— Nie miałam na myśli nic złego. — W głosie Benedetty brzmiał szczery żal. — Chciałam tylko podziwiać architekturę pałacu i detale z epoki. I wszystkie te wspaniałe antyczne struktury programów.
— Oczywiście, kochanie, oczywiście. Znalazłaś może pornografię?
— Tak, jasne, znalazłam pornografię. Ale ten przycisk — Benedetta wskazała na tablicę — zostawiłam dla ciebie, ponieważ mamy tu pewien drobny problem. Maleńki problem w pałacu.
— Mamy drobny problem, co?
— Coś tu jest. Na wolności. Coś żywego.
— Coś, co uwolniłaś, czy coś, co znalazłaś wolne?
— Nie potrafię odpowiedzieć ci na to pytanie, ponieważ sama nie wiem. Próbowałam się zorientować, ale nie dałam rady. Nikomu się nie udało.
— Rozumiem, nikomu. A ile dokładnie osób wpuściłaś, żeby szukały?
— Mayu, ten stary pałac jest ogromny! Cudownie ogromny. Mnóstwo tu miejsca. Nikt go nie używa i, co najwspanialsze, nie ma tu także wirtualnych gliniarzy. Proszę, nie bądź zazdrosna. Uwierz mi, nigdy byś nas nawet nie zauważyła, gdyby nie ten mały problem. Gdyby nie ten drobny problem.
— To nie jest bynajmniej dobra wiadomość.
— Mam dla ciebie także dobrą wiadomość. Są tu pieniądze, wiedziałaś o tym? Prawdziwe pieniądze! Poświadczone pieniądze starych ludzi!
— Jakie to miłe. Czy ty i twoi przyjaciele zostawiliście dla mnie trochę tych pieniędzy?
— Słuchaj — powiedziała Benedetta — strasznie chcę z tobą o wszystkim porozmawiać, ale to nie jest najlepszy moment na rozmowę. Właśnie gram w karty z ojcem. Nie lubię przeprowadzać tego rodzaju rozmów z jego domu. Mogłabyś przyjechać do Bolonii i spotkać się tu ze mną? Mam ci wiele do zaoferowania. Chcę być twoją przyjaciółką.
— Być może przyjadę. Ile dokładnie pieniędzy znaleźliście? Wystarczy na zapłacenie tym szwajcarskim nudziarzom od shareware’u za naszyjnik, który od ciebie dostałam?
— Nie martw się naszyjnikiem. Ohrschmuck zbankrutowało. Za dużo żądali i nikt im nigdy nie zapłacił. Daj go po prostu jakieś kobiecie. Będzie go używać przez miesiąc nim znów zaczną się skargi.
— Jakże wspaniała z ciebie przyjaciółka, kochanie.
— Pozwól, że zadzwonię do ciebie później, Mayu. Przyznaję, zachowałam się niewłaściwie. Ale poprawię się, obiecuję, jeśli tylko dasz mi szansę. Na przykład mogę sprawić, byś prezentowała się znacznie lepiej on-line. Wiesz, że wyglądasz dla mnie jak wielki, wstrętny niebieski blok? Gdzie teraz jesteś?
— Nie musisz wiedzieć, gdzie jestem. Zostaw dla mnie wiadomość u Paula.
Wirtualne usta Benedetty rozszerzyły się w wyrazie zdziwienia.
— Mam nadzieję, że nie powiedziałaś Paulowi o pałacu?
— Dlaczegóż niby nie miałabym powiedzieć Paulowi o pałacu?
— Kochanie, Paul to teoretyk, ja jestem aktywistką!
— Może ja też jestem tylko teoretykiem?
— Nie sądzę, byś była tylko teoretykiem. Wcale tak nie sądzę. Czyżbym się myliła?
Maya zastanawiała się przez chwilę.
— Dobrze — stwierdziła w końcu — jeśli mamy nie mówić nic Paulowi, zostaw dla mnie wiadomość w Tête. Jestem tam niemal codziennie. Całkiem nieźle dogadałam się z Klausem.
— W porządku. Niech będzie Tête. Doskonały pomysł. Klaus to dobry człowiek, i taki dyskretny. Teraz już naprawdę muszę lecieć.
Benedetta zmorfowała. Fotel odzyskał tożsamość. Leżał na boku, na podłodze. Maya próbowała go postawić; jej urękawiczone dłonie przenikały jednak przez niego z głębokim ontologicznym bezsensem uszkodzonego oprogramowania. Walczyła z nim przez dłuższy czas, pochylona, chwytając i ciągnąc powietrze pod różnymi, eksperymentalnymi kątami.
