— Połóżmy się.
Położyły się w hamaku. Brett objęła Mayę za szyję i spojrzała jej prosto w oczy. Obie czuły ból tak przeraźliwy, że w tym geście była wyłącznie pociecha. Przypominały kobiety, które wypełzły z płonącego samochodu.
— Nigdy mi się nie uda — wyznała Brett. Łza spłynęła jej po nosie, spadła na policzek Mayi. — Chcę zostać stylistką, tylko to, nic więcej, ale nigdy mi się nie uda. Nigdy nie będę tak dobra jak Giancarlo Vietti. Vietti ma sto dwanaście lat. Zgromadził w archiwum każdą informację o modzie, ma w bibliotece każdą książkę o modzie. Od siedemdziesięciu pięciu lat kieruje własną firmą. Jest multimilionerem. Pracuje dla niego mnóstwo ludzi. Ma wszystko i zatrzyma to na zawsze. Po prostu nie można rzucić mu wyzwania.
— Przecież pewnego dnia umrze — stwierdziła Mia.
— Jasne. Być może. Tylko, że ja będę miała wtedy dziewięćdziesiątkę. Szansę prawdziwego życia dostanę dopiero wtedy, kiedy skończę dziewięćdziesiątkę. Vietti zaczął wcześnie, nabierał doświadczenia, został królem świata na cale stulecie. Kiedy ja skończę dziewięćdziesiątkę, będę skamieliną.
— Skoro nie pozwoli ci grać w jego świecie, musisz stworzyć własny świat.
— Jasne, powtarzają to wszyscy żywi ludzie, ale starzy nigdy do tego nie dopuszczą. Nie dadzą nam nic oprócz piaskownicy do zabawy. Nie dadzą nam prawdziwych pieniędzy, prawdziwej władzy, prawdziwej szansy. — Brett chlipnęła. — A wiesz, co jest najgorsze? Nawet gdyby dali, nigdy nie będziemy tak dobrzy jak oni. W porównaniu z gerontokratami jesteśmy śmieciem, jesteśmy kiczem, jesteśmy jakimiś kretyńskimi amatorami. Mogę być sobie najżywszą dziewczyną we wszechświecie, ale nie przestanę przez to być małą dziewczynką. Gerontokraci są jak lód na jeziorze. My siedzimy tak głęboko, że nigdy nie zobaczymy prawdziwego światła prawdziwego dnia. Kiedy wreszcie przyjdzie nasza kolej, będziemy tak starzy, że zmienimy się w zimne ślepe ryby, gorsze niż Vietti, stukrotnie gorsze! A potem lód skuje cały świat.
I Brett rozszlochała się rozpaczliwie.
Kurt znów usiadł w hamaku. Tym razem był autentycznie wściekły.
— Nie przeszkadzam wam? — powtórzył. — Kto cię tu w ogóle prosił? Jeśli nie umiesz się opanować, won!
— Dlatego właśnie aż tak kocham narkomanów — wrzasnęła cienko Brett, siadając. Twarz miała czerwoną. Płakała. — Oni docierają tam, gdzie gerontokraci nigdy nie dotrą! Otulają się fantastyczną rzeczywistością i umierają. Przyjrzyj się tej piwnicy. Tak wygląda cały świat, kiedy człowiekowi nie pozwala się żyć.
— Słusznie, racja, tego już za wiele. — Antonio zamknął i uważnie odłożył książkę na miejsce. — Kurt, wywal tę małą idiotkę na zbity pysk. Wykop ją na ulicę, Kurt.
— Ty ją wykop. Ty ją zaprosiłeś.
Z toalety dobiegł ich nagle głośny huk. Wypchnięte wybuchem powietrze otworzyło drzwi. Drzwi walnęły w ścianę z taką siłą, że wyłamał się jeden z zawiasów.
