Umiał także prorokować, ze szczegółami i dość trafnie. Wielu wierzyło, że papież potrafi czytać w umysłach ludzi. W te jego paranormalne zdolności wierzyli nie tylko łatwowierni katolicy, lecz także dyplomaci i mężowie stanu, naukowcy i prawnicy. Niesłychana papieska zdolność docierania do dusz bliźnich manifestowała się często na scenie politycznej. Twardzi dyktatorzy i profesjonalni kryminaliści, odbywający prywatne audiencje, wychodzili z nich często zdruzgotani, wyznając światu swe grzechy i obiecując poprawę w paroksyzmach autentycznego żalu.
Papież Innocenty rozdawał mienie ubogim, dawał domy bezdomnym, zawstydzał niepoprawne rządy i zmuszał je do zmiany polityki na bardziej humanitarną. Fundował wielkie szpitale i zakony uczące, biblioteki, netsity, muzea i uniwersytety. Po Europie rozsiał gęsto schroniska i inne udogodnienia, przeznaczone dla żebraków i pielgrzymów. Przebudował Watykan; stare katedry i kościoły świata zmieniał w ekstatyczne centra nowej chrześcijańskiej duchowości, wibrujące wręcz od zdumiewających niebiańskich wirtualności współczesnej mszy świętej. Był z pewnością największym papieżem XXI wieku, prawdopodobnie największym papieżem ostatnich dziesięciu stuleci, a być może największym papieżem w ogóle. Ogłoszenie go świętym wydawało się pewne, pod warunkiem oczywiście, że udałoby mu się znaleźć czas i okazję by umrzeć.
W Rzymie Maya trafiła na potworny wręcz bałagan. Poprzedniego dnia zdarzył się tu cud. Entheogeny sprawiły oczywiście, że cuda stały się czymś mniej więcej zwyczajnym, okoliczności musiały więc być rzeczywiście wyjątkowe, by jakiś supernadnaturalny byt zwrócił na siebie czyjąkolwiek uwagę. Wczorajszy cud podniósł jednak stawkę w pokerze cudów: Najświętsza Panna Maria objawiła się dwójce dzieci, psu oraz Publicznemu Punktowi Teleprezencji.
Dzieci normalnie nie biorą entheogenów. Nawet postpsie psy z rzadka tylko doświadczają duchowych objawień. Natomiast nagrania z Publicznych Punktów Teleprezencji uchodziły za niemożliwe do podrobienia, a już z całą pewnością nie powinny ukazywać świetlistych płacht jak powłoczki na poduszki, polatujących nad Viale Guglielmo Marconi.
Rzymianom cuda nie imponowały. Urodzonych Rzymian rzadko obchodzi to, co dzieje się w Watykanie. Niemniej jednak, wierni z całego świata przybyli do Świętego Miasta by się modlić, pokutować, szukać relikwi i radować obecnością środków masowego przekazu. Ruch uliczny — autobusy, rowery, przyczepy, święte grupy turystów we franciszkańskich habitach braci mniejszych — był gęsty, hałaśliwy, nieprawdopodobny, radosny, i nie poddawał się żadnym próbom opanowania swego szaleństwa; innymi słowy był prawdziwie włoski. W dodatku padał deszcz.
Maya z zainteresowaniem wyglądała przez zalane deszczem okna ich kolejnej limuzyny.
— Josef — spytała — jesteś religijny?
— Istnieje tu wiele światów. Na przykład świat, w którym widzi się w ciemności — powiedział Novák, stukając się w pomarszczone czoło. — Jest tu świat materialny, świat oświetlony słońcem. A także wirtualność, nasza współczesna niematerialność, udająca, że istnieje. Religia jest rodzajem wirtualności. Bardzo starym.
— Ale czy ty wierzysz?
— Wierzę w bardzo niewiele bardzo skromnych rzeczy. Wierzę, że jeśli weźmie się przedmiot, jeśli przez światło powoła się go do życia, i jeśli tę percepcję życia umieści się w wirtualnoáci, osiąga się to, co ludzie nazywają „liryzmem”. Niektórzy ludzie odczuwają wielką, irracjonalną potrzebę religii. Ja odczuwam wielką irracjonalną potrzebę liryki. Nic nie potrafię na to poradzić i nie jestem zainteresowany prowadzeniem dyskusji na ten temat. Nie zaczepiam więc wierzących, a oni nie zaczepiają mnie.
