Выбрать главу

Kiedy nadeszła jej kolej, Maya wyszła zza kurtyny, idąc tak, jak ją nauczono. Oświetlające wybieg reflektory świeciły jasno niczym ustawione w podwójnych rzędach księżyce w pełni, ze znajdującej się za ich barierą widowni widziała więc wyłącznie lśniące spexy. oczy nocnych istot socjalnego bagna. Podkładem muzycznym był utwór pop z lat dwudziestych; Maya rozpoznała tę piosenkę, przypomniała sobie także, że sama kiedyś uważała ją za fajną. Teraz jednak staroć ten wydawał się jej zagubiony w świecie, prymitywny, niemal dziki. Podkład muzyczny do triumfalnego marszu żywych skamielin.

Ubrali ją na wspaniałą dziewczynę z lat 2020-tych. Taki żart, niewielki lecz niszczący wybuch, wysadzający w powietrze intelektualne rusztowanie jej osobowości. Okrutna prawda brzmiała bowiem tak, że w latach dwudziestych Maya rzeczywiście była młodą dziewczyną. Wprawdzie nie wspaniałą, zupełnie inną, niż sugerowała kreacja, nie podobną do niej dziś ani przez chwilę, na to zawsze zbyt była zajęta, zbyt zapracowana. Teraz, dzięki zaskakującemu stylistycznemu zwrotowi, pomściła samą siebie. Ucieszyło ją to natychmiast, lecz radość zmieszała się z nostalgią, tworząc w jej głowie baśniową jedność.

Białe światła laserów biły z aparatów fotograficznych na sali, nasilając się do oszałamiającego crescendo. Maya wręcz promieniała. Oszołomiła wszystkich. Przemykała przed ich przesłoniętymi maszynowo oczami jak nostalgiczny wir wspomnień. Była główną atrakcją, pięknością, wampem, femme fatale. Była utraconą miłością, poza zasięgiem śmiertelników, miłością, którą projektant ubrał na śmierć, na pogrzeb i na to, by zmartwychwstała i chodziła wśród śmiertelnych. Zmiażdżyła widzów swą skradzioną wspaniałością. Projektant ubrał ducha w mediolańską suknię i pozwolił duchowi podeptać czas.

Maya zmusiła obecnych, by ją kochali.

Przy końcu wybiegu wykonała piruet, lekko strzeliła obcasami, uśmiechnęła się szczęśliwa. Była tak wysoko nad nimi, otaczał ją księżycowy blask, a oni byli tacy mali, tacy cuchnący, tacy marni; nikt z nich nigdy nie zdoła jej dotknąć. Szła przez czas, który wydawał się nieskończony. Zdążyła zapomnieć, jak się oddycha. Czuła ucisk w całym ciele i była wręcz nieprzytomna ze zdenerwowania. Biały żuraw wyskoczył na wybieg, natychmiast zorientował się, że postąpił pochopnie i wskoczył w tłum, lądując w nim chudymi długimi nogami, wymachując jednocześnie białymi skrzydłami, Maya zatrzymała się na chwilę przed kurtyną, po czym obróciła się i posiała tłumowi całusa. W odpowiedzi flesze rozbłysły jak błyskawice szalejącej burzy.

Po wejściu za kurtynę Maya zaczęła się strasznie trząść. Znalazła wolny stołek w kącie i usiadła na nim, walcząc o oddech. Tłum nadal bił jej brawo. Nagle muzyka zmieniła się i obok Mayi przemknęła kolejna modelka niczym anioł na rolkach.

Przy jej boku nagle pojawił się roześmiany Novák.

— Dzielna dziewczyna — powiedział. — Nie dasz się rzucić na deski, prawda?

— Nie skompromitowałam się?

— Więcej! O wiele więcej! Sprawiałaś wrażenie takiej radosnej, takiej przewrotnej, jak małe rozpieszczone dziecko. Doskonale to do ciebie pasowało. Takie było właściwe!

— Giancarlo będzie ze mnie zadowolony?

