— Josef, jak to milo, że przyjechałeś — powiedział po angielsku. Był mężczyzną wysokim, szerokim w ramionach, o kwadratowej szczęce; on jedyny nie poniżył się do tego stopnia, by na imprezę założyć spexy. Przeżył wiele lat, doświadczył wielu cierpień; lata i cierpienia obdarowały go nieco przerażającą i mocno naruszoną zębem czasu godnością, dzięki której przypominał rzymskie Colosseum, choć w rzeczywistości wcale nie był Rzymianinem, tylko Mediolańczykiem.
Zerknął na Mayę z tą samą roztargnioną przyjemnością, z jaką spoglądał na swe bociany. Nagle jego spłowiale, niebieskie oczy rozszerzyły się wyraźnie. Nieoczekiwanie ujawnił w uśmiechu rząd błyszczących ceramicznych zębów.
— Och, Josefie, jaka ona śliczna! Ty łotrze, doprawdy, nie powinieneś mi tego robić!
— A więc pamiętasz?
— Myślałeś, że zapomniałem swą pierwsza kolekcję? Byłoby to, jak zapomnieć pierwszy raz, kiedy znalazłeś się pod nożem. — Bardzo zaintrygowany, Vietti zerknął na Mayę. — Gdzie ją znalazłeś?
— To moja nowa uczennica.
Palcem w czarnej rękawiczce Vietti delikatnie przesunął po szczęce Mayi. Pociągnął raz za zwisające z peruki pasmo włosów, szybkim gestem poprawił ramiączko sukni. Roześmiał się z zachwytem.
Po jakichś dziesięciu sekundach serdecznego śmiechu, na jego policzkach pojawiły się czerwone plamy, spod kombinezonu rozległo się zaś dziwne gulgotanie. Vietti przyłożył dłoń do brzucha, skrzywił się i zaczął wiercić w kombinezonie, poprawiając pozycję ciała wiszącego na haczykach systemu podtrzymywania życia. Następnie spojrzał na jeden z ekranów wachlarzowych i na jego membranie naszkicował coś czubkiem palca wskazującego.
— Wypuścimy ją dziś na wybieg — powiedział. — Pokazy w Rzymie są zawsze tak strasznie chaotyczne. I, doprawdy, jest to bardzo śliczna rzecz.
— Nie wolno ci tego zrobić, Giancarlo. Ta suknia jest z plastyku, to tania kopia.
— Wiem, że ubrałeś ją tak, żeby sobie ze mnie zakpić. Teraz możemy to naprawić. Czy ona umie chodzić?
— Trochę.
— Jest bardzo młoda, wybaczą jej, jeśli nie umie chodzić. — Vietti spojrzał na Mayę z nadzieją. — Jak się nazywasz? — spytał.
— Maya.
— Mała Mayu, mam tutaj bardzo kompetentny personel. Pozwól, że oddam cię w jego ręce. Czy zdołasz przejść przed wszystkimi tymi ważnymi ludźmi? Są potwornie starzy, wszyscy mają te głupie spexy i o wiele za dużo pieniędzy. — Vietti puścił do niej oczko, żałosna pretensja koleżeństwa ponad potwornie głęboką przepaścią czasu.
— Jasne, że tak — odparła pewna siebie, szczęśliwa Maya.
Vietti spojrzał Novákowi prosto w oczy, spojrzeniem czystym i szczerym.
— Josefie, zrób dla mnie kilka zdjęć. Do mojego kącika na sieci.
— Och, nie mogę. Nie mam przy sobie odpowiedniego sprzętu.
— Josefie, w imię dawnych czasów. Możesz wziąć sprzęt Madrackiego, to pozer, to idiota i w ogóle jest mi winien przysługę.
— Wyszedłem z wprawy, jeśli chodzi o modę. Naprawdę, samo zdjęcie skorupki jajka, pajęczyny, wymaga dziś ode mnie tyle…
— Doprawdy, mnie nie musisz kokietować. Nie po tym, jak ją w to ubrałeś. Twarz ma straszną, to prawda, to makijaż dla małej dziewczynki, żywy kicz młodzieży, ale twarzą już my się zajmiemy. I ta okropna peruka… ale dziewczyna jest taka seksowna, Josefie! W latach dwudziestych wszyscy byli tacy seksowni. Nawet ja byłem wówczas seksowny. — Vietti westchnął nostalgicznie. — Pamiętasz, jaki byłem seksowny?
— Kiedy człowiek jest młody, nawet księżyc i gwiazdy wydają mu się seksowne.