— Ale przecież dziś musi tu być z pół miliona ludzi! A wszystko z powodu psa, dwójki dzieciaków i komputera! Co o tym myślisz?
— Myślę, że Giancarlo będzie wściekły, bo przestał być główną atrakcją.
Limuzyna, walcząc dzielnie z rzymskim ruchem ulicznym, zawiozła ich do hotelu, w którym, oczywiście, zarezerwowano więcej miejsc niż ich rzeczywiście było. Novák wdał się w gwałtowny, wielojęzyczny pojedynek z consierge, zdobywając im, ku strasznemu zmieszaniu wszystkich obecnych w holu, odrębne pokoje. Maya wykąpała się i odesłała ubrania.
Kiedy jej ubrania wróciły, wraz z nimi przybyła też suknia wieczorowa. Novák miał wzruszająco staroświecki pogląd na formalne stroje kobiece, suknia była jednak świeżo urzeczywistniona i najwyraźniej doskonale pasowała na Mayę. Oddawało to należytą sprawiedliwość fotograficznemu oku starego człowieka.
Giancarlo Vietti, mistrz stylista Emporio Vietti, prezentował swą siedemdziesiątą piąta kolekcję wiosenną. Wydarzenie tej rangi domagało się właściwej oprawy, Vietti wynajął więc Amfiteatr Kio, kolosa całego w łukach, doskonale podrobionego, wybudowanego przez ekscentrycznego japońskiego miliardera po trzęsieniu ziemi, które zniszczyło rzymską dzielnicę Flaminio.
Zatrzymali się przed dekoracyjną kolumnadą Kio. Wysiadając z taksówki, wkroczyli wprost w kłębiący się na chodniku tłum wyspexowanych rzymskich paparazzi. Novák nie był w Rzymie szczególnie dobrze znany, z jednym ramieniem wyróżniał się jednak z grona gości. Ignorował oblegających go paparazzi z godnością, lecz bardzo powoli.
Weszli na górę po schodach. Novák wściekłym wzrokiem obrzucił monumentalną fasadę ze sztucznego marmuru.
— Mamy tu żywy dowód na to, że zasoby przeszłości są jednak ograniczone — burknął. — Z dwojga złego lepiej już naśladować Indianapolis, niż próbować przebić Mussoliniego na faszyzm, i to w tanich materiałach.
Maya za to, ku swemu zaskoczeniu, podziwiała budynek. Brakowało mu wprawdzie autentyczności kamiennego gruzu, właściwej dla wielu rzeczywistych rzymskich ruin, wydawał się jednak transcendentalnie wręcz funkcjonalny i miał ten nie narzucający się wdzięk, jaki cechuje, na przykład, dobrze zaprojektowane fotokopiarki.
Weszli do środka, wlogowali się i stwierdzili, że wpadli oto w towarzystwo trzystu osób przygotowujących się do uczty, otoczonych chmarą krabów.
Iluż było tu starych ludzi! Mayę uderzyła otaczająca ich aura, właściwa wielkim korporacjom, aura monumentalnej powagi, oraz to, że cały ów tonaż rozplotkowanych, doskonale wypielęgnowanych i wspaniale ustrojonych cielsk był o wiele starszy niż budynek, w którym się znajdowały.
Znalazła się w obliczu górnej warstwy Europy. Ludzie ci pobili czas i podporządkowali go sobie, a teraz sprawiali wrażenie takie, jakby dzięki swym jasnowidzącym, przykrytym spexami oczom mogli patrzeć przez skały. Weterani europejskiego świata mody wyciągnęli esencję z nuworyszowskiej krótkiej chwili chwały, zatrzymali ją i otoczyli się nią jak całunem. Byli wspaniali, niczym malowidła w grobowcach egipskich faraonów.
Novák nasunął spexy na oczy, po czym ruszył wprost ku swemu miejscu, prowadzony socjalną linią prowadzącą, rzuconą na soczewki. Wraz z Mayą znalazł miejsce przy małym okrągłym stoliku zastawionym srebrem, nakrytym kremowym lnem, otoczonym wyściełanymi stołkami.
— Dobry wieczór, Josefie — powiedział siedzący naprzeciw nich mężczyzna.
— Cześć, Daizaburo, stary przyjacielu. Dawno się nie widzieliśmy.
Daizaburo przyglądał się Mayi znad krawędzi swych wyrafinowanych spexów z beznamiętnym, chłodnym zainteresowaniem entomologa.
— Jest śliczna. Skąd do diabła wyciągnąłeś tę suknię?