— Nie, na nic. Tylko, że to takie podniecające. Taka jestem szczęśliwa, że pracuję dla ciebie.
— Doskonale, ale pracuj szybciej.
Brett oprzytomniała i odeszła. Pierwsze urzeczowienia Josefa dotarły na miejsce, przywiezione przez kuriera. Były to w zasadzie kostiumy, wygoda i trwałość nie grały przecież najmniejszej nawet roli. Potrzebowali po prostu rekwizytów na użytek fotonów.
W latach dwudziestych, wszyscy mieli jeszcze hopla na punkcie naturalnych materiałów, w tych strojach nie było jednak naturalnych materiałów, lecz wyłącznie mikroskopijne sploty, węzły i maleńkie gniazdeczka prasowanego plastyku. Nie przepuszczały powietrza, poruszone szeleściły głośno, ale wyglądały wręcz anielsko. Kiedy się je przypięło albo wetknęło na miejsce, pozostawały na miejscu, śmiejąc się głośno z siły grawitacji.
— Wygląda na to, że dobrze wydaliśmy pieniądze — stwierdziła Maya.
— Bracia Khornak okradają nas w biały dzień — jęknął Novák. — Szesnaście procent od dokonanych transakcji. Uwierzyłabyś w to?
Maya zdjęła pomarańczową suknię z peleryną, leżącą na wierzchu kupki ubrań i przyłożyła do ciała.
— To żaden problem, jeśli tylko zachowają dyskrecję — powiedziała.
— Mayu, nim zaczniemy, wyjaśnij mi jedno. Dlaczego wszystko to finansuje nie istniejąca już firma produkcyjna należąca do zmarłego hollywoodzkiego reżysera filmowego?
— Rzeczywiście? — Maya przyglądała się wzorzystym rękawom. — Przecież miała nas finansować organizacja studencka politechniki bolońskiej?
— Te dziecinne sztuczki zmylą może bardzo niecierpliwego inspektora podatkowego, ale z pewnością nie mnie. I nie zmylą mnie twoje niezdarne uniki.
Maya westchnęła.
— Josefie, tak się złożyło, że mam trochę dorosłych pieniędzy. Dał mi je pewien dorosły, ale, tak między nami, nie powinien był tego robić. Z pieniędzy tych nie mogę oficjalnie korzystać, więc muszę się ich szybko pozbyć. Ta willa doskonale się do tego nadaje, prawda? To netsite podtrzymujący czarny rynek. Jesteśmy w Rzymie, bardzo starym i bardzo zepsutym mieście. I pracujemy w modzie, tu ludzie zawsze wydają mnóstwo pieniędzy z niemądrych powodów. Jeśli nie uda mi się uprać moich pieniędzy w tych okolicznościach, już nigdy nie uda mi się ich uprać.
— To bardzo ryzykowne.
— Żyję ryzykiem. Dajmy spokój głupim pieniądzom. Pokaż mi, czym jest piękno.
Novák westchnął.
— Niestety, nie zajmujemy się pięknem, kochanie — powiedział. — Bardzo mi przykro, ale zajmujemy się wyłącznie modą.
— Doskonale, więc może zgodzimy się na szyk. Bardzo się spieszę, Josefie. Pragnę tylu rzeczy i muszę je mieć już, zaraz.
Novák przytaknął powolnym skinieniem głowy.
— Oczywiście — powiedział. — Sam wyczułem w tobie coś takiego. W tym właśnie leży twój czar, kochanie… to jest to, to jesteś ty, a to jest ta jedna jedyna właściwa chwila.
Wpół do czwartej pojawił się Philippe, by zrobić jej twarz. Philippe przywiózł ze sobą prezent, profesjonalną perukę z Emporio Vietti. Peruka ta chlubiła się między innymi wbudowanym tłumaczem, znającym czterdzieści osiem najważniejszych języków świata, połączonym z prawym uchem noszącej ją modelki przezroczystym kablem. Zdaniem Nováka był to „cały Vietti”, tak znacząco zignorować fakt, że porwali poprzednią perukę, a potem zdublować stawkę, przesyłając nową, znacznie lepszą.
Peruka została fabrycznie zaprogramowana na zestaw trzech fryzur z lat dwudziestych; w ten taktowny sposób Vietti wepchnął się im w sesję. Odesłać tak piękny — i tak praktyczny — prezent dowodziłoby prostactwa, Nováka zdenerwował jednak ten prztyczek patrona z dawnych lat. Irytacja wzmogła jego zdolności artystyczne.