Nagle zdała sobie sprawę z tego, że nie jest sama w tym wirtualnym wnętrzu. Znieruchomiała i ostrożnie rozejrzała się dookoła. Wirtualna obecność wyciekła z jednej ze ścian, przeniknęła przez nią jak wiejący powoli wiatr i zniknęła w przeciwległej ścianie. Pęknięta gładkość przesuwająca się przez tworzywo przekształcanych danych.
Maya zerwała spex i słuchawki. Zdjęła rękawice; czubki palców miała spuchnięte. Wyłączyła maszynę, a potem przyjrzała się widocznym na niej smugom pozostawionym przez pot, żałując, że na czeskim sprzęcie policyjnym pozostawiła wyraźne dowody swej obecności w postaci chmury DNA. Przez chwilę pocierała spex rękawem, jakby ten bezsensowny gest mógł coś załatwić. DNA obserwowało się pod mikroskopem. Dowody były wszędzie. Dowody były wszechobecne, prawda żyła poniżej poziomu świadomości, zupełnie jak bakterie.
Przestępstwo nie jest jednak przestępstwem póki ktoś z jakiegoś powodu nie zwróci na coś uwagi.
Postanowiła nie kraść, jakże przydatnego, ekranu dotykowego.
Czuła się zmęczona, więc wsiadła w metro i przespała dwie godziny w krążącym po mieście wagoniku. Potem poszła do netsite’u na stacji Malostrănskă i poprosiła sieć o znalezienie Josefa Nováka. Sieć znalazła jej adres Nováka w ułamku sekundy. Maya pojechała metrem z powrotem na Karlovo Năměsti i na obolałych nogach przeszła, kulejąc, do wskazanego jej domu. Nie wyglądał szczególnie obiecująco. Jeszcze raz przestudiowała otrzymany z pomocy obywatelskiej plan, sprawdziła adres, po czym przycisnęła guzik dzwonka. Cisza. Oparła się o guzik i stary dzwonek rozwrzeszczał się w swej plastykowej obudowie.
Walnęła pięścią w okute żelazem drewniane drzwi. Ze środka dobiegły ją jakieś stłumione odgłosy, ale nikt nie pofatygował się odpowiedzieć. Walnęła mocniej.
Drzwi, zabezpieczone krótkim mosiężnym łańcuchem, otworzyła starsza Czeszka. Na głowie miała chustę i spexy.
— Czego chcesz? — spytała.
— Zobaczyć się z Josefem Novákiem. Muszę z nim porozmawiać.
— Nie mówię po angielsku. Josef nie przyjmuje gości, a już zwłaszcza turystów. Odejdź.
Drzwi zamknęły się z trzaskiem.
Maya poszła na chutovky z knedlikami. Jej drobne porażki okazały się bardzo przydatne. Jeśli będzie pamiętać o jedzeniu za każdym razem, kiedy zostanie wyrzucona za drzwi, wypędzona i uciszona, ma szansę pozostać zdrowa i sprawna. Wypiwszy ostatni karton pysznego rozdawanego przez rząd jogurtu, wróciła pod mieszkanie Josefa Nováka i znów zapukała do drzwi.
Otworzyła je ta sama kobieta, tym razem ubrana w gruby zimowy szlafrok.
— Znowu ty! Dziewczyna śmierdząca Stuttgartem! Nie nachodź nas, to bardzo niegrzeczne i bezsensowne.
Trzask!
Bardzo dobrze. Mayi znów coś się przypomniało. Przeszła kawałek drogi do pracowni Emila. Emila w pracowni nie było. Jego nieobecność mogła oznaczać, że dzieje się coś niedobrego, ale ze stanu kuchni łatwo było wydedukować, że poszedł po prostu po coś do jedzenia. Skrobała i myła pracownię przez dłuższy czas, po czym potraktowała ją pewnymi użytecznymi substancjami, w które zaopatrzyła się w Stuttgarcie, aż w powietrzu rozszedł się silny zapach bananów. To nie podlegające dyskusji zwycięstwo nad niewidzialnym światem mikroorganizmów zaowocowało poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. W chłodzie i ciemności Maya powróciła pod dom Nováków i znów zapukała do drzwi.
Otworzył je zgarbiony siwowłosy mężczyzna, ubrany w czarną marynarkę z jednym rękawem. Nie miał ręki.
— O co chodzi? — spytał.
— Czy mówi pan po angielsku, panie Novák?
— Jeśli muszę.
— Jestem pana nową uczennicą. Mam na imię Maya.
— Nie przyjmuję uczniów — powiedział uprzejmie Novák. — I jutro wyjeżdżam do Rzymu.
— Więc ja także wyjeżdżam jutro do Rzymu.