Выбрать главу

— Na ile się zaciągnąłeś? — spytał.

— Pięć lat.

— Żaden problem, pięć lat odbębnisz, stojąc na głowie. — Brandon poprawił gorset. Gorset zacisnął się na nim i zapiął z głośnym poświstem. — Przeszedłeś badania lekarskie i w ogóle?

— Jasne. Pokochali mnie od pierwszego wejrzenia. Zostałem zakwalifikowany do korpusu oficerskiego.

— Nie mieli pretensji do prostaty?

— Jakiej prostaty? Prostata jest wspaniała, prostatę mam jak nową, twardą i w ogóle. Na weekendy jeżdżę do bazy straży w Kairze. — Adrian przerwał nagle. — Philippe, co ty wyprawiasz z brwiami tej biednej dziewczynki?

— Wszystko przez ten pośpiech — poskarżył się Philippe.

— Przecież to strój z epoki! Powinieneś zrobić dziewczynce brwi z epoki, na lata dwudzieste. Nie możesz wydepilować jej na jakąś szaloną dziwkę, musi wyglądać niewinnie. — Poklepał Mayę po ramieniu, niczym ojciec dodający odwagi dziecku. — Do tej pory jakoś cię tu nie widziałem. Pierwszy raz pracujesz dla Giancarla?

— Tak, owszem. Pierwszy raz pracuję dla kogokolwiek.

— Och, Brandon, posłuchaj tylko, Amerykanka!

— Wy też jesteście Amerykanami?

— Jasne! — Adrian uśmiechnął się. — Europejczycy kochają typowych Amerykanów, szerokie ramiona, mięśnie jak sprężyny, głupi jak barany, ledwie umieją mówić, to czego tu nie kochać?

— I lubią nas szalenie męskich — dodał Brandon. — Za prawdziwą męskość płacą dobrze. Muszą. Utrzymanie prawdziwej męskości kosztuje fortunę. — Roześmiał się wesoło.

— Masz bardzo kwaśne pory, skarbie — oznajmił Philippe z wielką troską w głosie. — Kąpałaś się w pleśni?

— Tylko raz.

— A powinnaś. Naprawdę powinnaś kąpać się w pleśni. Mam łańcuch wzbogaconych aspergillusów, który w twoim przypadku mógłby dokonać cudów. Muszę teraz przesunąć ci linię włosów i zdepilować górną wargę. Będzie trochę bolało.

Pęsety trzaskały, szczotki warczały, kremy wsiąkały, pudry reagowały i układały się. Minęło pół godziny i wszyscy mężczyźni byli już ubrani bez zarzutu. Niektórzy z nich zaraz wychodzili na wybieg.

Philippe pokazał Mayi jej nową twarz.

Robiono jej przedtem wiele nowych twarzy, wszystkie rodzaje twarzy, dziesięciolecia twarzy. W większości przypadków były to zmiany wyłącznie kosmetyczne, przyjemne, ale w praktyce bez wartości. Niektóre były funkcjonalne, wysoce techniczne, prawdziwie odnawiające, po których twarz wydawała się odarta ze skóry, nie wykończona; twarz tego rodzaju domagała się wręcz, by pozostawiono ją samej sobie w ciepłym, ciemnym pokoju, żeby mogła dojść do siebie. Dzieło Philippe’a okazało się natomiast dziełem sztuczki. Twarz pozostała twarzą Mayi, była jednak spokojną, radosną, doskonałą twarzą Mayi. Podkręcone, delikatnie podbarwione rzęsy. Przyciemnione powieki. Brwi niczym skrzydła ptaka. Skóra zdolna zawstydzić atłas. Rozszerzone źrenice i białka oczu lśniące jak porcelana. Usta niczym płatki róż. Twarz skończona. Ludzka doskonałość.

Potem nałożono jej perukę i Maya opuściła regiony ludzkiej doskonałości dla innych, znacznie wyższych. Peruka była prawdziwie inteligentna. Peruka mogła zeskoczyć jej z głowy niczym naddźwiękowa ośmiornica, ostrymi mackami zdolna przebić gipsową ścianę. Peruka była jednak narzędziem wielkiego domu mody, nigdy więc nie uczyniłaby niczego aż tak nietaktownego. Była po prostu wstrząsająco piękną peruką, peruką w zrównoważonym, spokojnym, bardzo przekonującym kolorze kasztanowatym, z lekkim połyskiem. Peruką tak kosztowną, luksusową i doskonale zaprojektowaną jak limuzyna.

Peruka usadowiła się jej na głowie, obejmując ją w posiadanie i wywołując wrażenie znacznie bardziej przekonujące niż naturalne włosy. Objęła Mayi szyję i opadła na ramiona, zachowując się tak, jak naturalne włosy zachowują się wyłącznie w marzeniach.

Rozległ się dźwięk gongu. Pomieszczenie opuścili ostatni modele. Ich miejsce zajęły cztery modelki, poruszające się płynnie, wysokie, smukłe, ubrane całkowicie z wyjątkiem butów. Buty przysparzały wszystkim straszliwych kłopotów, gońcy biegali tam i z powrotem, przynosząc nowe pary, a odnosząc stare. Modelki, znudzone i cierpliwe, popijały nalewki, pociągały z inhalantów i zajadały małe białe paluszki jedzenia bezkalorycznego. Pogryzały i bawiły się swymi horse d’oeuvre; ich niesamowite ramiona poruszały się z doskonałym, aż nieprawdopodobnym wdziękiem, od malowanych talerzy do malowanych ust.

