Выбрать главу

— To pierwszy oryginał Viettiego, który fotografowałem — wyjaśnił Novák.

— Zdumiewa mnie, że ten szczególny Vietti jest jeszcze w aktach.

— Giancarlo być może wymazał go ze swoich. Moje mają wielką pojemność.

— Giancarlo był wówczas taki młody — powiedział Daizaburo. — Juvenilia doskonale służą twej przyjaciółeczce. Zamówiliśmy wodę. Chcecie wodę?

— Czemu nie? — odpowiedział Novák.

Daizaburo gestem przywołał kraba. Krab zaczął coś mówić po japońsku.

— Proszę po angielsku — przerwał mu Daizaburo.

— Proponuję antarktyczną wodę lodowcową — powiedział krab. — Głębinową, z pokładów pleistocenu. Całkowicie pozbawioną zanieczyszczeń, nienaruszoną od świtu ludzkości. Najczystszą.

— Cóż za urocza próżność — stwierdził Novák. — Cały Vietti.

— Mamy także wodę księżycową. Posiada bardzo interesujące właściwości izotopowe.

— Piłaś kiedyś wodę z księżyca, kochanie? — spytał Mayę Novák.

Maya potrząsnęła głową.

— Więc napijemy się wody księżycowej.

Inny krab pojawił się, niosąc zamkniętą próżniowo fiolkę. Otworzył ją i do kieliszków koniakowych wrzucił dwie eleganckie kostki parującego niebieskiego lodu.

— Woda to doskonała towarzyska przyjemność — powiedział Daizaburo, kiedy kraby oddaliły się, by obsłużyć innych gości. — Nie możemy dzielić brutalnego aktu konsumpcji płynu, ale z pewnością możemy dzielić nieopisaną przyjemność obserwacji roztapiającego się lodu.

Siedząca przy ich maleńkim stoliku kobieta pochyliła się. Mała, skurczona i niemal bezwłosa, miała na głowie ogromny czarny kapelusz. Jej pochodzenia nie sposób było określić.

— Przybyła na komecie z krańców wszechświata — wysepleniła energicznie. — Zamarzła sześć miliardów lat temu. Aż do tej chwili nie znała ciepła życia.

Novák podniósł kieliszek. Zakręcił wodę; jego poorana zmarszczkami chłopska twarz płonęła niecierpliwym oczekiwaniem.

— Zaskakuje mnie fakt, że na Księżycu pozostało wystarczająco wielu lunarian, by wydobywać lód — powiedział.

— Ocalało ich siedemnastu. Jaka szkoda, że wszyscy nienawidzą wszystkich. — Daizaburo wykrzywił wargi w krótkim, twardym uśmiechu.

— Kosmiczni wizjonerzy, kosmiczni buntownicy. — Novák uważnie powąchał zawartość kieliszka. — Biedacy, poznali egzystencjalne trudności życia pozbawionego tradycji.

Maya przyjrzała się ludziom siedzącym przy sąsiednich małych stolikach i nagle światło wiedzy zapłonęło jej w głowie, niczym lampa za przyciśnięciem włącznika. W myśli rozpoczęła katalogowanie kuracji. Wszyscy ci starzy ludzie, wszystkie te stare techniki. Usuwanie zmarszczek, środki na porost włosów, przeszczepy skóry. Filtracja krwi. Syntetyczna limfa. Czynniki rozrostu mięśni i nerwów. Przyspieszenie mejozy. Międzykomórkowa Enzymacja Antyutleniaczowa — odmładzający wywar czarownic: argininy, ornityny i cysteiny, kwasu glutaminowego i katalazy. Laminacja Jelitowych Villi (LJV). Poprawka Odczuwania Cyklu Dobowego (POCD). Augmentacja kości. Ceramiczna Protetyka Stawów. Przystosowane aminoguanidiny. Przystosowane dehydroepiandrosterony. Systematyka Przeprogramowanej Autoimmunologi (SPA). Czyszczenie Atherosklerotyczne Mikroorganizmami (CAM). Nueroglio-neuralna Defibrylizacja Rozproszeniowa (NNDR). Szerokozakresowe Kinetycznie Przyspieszenie Metaboliczne (SKPM). Wszystkie te techniki były stare. Dopiero późniejsze zabiegi nabrały rozmachu.

W sali rozległ się dźwięk gongu z brązu. Trzystu gości jednocześnie wstało od małych stolików, trzystu gości przeszło, przetoczyło się, przepełzło i zaangażowało w ogromną i wyjątkowo dobrze zorganizowaną grę w komórki do wynajęcia. Nie było w niej napięcia, nie było bałaganu. Kiedy gra się skończyła, każdy z gości znalazł się w intymnym towarzystwie nowych przyjaciół, jawnie okazując zachwyt ich spotkaniem. Krzątające się wokół roboty przyniosły wszystkim nowe sztućce. Podano zupę.

