Выбрать главу

Novák przyglądał się jej, oświetlonej pasmem światła padającym z uchylonych, przytrzymywanych łańcuchem drzwi.

— „Szklany Labirynt” — powiedziała Maya. — „Ogród Rzeźb”. „Wodna Anima”. „Znikające Posągi”.

— Te tytuły fatalnie brzmią po angielsku. — Novák westchnął. — No, cóż… pewnie lepiej będzie, jeśli wejdziesz.

Ściany na parterze mieszkania Nováka przypominały drewniany plaster miodu, fantasmagorią sześciokątnych regałów magazynowych. Drewniane pajacyki. Szkło. Narzędzia do grawerowania. Pióra. Wiklina. Znaczki pocztowe. Kamienne jaja. Dziecinne klocki. Wieczne pióra i spinacze do papieru. Okulary. Rzeźbione maski. Kompasy i klepsydry. Medale. Klamry do pasków. Fujarki i nakręcane zabawki.

Z niektórych komórek przedmioty po prostu się wylewały, w innych było ich niewiele, niektóre pozostały puste. Przypominało to jako żywo drewniany rój zaludniony przez inteligentną rasę podróżujących w czasie pszczół.

Stało tu też kilka stołów, nie było jednak na czym usiąść. Nagą podłogę zapastowano do połysku.

— Kto to? — dobiegł z góry zaspany kobiecy głos.

— Mamy gościa — odkrzyknął Novák. Sięgnął do kieszeni workowatych spodni i wyjął z niej emaliowaną zapalniczkę.

— Tę głupią dziewczynę z Ameryki? Z krótkimi włosami?

— Tak, właśnie ją. — Novák włączył zapalniczkę kciukiem i jej słabym płomykiem zapalił świece na świeczniku. Było ich sześć. Górne światło zgasło. Pokój rozjaśnił ciepły żółty blask. — Kochanie, możesz zrzucić nam na dół dwa strąki?

— Już późno. Powiedz jej, żeby się wynosiła.

— Jest bardzo ładna. Z kogoś tak ładnego można czasami zrobić dobry użytek.

Zapanowała cisza. Po chwili po oświetlonych blaskim świec schodach ześlizgnęły się dwa czarne strąki niczm dwie miski falującej zupy czerniny.

Novák usiadł i gestem wskazał drugi strąk Mayi. Prawego ramienia nie miał w ogóle. Wydawał się całkowicie pogodzony z tą stratą, jakby jedna ręka do wszystkiego człowiekowi wystarczała, a dwuręczni ludzie demonstrowali po prostu fascynację nadmiarem.

Maya zrzuciła plecak na drewnianą podłogę i zajęła wskazane jej miejsce.

— Chcę się nauczyć fotografii — oznajmiła.

— Fotografii — powtórzył Novák i skinął głową. — Wspaniale! Fotografia jest taka rzeczywista, tak bardzo przypomina życie. Jeśli jest się Cyklopem. Przykutym do jednego miejsca. Na jedną pięciotysięczną część sekundy.

— Wiem, że pan mógłby mnie nauczyć.

— Owszem, uczyłem fotografii — przyznał Novák głosem człowieka torturowanego. — Uczyłem istoty ludzkie postrzegać świat jak aparat fotograficzny. Co za wspaniałe osiągnięcie. Przyjrzyj się tylko mojemu małemu nędznemu domkowi. Byłem fotografem przez dziewięćdziesiąt — dziewięćdziesiąt! — lat. I co nam dały lata harówki, starej kobiecie i mnie? Nic! Wszystkie te straszne załamania rynku! Dewaluacja! Podatki bardziej przypominające konfiskaty? Abolicje i eliminacje! Rozruchy polityczne! Epidemie! Kryzysy bankowe! Nic nie trwa, nic nie pozostaje. — Novák patrzył na Mayę zrezygnowany i podejrzliwy jednocześnie. Z artysty zmienił się nagle w cwanego wieśniaka: wyłupiaste oczy, krzaczaste brwi, spuchnięty kartoflowaty nos starego człowieka. — Nie mamy nic, nie mamy aktywów. Jesteśmy bardzo starymi ludźmi, ale nie możemy oferować ci niczego, dziewczyno. Powinnaś odejść, oszczędzić kłopotów sobie i nam.

— Przecież jest pan sławny.

— Przeżyłem mą sławę i zostałem zapomniany. Trwam tylko dlatego, że na nic innego nie potrafię się zdecydować.

