Выбрать главу

— Och!

Novák przyglądał się uważnie swemu rozpostartemu na łóżku cyfrowemu sprzętowi do wykrzywiania toru fotonów, ciągnąc się jednocześnie za kartoflowaty koniec wielkiego, starczego, miękkiego nosa.

— Zdjęcia haute couture to nie martwa natura — powiedział w końcu. — Potrzeba nam zespołu. Takich zdjęć się nie robi, je się tworzy. Specjalista od kreacji, scenograf, przyzwoita obsługa studia, oni wszyscy mają nieocenioną wartość w przypadku rekwizytów. Wynajdywanie wnętrz… fryzjer, z całą pewnością kosmetyczka…

— Jak zdobędziemy tych wszystkich ludzi?

— Wynajmiemy ich. W końcu rachunek przesyłamy Giancarlowi. To dobra wiadomość. Zła wiadomość jest taka, że w Rzymie nie mam dobrych kontaktów. No i oczywiście, zmiażdżony przez niepowodzenia w interesach, nie mam także kapitału.

Maya przyjrzała mu się z namysłem. Głęboko, na poziomie wręcz komórkowym, czuła pewność, że Novák dysponuje sporymi pieniędzmi, ale wydobycie ich od niego byłoby, jak wytoczenie mu dziesięciu litrów krwi.

— Wydaje mi się, że dysponuję niewielką sumą — powiedziała z wahaniem.

— Doprawdy? Co za podniecająca informacja, kochanie.

— Dysponuję kontaktem w Bolonii, który mógłby nam pomóc. Ona ma mnóstwo przyjaciół pracujących w wirtualności i sztuczkach.

— Młodzi ludzie? Amatorzy?

— Tak, Josefie, młodzi ludzie. Wiesz, co to znaczy, prawda? To znaczy, że będą dla nas pracowali za darmo, a my możemy wystawiać rachunki jakie się nam podoba.

— Cóż… — przyznał z namysłem Novák — …oczywiście, amatorzy to tylko amatorzy, ale zapytać nie szkodzi.

— Mogę zapytać. Jestem całkiem pewna, że zapytać mogę. Jednak, nim zapytam, muszę dysponować odpowiednim do zapytania sprzętem. Znasz tu może jakiś przyzwoity, dyskretny netsite, który pracuje na starych protokołach?

Ten problem nie stanowił dla Josefa Nováka żadnego wyzwania.

— Villa Curonia — powiedział od razu. — Oczywiście, stara, przewrotna Villa Curonia. Co za wspaniała atmosfera na zdjęcia w terenie!

* * *

Villa Curonia była niegdyś prywatną rzymską rezydencją Monteverde Nuovo. Zza ceglanego muru zwieńczonego szkłem wychylały się niedyskretne, zielone, postrzępione korony palm. Pewna eskcentryczność fasady sugerowała, że budowniczym willi był palący opium esteta w stylu D’Annunzia z arystokratycznymi związkami z najwyższymi i najbardziej ciemnymi kolami Kurii z początku XX wieku.

Willa zbudowana została wokół wewnętrznego dziedzińca z krużgankiem z połączonych ciężkimi łukami kolumn. Na dziedzińcu znajdowała się wyschła fontanna oraz posąg Hermesa na piedestale, doskonale nadający się na miejsce nocnych spotkań złodziei. Dwupiętrowe wschodnie skrzydło przypominało gazę do wyciskania sera, której nićmi były kable zasilające i światłowody, a treścią porysowane parkiety, ciche korytarze o ścianach w kolorze kości słoniowej i potwornie wielkie, stare zestawy do wirtualności, przycupnięte niczym żaby za zamkniętymi drzwiami do pokoików służby. Dwaj komicznie złowieszczy bracia nazwiskiem Khornak zarządzali willą w imieniu, jeden tylko Bóg wie jakiej, grupki tajemniczych buntowników przeciw ładowi i porządkowi. Pod ich auspicjami stary budynek nabrał atmosfery luksusowego komputerowego burdelu. Pokoiki na godziny wyłącznie dla spotkań kochanków z kochanymi przez nich maszynami.

Novák był pracowity i systematyczny, Maya pracowita i niemal szalona. Benedetta okazała się bardzo pomocna. Benedetta była niezmordowana pod warunkiem, że wykonywana przez nią praca miała jakiś związek z jej własnymi ambicjami.

Około trzeciej po południu dołączyła do nich Brett, która przyjechała na miejsce wynajętym rowerem. Maya przeprowadziła ją obok strzegącej wejścia budki strażniczej, pod płonącym niechęcią wzrokiem braci Khornak.