— Och, ale w latach dwudziestych ludzie umierali tak młodo, że wszyscy byli wówczas seksowni, wszystko zawsze było takie seksowne. W latach dwudziestych nawet AIDS było seksowne. W tej kolekcji nie mam ani jednej seksownej rzeczy, twoja dziewczyna może być moją seksowną rzeczą na dziś, będzie fajna zabawa. — Vietti złożył ekrany wachlarzowe i klasnął w dłonie. — Barbaro! — krzyknął.
— Masz wielkie szczęście — szepnął Novák do Mayi. — On chce cię lubić. Nie rozczaruj nas.
— Nie zapłaci mi, prawda? — spytała Maya, również szeptem. — Zrobię to, ale pod warunkiem, że mi nie zapłaci.
— Już ja tego dopilnuję — zapewnił ją Novák. — Bądź dzielna.
Barbara była starszą asystentką Viettiego. Miała akcent wprost z londyńskiego West Endu oraz szeroką twarz i kręcone czarne włosy Hinduski z zachodnich Indii, a także malarską brzoskwiniowobiałą cerę prerafaelickiej dziewczyny, która zeszła wprost z obrazu. Była trzeźwa, skuteczna w działaniu oraz ubrana tak pięknie, jak dyplomata na topie.
Barbara miała osiemdziesiąt lat.
Zabrała Mayę do pracowni kosmetycznej, pełnej mężczyzn, modeli. Mniej więcej dziesięciu oszałamiająco przystojnych chłopców, wszyscy niekompletnie ubrani, siedziało przed oświetlonymi jaskrawym światłem wideolustrami, napinając i rozluźniając mięśnie dwugłowe, trójgłowe i czterogłowe, i metodycznie się upiększając.
— To Philippe, już on o ciebie zadba — powiedziała Barbara, sadzając Mayę w czerwonym fotelu z wysokim oparciem, przy którym stał wizażysta. Phillipe był niewysokim człowieczkiem o wąskich, zaciśniętych ustach i wybrylantynowanych jasnych włosach, wyposażonym w ogromne spexy. Wystarczyło mu jedno spojrzenie na nową klientkę by z przerażeniem wycharczał: „Och, nie!”, i posłał po pałeczki, krem oczyszczający, przylepne ręczniczki, zasilane szczotki, oraz postawił fryzjera w stan gotowości bojowej.
Dwaj siedzący najbliżej modele prowadzili towarzyską rozmowę.
— Widziałeś dziś Tomiego? Rozrósł się. Naprawdę się rozrósł.
— Wszystko przez wnuka. To znaczy, dziecko można jeszcze jakoś znieść, ale kiedy dziecko ma dziecko, to już nie wiem.
— A jak twój nowy dom, Brandonie?
— Na razie nieźle, ale nie powinniśmy wkopywać się tak głęboko na terenie sejsmicznym. Aż drżę ze strachu.
— No nie, teraz już się urządziliście, teraz możecie zamknąć się z Bobbym, ustawić hermetyczną zaporę przeciw zarazkom i żyć tam, głęboko, słodko i dyskretnie, doprawdy, aż zzieleniałem z zazdrości. — Model przyjrzał się sobie w lustrze. Na ekranie widział swą twarz bez przekształcenia prawo-lewo. — A powieki? Są w porządku?
— Znowu je przycinałeś?
— Nie, tym razem to coś nowego.
— Adrianie, twoje powieki nigdy nie wyglądały lepiej. Naprawdę.
— Dzięki. Mówiłem ci, że wstąpiłem do armii?
— Chyba żartujesz? — Brandon bez najmniejszego wysiłku złożył się w scyzoryk, opierając rozpostarte dłonie płasko na podłodze. Stanął na głowie, po czym metodycznie zaczął unosić się i opadać na rękach. Muskularne nogi, z wyprostowanymi stopami celującymi w górę jak przy skoku z trampoliny, wyglądały solidnie niczym odlane w brązie.
— Cóż — powiedział Adrian — moje kuracje idą w górę, a pomoc obywatelska, cóż, to banda cholernych kapusiów, prawda? Armia to co innego! Chodzi mi o to, że we współczesnym społeczeństwie musi być jakaś prawdziwa władza, serio mówię. Gdzieś, poza tymi wszystkimi cywilnymi dziwkami, muszą istnieć poważni faceci gotowi spisywać nazwiska i kopać w dupy. Capisci?
Brandon ze stójki wykonał bez wysiłku salto w tył. W lustrze obejrzał swój brzuch jak tarka, zmarszczył brwi i znalazł reaktywny gorset.