Maya rozejrzała się po pokoju gościnnym. Niezwykła mieszanka eklektycznych gratów i całkowitej, absolutnej czystości. Tysiące drobnych przedmiotów z cienkiego jak włos pogranicza między sztuką a śmieciem. Zbiór cudeniek przemocą wyrwanych z uścisku czasu. A jednak nie dostrzegła najmniejszej nawet plamki kurzu. Ludzie czczący muzy kończą życie w muzeach.

Sznurki zanurzone w białym wosku dopalały się powoli. Siwowłosy Novák sprawiał wrażenie całkowicie szczęśliwego w panującej w pokoju ciszy.

Maya wskazała na szczyt plastra drewnianych półek.

— Ta kryształowa waza — powiedziała — ta karafka na górze.

— Stare czeskie szkło.

— Jest bardzo piękne.

Novák gwizdnął cicho. W ścianie przy kuchni otworzyły się ukryte drzwi. Wyleciało przez nie ludzkie ramię.

Ramię wylądowało na drewnianej podłodze z cichym plaśnięciem pięciu rozpostartych palców. Na nagim końcu, którym przylegało do ciała, miało kłąb czegoś przypominającego pióra, jak parzydełka ukwiału.

Ramię rozciągało się i skakało, rozciągało się i skakało, przesuwając się w ten sposób po oświetlonych światłem świec klepkach podłogi. Obróciło się, skurczyło i nagle z niesamowitą szybkością wbiło się w ledwie widoczną szczelinę w marynarce pana Nováka.

Pan Novák zmarszczył się, skrzywił nieznacznie, po czym uniósł sztuczną dłoń i lekko zacisnął ją w pięść. Następnie, siedząc w strąku, oparł się na lewym łokciu i sięgnął w głąb pokoju. Wyciągnął prawe ramię — jego bezwłosa skóra stała się ziarnista, pokryła się bąblami, przedramię skurczyło się do przekroju ptasiej kości — i bardzo odległą od ciała dłonią uchwycił karafkę. Przeniósł ją ku sobie; prawe ramię skurczyło się przy tym z cichym wewnętrznym szumem, przypominającym odgłos kruszonych butami popiołów.

Podał karafkę Mayi. Maya przyjrzała się jej w świetle świec.

— Kiedyś ją już widziałam — powiedziała. — Przez pewien czas mieszkałam w jej wnętrzu. Był to wszechświat.

Novák wzruszył ramionami. Z założoną sztuczną ręką wzruszał ramieniem w sposób doprawdy imponujący.

— Poeci mówili to samo o ziarnku piasku — zauważył.

Maya spojrzała na niego.

— Szkło zrobione jest z piasku, prawda? — spytała. — Soczewki aparatu fotograficznego także zrobione są z piasku. Bit danych jest jak pojedyncze ziarnko piasku.

Powoli, powoli, na twarzy Nováka pojawił się uśmiech.

— Przekażę ci dobrą nowinę — powiedział. — Lubię cię.

— To takie cudowne uczucie, trzymać w rękach szklany labirynt. — Maya obróciła karafkę w dłoniach. — Wydawał się o wiele bardziej rzeczywisty, gdy był wirtualny — powiedziała, oddając naczynie Novákowi.

Novák przyjrzał mu się obojętnie. Trzymał je w lewej ręce, prawa przypominała zestaw gumowych szczypiec w kształcie rękawiczki.

— Cóż, to bardzo stare dzieło. Nieważny kształt kulturowego strychu. Ach, kształt strychu. — I Novák zaczął recytować po czesku: „Stworzony przez marmurowych mężczyzn i marmurowe kobiety, i gałęzie lasu, i chwasty skruszone pod stopami. Ty cichy kształcie. Dla naszych umysłów niepojęty jak wieczność. Ty poemacie z lodu! Gdy starość zabije to pokolenie, pozostaniesz wśród problemów innych ludzi. Przyjacielu ludzkości, mówisz nam:»piękno to prawda, a prawda to piękno«. Nie wiemy nic więcej i nie musimy wiedzieć nic więcej”.

— Czy była to poezja?

— Stary angielski wiersz.

— Więc dlaczego nie zacytował go pan po angielsku?

— W angielskim nie ma miejsca na poezję. Kiedy język ten został rozciągnięty jak siatka, tak że objął całą ziemię, poezja wypadła z niego przez dziurę.

Maya zastanowiła się nad znaczeniem jego słów. To, co powiedział, brzmiało bardzo prawdopodobnie i wiele wyjaśniało.

— Czy wiersz ten nadal brzmi dobrze po czesku?

— Czeski to bardzo przestarzała platforma — stwierdził Novák. Wstał, rozciągnął ramię, jakby zrobione było z plasteliny, i odłożył nim karafkę na miejsce.