— Jakie to wspaniałe, jakie wyrafinowane miejsce — zachwyciła się Brett. — Jak to ładnie z twojej strony, te mnie tu zaprosiłaś.

— Możesz przestać mnie czarować, kiedy tylko zechcesz — odparła Maya. — Powiedz mi jedno, powiedz mi, jak dotarłaś do Rzymu?

— Naprawdę chcesz wiedzieć? Dobrze, najpierw byłam w Stuttgarcie, ale czynsze są tam tak wysokie, a ludzie tak snobistyczni i zainteresowani wyłącznie sobą, że zabrałam się za włóczęgę, no i… wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, prawda? Nikogo nie interesowało, jakie ubrania potrafię robić, więc popytałam tu i tam, dostałam tę akordową robotę ze spexem dla sieciowego szmatławca, włóczyłam się przy imprezach i pod kawiarniami, i czasami miałam szczęście spotkać kogoś, kto się liczy.

— Mniej więcej tak to sobie wyobrażałam. Znasz pewnie mnóstwo sklepów w okolicy, takich z używanymi rzeczami?

— Masz na myśli ciuchy? Jasne. Jesteśmy w Rzymie, mają ich tu od cholery. Via del Corso, Via Condotti, za gotówkę wszystko dostaniesz na Trastevere…

— Josef jest na górze, przegląda swe praskie archiwum. Ma zamiar urzeczowić mi trochę kreacji ze swojego archiwum, kreacji z lat dwudziestych. One właśnie będą naszym tematem. Znasz styl tego okresu?

— Jasne. Znam… powiedzmy, że znam. Przede wszystkim wojskowe koszule, romantyczna biel z lateksem, tiule i mnóstwo wykończeń wstążką optyczną.

Maya zastanawiała się przez chwilę. Wojskowe koszule brzmiały prawdopodobnie, ale nie pamiętała, by w życiu miała na sobie choćby centymetr wstążki optycznej.

— Brett — powiedziała w końcu — do sesji będzie nam potrzeba rekwizytów. Wielu rekwizytów, takich, które mogłyby zainspirować Josefa. Nie pracował w tej dziedzinie od bardzo długiego czasu, więc potrzebujemy czegoś chwytającego atmosferę tamtej epoki, czegoś… czegoś jak „Szklany Labirynt”, czegoś jak wczesny Novák. Zawsze bardzo poruszała go wewnętrzna poezja rzeczy… to szczególne poetyckie napięcie, które niektóre przedmioty… hmmm… posiadają. Masz jakieś pojęcie, o czym mówię?

— Chyba tak.

Maya wręczyła jej kartę gotówkową na pokaźną sumę. Brett sprawdziła pasek rejestracyjny i oczy się jej rozszerzyły.

— Stare karty do gry — mówiła dalej Maya. — Półksiężyce. Damskie rękawiczki. Kolorowa wełna. Siatki. Egzotyczne dwudziestowieczne instrumenty naukowe. Nie używane już protezy. Drewno. Pryzmaty. Kompasy. Laski z mosiężnymi gałkami. Wyliniałe wypchane zwierzęta z tymi przerażającymi szklanymi oczami, no wiesz, łasice, norki albo te, zaraz, gronostaje. Popsute nakręcane zabawki. Wiesz, co to był adapter? Nie? Dobrze, dajmy spokój adapterom. Łapiesz ogólną ideę novákowszczyzny?

Brett niepewnie skinęła głową.

— Doskonale. Bierz pieniądze, które ci właśnie dałam, leć do sklepów ze starzyzną, mów właścicielom, że jesteś moją stylistką. Pracujesz przy sesji zdjęciowej, którą robię dla Giancarlo Viettiego. Spróbuj wypożyczyć co tylko się da, wynająć, czego nie da się wypożyczyć, nie kupuj niczego, czego nie chciałabyś zatrzymać dla siebie. Spieszymy się, więc zatrudnij swoich żywych przyjaciół, którzy mogą ci w jakiś sposób pomóc. Wszystko, co znajdziesz, przywieź tu, do willi. Podróżuj jak najszybciej, daj sobie spokój z rowerem, bierz taksówki. Jeśli wpadniesz w kłopoty, zadzwoń do mnie. Najważniejszy jest czas, pieniądze w zasadzie nie grają roli. Wszystko zrozumiałaś? Tak? No to do roboty!

Brett stała jak wmurowana w ziemię, szybko mrugając oczami.

— Na co jeszcze czekasz?