Nowi ludzie przy ich stole — Josef sprawiał wrażenie, że zna ich doskonale, być może jednak nadawali po prostu swe biografie przez spexy — mówili po niemiecku. Maya ustawiła tłumacza na czeski i angielski. Mogłaby oczywiście włożyć do niego diamentowe jajko z niemieckim, ale ostatnio, jeśli tylko poprawiała coś przy naszyjniku, z monotonną regularnością przestawał on działać i rugał ją za niedokonanie wpłaty.

Wstydziła się tu swego naszyjnika. Na odsłoniętym dekolcie tanie złoto i diamenty błyszczały niczym żyła radioaktywnych zanieczyszczeń na zboczu góry. Na niemiecki pozostała głucha, nie mówiła nic, lecz to, że nie udzielała się w konwersacji, nikogo nie obeszło w najmniejszym nawet stopniu. Była młoda, nie miała więc nic do powiedzenia.

Roboty zabrały zupę, dając tym samym sygnał do kolejnej skomplikowanej zmiany miejsc. Podano wizualnie perfekcyjne, całkowicie pozbawione smaku i wyjątkowo wręcz lekkostrawne cannelloni. Niektórzy goście jedli je, inni pokonali po ciężkiej walce. Kolejne przemieszczenie, i w nowym towarzystwie Maya i Josef zjedli cudownie ukształtowane oraz całkowicie pozbawione smaku maleńkie gnocchi. I znów ruch, tym razem po lśniące, pofałdowane trójkąty odwonnionej substancji, przypominającej nieco ser. I znów, po wydłużone, stożkowane dolce. Ucztę przygotowano z głębokim namysłem — żadne z dań nie stawiało poważniejszych wymagań zębom.

Następnie goście przenieśli się do mrocznej lecz wspaniałej sali teatralnej Kio. Tu i tam stały przy ścianach budki, bardzo śmiałe budki, wyglądające niemal tak, jakby coś w nich reklamowano. To naruszenie zasad służyło wyłącznie zareklamowaniu śmiałości Viettiego, haute couture nie wymaga bowiem prostych zabiegów handlowych. Prawdziwe haute couture, poszukiwanie doskonałości w stroju, wymaga głównie cierpliwości, a w dzisiejszych czasach śmietanka towarzyska dysponuje doprawdy niewyczerpanymi zasobami cierpliwości. Couture była grą o prestiż, wspomagające ją pieniądze pochodziły zaś w części od bogatych, przede wszystkim jednak z licencji na spexware, perfumy, środki kąpielowe, z prywatnych uzdrowisk i kosmetyków z dodatkami medycznymi. Był to arsenał własności intelektualnej projektanta, który tworzył nie tyle nowe kreacje, co nowy styl życia.

Tu przynajmniej, co szczęśliwsi goście, wyselekcjonowani z tłumu obolałego od ascetycznych stołków, znaleźli wygodne fotele. Towarzystwo natychmiast rozbiło się na rzędy konkurujących ze sobą subklas; walka szła o kolatorskie ławki najbliższe ołtarza. Przeróżni Indonezyjczycy, Japończycy oraz Amerykanie — politycy i finansiści, uważani za pawie nowej arystokracji — usiedli w pierwszym rzędzie, rozpaczliwie usiłując zaimponować sobie nawzajem. Za nimi znalazły się warstwy wydawców sieciowych, agentów wielkich magazynów, fotografów, aktorów i aktorek, milionerów powszednich i szklarniowych, a także hommes i femmes du monde.

Foteli nie wystarczyło dla wszystkich — było to przeoczenie zamierzone, o bardzo długiej tradycji. Novák zabrał Mayę za scenę; po drodze musieli przebić się przez ruchliwy tłum ludzi z towarzystwa, młodszych projektantów i pomniejszych sław.

Za sceną roiło się od europejskich bocianów, afrykańskich ptaków-sekretarzy i amerykańskich czapli. Wszystkie te długie i poważne, opierzone dwunogi czekały swej kolejki z imponującą skupioną godnością, zręcznie unikając zderzeń z rozpędzonymi ludźmi.

Legendarny projektant stał w tłumie zagadanych i wyjątkowo dobrze umotywowanych pracowników. Vietti miał na sobie ucieleśnienie swej własnej wizji o stroju roboczym: czarny, nieco kosmaty, posiadający mnóstwo kieszeni, obcisły kombinezon, do którego najlepiej pasowałby akwalung. Przebieg zdarzeń śledził za pomocą tęczowej pary zamocowanych na przegubach, drżących monitorów wachlarzowych.