Выбрать главу

— Jakie to typowe — chlipnęła. — Doprawdy, dla odmiany daje się ludziom szansę, prawdziwą szansę, a co oni robią? Po prostu walą cię w pysk.

— Chcieli mieć coś na pamiątkę, Brett. Oferowali nam swój czas, a my nie zapłaciliśmy im ani grosza, więc te parę drobiazgów wcale mnie nie martwi. Wypchana łasica nie może przecież kosztować fortuny.

— Ale obiecałam ludziom ze sklepu, że wszystkim się zajmę, zaopiekuję. I dopuściłam te dzieciaki do czegoś doprawdy wyjątkowego, a one mnie okradły! — Brett potrząsnęła głową. Chlipnęła. — One po prostu nie rozumieją, Mayu. Te rzymskie dzieciaki, one nie są jak my. Nic nie robią, nawet nie próbują, po prostu siedzą na Schodach Hiszpańskich, popijają frappé i czytają. Bogowie w niebiosach, te rzymskie dzieciaki czytają! Jak im się da jakąś grubą papierową książkę, to siadają i zaprawiają się nią całe godziny!

— Młodzi Rzymianie czytają? — Maya zachęciła ją do zwierzeń, jednocześnie sortując buty. — Jejku jej, jakie to klasyczne!

— To okropne, to straszny nałóg! Wirtualność jest przynajmniej interaktywna! Nawet przy telewizji używa się centrów wizualnego odbioru informacji i procesuje dialogi docierające przez uszy. Czytanie jest naprawdę szkodliwe, niszczy oczy, wykrzywia kręgosłup, powoduje tycie!

— Nie sądzisz, że czytanie może być czasami użyteczne?

— Jasne, oni wszyscy tak mówią. Niektórzy z facetów piją nalewki leksyczne, czytają z tysiąc słów na minutę! Ale przecież oni nic nie robią, tylko czytają o tym, co zrobili inni. To jak choroba!

Maya wyprostowała się niechętnie. Stanie, przymierzanie i cała reszta zajęć podczas sesji spowodowały ból nóg i spuchnięcie stóp. Nie podejrzewała nawet, jak męczące fizycznie może być przybieranie póz przed obiektywem.

— No — powiedziała — za późno już, by teraz zacząć zwracać rekwizyty. Znasz może jakieś bezpieczne miejsce, gdzie można by przechować je do jutra? Gdzie mieszkasz?

— Nie sądzę, by tam gdzie mieszkam były bezpieczne.

— A co to, drzewo czy coś?

Brett, urażona, zmarszczyła brwi.

— Nie! Po prostu nie sądzę, by moje mieszkanie było odpowiednie.

— Ale przecież nie mogę ściągnąć tego wszystkiego do drogiego hotelu, w którym mieszkam. Pies odźwierny z całą pewnością nie wpuści mnie do środka. — Maya potrząsnęła głową, rozrzucając loki. Pokochała nową ciemną perukę. Nowa ciemna peruka była nieskończenie wręcz lepsza od naturalnych włosów. — Gdzie mogłybyśmy zostać na noc, nie rozstając się z szafą rekwizytów?

— Cóż, znam doskonałe miejsce — przyznała Brett — ale pewnie nie powinnam cię tam zabierać.

* * *

O trzeciej nad ranem przyjaciele Brett nie spali jeszcze, należeli oni bowiem do ludzi ceniących nalewki nad życie. Było ich sześcioro, a mieszkali w wilgotnej piwnicy na Trastevere, wyglądającej tak, jakby udzielała schronienia trzydziestu kolejnym pokoleniom narkomanów.

Narkomani lat 2090-tych dysponowali prawdziwym labiryntem nowych, dogodnych autostrad do sztucznego raju. Ugoda nie zgadzała się oczywiście na istnienie jakiegokolwiek konwencjonalnego rynku nielegalnych środków odurzających, każdy jednak dysponujący odpowiednio podrasowanym zestawem do nalewek oraz zespołem odpowiednich receptur biochemicznych był w stanie przygotować dowolny środek w ilości wystarczającej do zabicia samego siebie oraz dowolnej liczby zgromadzonych na herbatce przyjaciół. Ugoda zdawała sobie sprawę z tego, że wytwarzania i posiadania narkotyków nie da się zlikwidować środkami policyjnymi, ograniczała się więc do odmowy świadczenia usług medycznych ludziom, którzy sami sobie niszczyli zdrowie.

