabince, zamknęła oczy i zdrzemnęła się.

Następna próba zakończyła się sukcesem — drzwi były otwarte. Netsite okazał się w środku cudownym wręcz labiryntem gotyckich sklepień, drzwi o mosiężnych klamkach, spiętych plastykiem starych instrukcji, umierającej, oplątanej kablami maszynerii. Okna zamurowano, na gipsowych ścianach widać było podejrzane plamy, w rogach pokoi, spod sufitu, zwieszały się pajęczyny.

Bożena szczotkowała włosy i zajadała kanapkę, popijając ją zwierzęcym mlekiem. Jak na kobietę w tak zaawansowanym wieku miała wspaniale włosy. Jej zęby też były imponujące: wielkie jak nagrobne płyty, doskonale zachowane, o bardzo wysokim albedo.