Modelki były starymi kobietami wyglądającymi tak, jak wyglądają współczesne stare kobiety w doskonałej formie, czyli jak bezcielesne atletki, jak te niedorosłe gimnastyczki, raz na zawsze całkowicie pozbawione dziecięcej witalności. Nie widać było po nich żadnych oznak normalnego procesu starzenia się, sprawiały tylko wrażenie nieco zbyt kruchych i zbyt napiętych. Wszystkie były też poważne i czarnookie, delikatne oraz wyjątkowo silne. Wyglądały, jakby w każdej chwili mogły skoczyć przez taflę szkła, nie burząc sobie fryzury.

Miały na sobie ubrania dekoracyjne, skrojone w kształcie kolumny, pozbawione bioder oraz biustu. Na widok tych strojów człowiek zdawał sobie sprawę, jak ubranie może być piękne, imponujące, nawet kobiece, a jednocześnie niemal całkowicie aseksualne. Suknie, doskonale skrojone i wykończone, sprawiały nieco kościelne, nieco bankierskie wrażenie i wyglądem przypominały kostiumy potężnych pałacowych eunuchów w Zakazanym Mieście Manchu. Niektóre z nich ukazywały skórę — mniej więcej taką, jaką pochwalić się może pływaczka, która przed chwilą pokonała kanał La Manche.

Podstawowym elementem dekoracyjnym były pióra. Nie delikatne, nie efektowne, lecz umieszczone pod linijkę, poważnie, zachodzące jedne na drugie, jak kółka kolczugi. W nadchodzącym sezonie wiosennym Giancarlo bardzo polegał na piórach. Właśnie drobiazgowo dokładne posługiwanie się piórami czyniło jego kreacje nieziemsko wręcz eleganckimi.

— Nie chodzi tylko o redukcję ryzyka — powiedziała po włosku siedząca najbliżej Mayi modelka. — Dają także zysk rzędu 6,5%.

— Nie jestem pewna, czy czasy są odpowiednie dla medycznych funduszy wspólnych — stwierdziła druga modelka. — A poza tym jestem katoliczką.

— Nikt nie twierdzi, że masz stosować zabiegi z listy zakazanych. Wystarczy w nie zainwestować — tłumaczyła cierpliwie pierwsza modelka. Była wspaniale, duchowo, nieskalanie piękna, wyglądała jak statystka w „Narodzinach Wenus” Boticellego. — Porozmawiaj kiedyś z którymś z watykańskich bankierów, kochanie. Potrafią być bardzo pomocni i takie sprawy załatwiają praktycznie od ręki.

Druga modelka spojrzała na Mayę, zaskoczona. Zerknęła na zegarek.

— Kiedy wychodzisz? — spytała.

Maya dotknęła naszyjnika, a potem ucha.

— Bardzo mi przykro, ale nie mówię po włosku — powiedziała.

— Twoje diamenty tak dokładnie odpowiadają poprzedniemu życiu. Kocham diamenty — stwierdziła druga modelka z sympatią, nieco niezdarną angielszczyzną. — Ale włosy… włosy nie są takie dobre. To bardzo inteligentne włosy, nie z lat dwudziestych.

— Jesteś bardzo seksowna — powiedziała uprzejmie pierwsza modelka.

— Molte grazie — podziękowała jej z wahaniem Maya.

— Powinno robić się więcej kreacji dla seksownych kobiet, jaka szkoda, że seksowne kobiety nie mają pieniędzy — stwierdziła pierwsza modelka. — Kiedy byłam młoda i seksowna, płacili mi tyle pieniędzy. Młodym dziewczynom jest teraz tak trudno, tak trudno sprzedawać kreacje seksy. To już zupełnie nie w porządku, ani trochę.

Pokaz nabierał tymczasem tempa, publiczność rozgrzewała się; Maya słyszała rozlegające się od czasu do czasu brawa. Przyniesiono jej kreację Viettiego, nadal ciepłą od urzeczowiacza. Pasowała co najmniej równie dobrze, jak pierwsza tania wersja, ta którą dał jej Novák, ale modyści Viettiego wcale nie uważali, że pasuje dobrze. Nagle Maya znalazła się, naga i drżąca, pod opieką dwóch mężczyzn i trzech kobiet o obojętnych spojrzeniach i sprawnych dłoniach. Cięli suknię ostrymi jak brzytwa ceramicznymi nożami i smarowali jej pokryte gęsią skórką ciało szybkoschnącym klejem. W błyskawicznym tempie wcisnęli ją, wijącą się i śliską, w suknię, na nogi zaś nałożyli jej szpilki o dwa numery za małe. Potem Mayę wypchnięto za drzwi, w tłum podenerwowanych asystentów. Czekała na swoją kolejkę, a przy niej uwijał się Philippe, dokonując ostatnich poprawek makijażu.