Ta sytuacja, jak każda nietypowa sytuacja w ugodzie, rozpracowana została w najdrobniejszych szczegółach. Prymitywne związki, zdolne zatrzymać serce lub uszkodzić wątrobę, z całą pewnością skracały spodziewany okres życia, więc za ich użycie groziły poważne sankcje medyczne. Środki, które zakłócały procesy poznawcze w niewielkich, mikrogramowych dawkach, niemal nie wpływały na procesy metaboliczne, je więc tolerowano. Ugoda była kompleksem przemysłowo-medycznym, społeczeństwem nasyconym środkami medycznymi. Nie widziała sensu w prymitywnych mitach o egzystencji naturalnej, wolnej od narkotyków. Neurochemiczna walka ze starczym zdziecinnieniem umieściła poważną część wyborców w świecie permanentnie odmiennych stanów świadomości.

Maya — a raczej Mia — spotykała już wcześniej narkomanów. Zawsze zaskakiwało ją to, jak uprzejmymi są ludźmi. Narkomanów cechowała wewnętrzna, istniejąca w kompletnym oderwaniu od rzeczywistego świata łagodność, wynikająca z całkowitej obojętności w stosunku do konwencjonalnych potrzeb i ambicji. Każdy spotkany przez nią narkoman, z grzecznym entuzjazmem skłonny był wprowadzić każdego napotkanego człowieka w kiczowaty transcendentalizm stylu życia narkomanów. Narkomani dzielili się wszystkim: strzykawkami, pigułkami, łóżkami, widelcami, grzebieniami, szczoteczkami do zębów, jedzeniem, no i, oczywiście, narkotykami. Narkomani tworzyli luźną siatkę o światowym zasięgu, międzynarodową masonerię.

Ponieważ dysponowali niemal nieograniczonymi zasobami każdego narkotyku, który udało się im wysmażyć, współcześni narkomani nie bywali gwałtowni. Nie bywali również doszczętnie zniszczeni. Niemniej jednak, wszyscy mieli lepiej lub gorzej rozwinięty instynkt samobójczy.

Wielu narkomanów z zaskakującą, poetyczną elokwencją opowiadało o rozkoszach cielesnej chemii. Najbardziej intelektualni i wykształceni byli ci najwyraźniej rozpadający się na kawałki. Narkomani byli we współczesnym społeczeństwie jedynymi chyba ludźmi, którzy wyglądali na chorych. Narkomani mieli na skórze jątrzące się rany, narkomani mieli matowe, rzadkie włosy, narkomani chorowali na żołądek, narkomani mieli pchły, wszy, a czasami nawet ich ginący gatunek — wszy łonowe. Narkomani drapali się w rozpalone swędzące stopy zaatakowane grzybicą, narkomanom ciekło z nosa. Narkomani kaszlali, czochrali się i patrzyli na świat tępymi, podkrążonymi oczami. Na świecie żyły miliony ludzi starych i cierpiących, tylko narkomani jednak upadli tak nisko — na poziom dwudziestowiecznej higieny osobistej.

Narkomani — mężczyzna i dwie kobiety — przywitali ich bardzo uprzejmie. W piwnicy znajdowało się także dwóch innych mężczyzn, ci jednak, radośnie nieprzytomni, leżeli spokojnie w hamakach. Narkomani z nieograniczoną tolerancją odnieśli się do góry rekwizytów; szczególnie wzruszające okazało się to, że z wielkim wysiłkiem woli zmusili się do poszukiwań i jakimś cudem znaleźli nawet wytarty koc, którym można było przykryć przywiezione rzeczy. Potem narkoman, mężczyzna, powrócił do przerwanej działalności, którą było głośne odczytywanie włoskiego przekładu „Tybetańskiej Księgi Zmarłych”. Doszedł już do strony 212. Obie kobiety, zaprawione ze szczętem, od czasu do czasu wybuchały radosnym, głębokim śmiechem, nie przerywając swego podstawowego zajęcia, jakim było powolne dłubanie pod paznokciami palców u nóg.

Maya i Brett ułożyły się w podwójnym hamaku. Tu i tam widniały na nim krwawe plamy, hamak nie pachniał też najpiękniej, ale bardzo dawno temu został przepięknie spleciony i nawet teraz był z całą pewnością czystszy od podłogi.

— Brett, skąd znasz tych ludzi? — spytała Maya.

— Mayu, słuchaj, mogę mieć do ciebie prośbę? Osobistą prośbę? Mam na imię Natalie, nie Brett.

— Przepraszam.