— Nie mam pojęcia. Pewnie myśli, że jesteś brzydką dziewczynką, że mocno przesadziłaś. Ale nie martw się, dzięki tobie nikt nie uzna tego wieczora za zmarnowany. — Novák zachichotał. Maya nigdy przedtem nie widziała go zadowolonego. Wyglądał jak ktoś, komu udało się wykonać trudny karambol w bilardzie za pomocą gumowego kija. — Giancarlo zmieni zdanie, kiedy usłyszy, co o tobie mówią. Pod tym względem jest bardzo cwany. Nigdy nie ocenia, póki nie zorientuje się, jak jakieś wydarzenie odebrała jego publiczność.

Z wyżyn radości, odczuwanej na wybiegu, Maya spadła ciężko w rzeczywisty świat, płaski nagle, zmordowany, zwykły i codzienny.

— Zrobiłam, co mogłam — powiedziała.

— Ależ oczywiście, kochanie, ależ oczywiście — pocieszył ją Novák. — Nie płacz, kochanie, już wszystko dobrze. Sprawiłaś nam wielką przyjemność, to było takie inne. Wynajmuje się zawodowców, bo umieją chodzić właściwie, ty zaś byłaś bardzo prawdziwa, tego nie da się kupić. — Josef wziął ją pod ramię, zaprowadził do automatu z wodą, zręcznie napełnił kubek czystą, destylowaną i podał go jej swą jedyną ręką. — Jakież to niezwykle — powiedział, jakby do siebie. — Nie potrafisz pokazać kreacji, oczywiście, bo jesteś młoda, zaledwie początkująca, ale wyglądasz wspaniale. Kiedy tak na ciebie patrzyłem, oglądałem archiwalne wideo. Widziałem Jankeskę z lat dwudziestych w za ciasnych butach, tak uroczo dumną ze swej prześlicznej sukni. Co za déjä vu, co za mono no aware. Było to wręcz niesamowite.

Maya wytarła oczy i spróbowała się uśmiechnąć.

— Och, jestem taka niedobra, zrujnowałam oczy, które Philippe zrobił mi z takim nakładem pracy.

— Nie, nie, nie masz się czym martwić. — Novák z namysłem podrapał się po brodzie. — Maya, zorganizujemy prawdziwą sesję zdjęciową. Ty i ja. Możemy zatrudnić Philippe’a, możemy wystawić za niego rachunek. Kiedy pracuje się dla Giancarla, dobrze jest mieć kogoś dobrego i drogiego, za którego można wystawić rachunek…

— Powinnam pójść i podziękować Giancarlowi, prawda? Naprawdę, wyświadczył mi przysługę, wypuszczając mnie na wybieg. No, bo w porównaniu z zawodowcami… zachowywali się tak uprzejmie, wcale nie byli zazdrośni…

— To weterani. Jesteś o wiele za młoda, by ci zazdrościli. Możesz podziękować swemu przyjacielowi, Ginacarlowi, na sieci. Lepiej, żebyśmy już stąd uciekali. — Novák uśmiechnął się. — Pobiłaś ich, kochanie, pobiłaś ich jak stare chore psy! A teraz idziemy. Zawsze lepiej jest ich zostawić, kiedy czekają na bis.

— Muszę się jeszcze ubrać.

— Zostań w sukni. Możesz ją zatrzymać. Spieszyli się, więc z pewnością ją zrujnowali.

— No to przynajmniej zwrócę tę niesamowitą perukę.

— Nie zwracaj, zabierzemy ją ze sobą. W ten sposób będziemy mieli pewność, że się do nas odezwą.

Maya zdołała jednak zwrócić uwierające ją pantofle. Kiedy wyszła z garderoby, zobaczyła stojącego na korytarzu Nováka wymachującego ręką w powietrzu; wyglądał, jakby walczył ze stadem niewidzialnych muszek. Nie, nie postradał zmysłów, tylko używał menu spexa. Wzywał taksówkę.

Przeprowadził ją sprawnie za scenę, lawirując między grupkami przypadkowych kibiców Mayi. Zawodowcy wyrażali zadowolenie z niej na swój charakterystyczny, sztywny i przerażający sposób, niektórzy jednak wydawali się nawet rozbawieni. Z amfiteatru stary Czech i Maya wymknęli się tylnym wyjściem. Na dworzu było zimno, tak zimno, że oddech zmieniał się w parę. Pot na nagiej szyi i ramionach Mayi zniknął w głębinach rzymskiej nocy.