— Chcę od ciebie tego, kochanie — burknął. — Pozwól, że opowiem ci, co się będzie działo dziś wieczorem. Urok nieprawdopodobieństwa jest w istocie paradoksem oksymoronu. Pamiętasz, jakie było życie w latach dwudziestych? Nie, oczywiście że nie pamiętasz, nie możesz pamiętać, ale musisz udawać, że pamiętasz, tylko dla mnie… Kiedy Giancarlo i ja byliśmy młodzi, wszystko wydawało się nam możliwe. Teraz mamy lata dziewięćdziesiąte i wszystko rzeczywiście jest możliwe, ale młodym ludziom nie daje się szansy, by zrobili coś z tymi możliwościami. Rozumiesz, o czym mówię?
Maya skinęła głową, utrzymując kamienną twarz. Musiała uważać, nie chciała zniszczyć makijażu.
— Tak, Josefie, rozumiem — powiedziała. — Rozumiem cię doskonale.
— Nieprawdopodobieństwo to piękno macchiato, kochanie, piękno odrobinę kalekie, obciążone winą, obciążone potwornością. Tak naprawdę Vietti zobaczył w tobie właśnie to i dlatego właśnie powiedział, że widzi w tobie coś uroczego. Widzisz, kochanie, pragnąc uczynić ten świat jak najbezpieczniejszym dla jak najstarszych, zmieniliśmy życie młodych w sposób, który uznać można wyłącznie za potworny.
— Chyba nie jesteś obiektywny, Josefie. To bardzo gorzkie słowa.
— Nie przerywaj mi. Vietti nie mógł uznać tej prawdy, bo uznając ją, stałby się wspólnikiem. Dlatego był taki zaintrygowany. — Novák gestykulował gwałtownie swą jedyną ręką. — Dziś wieczorem staniesz się dawno umarłą młodością gerontokracji w niebezpiecznym związku z dzisiejszą zniszczoną młodością. Nieprawdopodobny tajny związek, senne w swej istocie przekroczenie naturalnych praw, coś, co gra na uczuciach, na nostalgii, zawiera jednak w sobie odrobinę niebezpieczeństwa, odrobinę perwersji. Mam zamiar rzucić to w twarz starcom. Starcy nie dostrzegą oczywiście wszystkiego, nie mogą sobie pozwolić na to, żeby dostrzec całą prawdę, ale to, co dostrzegą, mają pokochać.
Zabrali się do pracy. Maya w eleganckiej czerni ukryta za na pól martwą starą maszyną wirtualną. Maya, podająca wypchaną łasicę i wypchaną kopertę ponuremu, półnagiemu chłopcu — posłańcowi (granemu przez jednego z rzymskich przyjaciół Brett). Maya w starych goglach virua, przypominających karnawałową maseczkę, oferująca pierścień do ucałowania jednemu z potężnych, zatrudnianych przez Khornaków strażników (oszołomiony wspaniałością dziejących się wokół niego wydarzeń, strażnik wypadł w tej roli szczególnie dobrze). Paląca papierosa Maya, odrzucająca z pogardą narkotyczne igiełki. Pogrążona w marzeniach Maya oświetlona blaskiem świec, mająca na nogach szpilki, przykucnięta nad domkiem z kart zrobionym jednak nie z kart lecz rzymskich biletów autobusowych.
W willi pojawiło się najpierw kilkoro, później kilkanaścioro, wreszcie kilkadziesiąt dzieciaków. Novák wykorzystał ich w tym ujęciu. Pozbawieni twarzy czołgali się jej u stóp, ich tanie, żywe stroje wyglądały w cieniach niemal groteskowo.
Kiedy Maya zobaczyła nieopracowane zdjęcia na ekranie notebooka Nováka, poczuła się jednocześnie zachwycona i wstrząśnięta. Zachwycona, ponieważ uczynił ją tak piękną. Wstrząśnięta, ponieważ fantazje Nováka obnażały świat. Uczynił z niej widmowy atawizm, podziemną królową zakazanej mody, rządzącą tłumem półpotwornych dzieci. Wspaniałość Nováka była kłamstwem, które mówiło prawdę.
O wpół do drugiej w nocy Novák pojechał taksówką do hotelu. Ten stary człowiek od wieków nie dał z siebie aż tyle. Cały aż drżał ze zmęczenia; reakcja, którą okazać mógł wyłącznie człowiek mający przeszło sto dwadzieścia lat.
Kiedy odjechał, bracia Khornak, których żywe dzieciaki doprowadzały powoli do szału, wyrzucili wszystkich wraz z rekwizytami i sprzętem. Dzieciaki się tym nie przejęły; wśród wesołych „do widzenia” odjechały na brzęczących rowerach, albo pakując się do taksówki po dziesięcioro. Kiedy Maya i Brett zabrały się za remanent rekwizytów, stwierdziły, że statyści zabrali kilkanaście drobnych, lecz cennych przedmiotów. Po dokonaniu tego odkrycia Brett popłakała się.