Obecni zamilkli i w zdumieniu wyczekiwali dalszego ciągu zjawiska. Rozległo się gulgotanie i nagle coś trysnęło z hukiem — to z toalety posłusznie wyleciał strumień nieczystości, rozpryskując się na suficie. Zardzewiałe wkręty puściły nagle i miska klozetowa wtoczyła się do piwnicy.
Ze ścieku konwulsyjnie wypełzła błyszcząca maszyna o setce wierzgających nóg. Maszyna była wąska jak rura ściekowa, a jej twardą metalową głowę pokrywała ubrudzona odpadkami masa antenek i sensorów chemicznych. Objęła futrynę grubymi, włochatymi stopami. Z tego, co u człowieka byłoby tyłkiem, wypuszczała spazmatycznie strumień białej piany.
Maszyna wygięła wyłożony metalowymi płytami grzbiet i zawyła jak upiór.
— Nie uciekajcie! Nie uciekajcie! — wrzeszczał Kurt. — Kara za ucieczkę jest wyższa!
Ale, oczywiście, wszyscy uciekli. Poderwali się na równe nogi i pobiegli schodami jak banda spanikowanych małp.
Maya uciekła wraz ze wszystkimi. Wraz ze wszystkimi w ekspresowym tempie znalazła się na mokrej, zimnej rzymskiej ulicy. Nagle wykonała w tył zwrot i biegiem wróciła do piwnicy.
Porwała plecak. Strażnik ścieków siedział na pół pogrążony w tężejącej masie piankowego uszczelniacza. Obrócił się w jej kierunku, wymierzył w nią oczy kamer telewizyjnych, podniósł dwa kołnierze na szyi i zaświecił czerwonymi światełkami alarmowymi, po czym powiedział po włosku coś brzmiącego bardzo złowrogo.
Maya uciekła.
Do hotelu dotarła o piątej nad ranem. Zaczęło kropić, było mokro i mglisto.
Do hotelowego baru weszła na ugiętych nogach. Cudownie byłoby pójść gdziekolwiek indziej, Mayę jednak zmęczyły już sytuacje, w których nie miała gdzie złożyć głowy. Spacer i samotna jazda rzymskim trolejbusem dały jej okazję do opracowania czegoś w rodzaju planu.
Poczeka, aż obudzi się Novák, a potem wszystko mu wyzna. Może jakimś cudem Novák przezwycięży obrzydzenie i gniew, i użali się nad nią. Może nawet się za nią wstawi. A jeśli nie, bardzo dobrze, zasłużył sobie na szansę, żeby ją wydać. Szansę na to, żeby się na niej zemścić.
Prascy gliniarze wydawali się jej nieco dziwni, więc może będą łagodniejsi od rzymskich, monachijskich, od gliniarzy z San Francisco. Tyle przynajmniej była winna Novákowi — była mu winna prawdę. Winna była temu staremu człowiekowi prawdę, nim wepchnęła się ze swym bezwartościowym życiem w jego życie.
Usiadła na barowym stołku i stołek się pod nią zakręcił. Świat pogrążył się na chwilę w ciemności, a potem zawirował niczym karuzela. Maya nagle uświadomiła sobie tępo, że przez cały dzień nie zjadła dosłownie nic. W ogóle nie przyszło jej do głowy, żeby jeść.
Bar był pusty. Niemal natychmiast przez służbowe wejście wszedł za ladę barman. Była piąta nad ranem, ale może pies odźwierny go uprzedził. Barman podszedł do niej, wyraźnie współczujący i zatroskany. Był przystojny i zadbany; sprawiał wrażenie znacznie lepszego człowieka od niej. Hotel miał bardzo dobrą obsługę, Rzymianie około czterdziestki, dzieciaki, które zrobiły karierę, obsługując bogatych.
— Signorina?
— Potrzebuję drinka — jęknęła Maya.
Barman uśmiechnął się z galanterią.
— Długa noc, signorina? Nieszczęśliwa? Czy wolno mi zasugerować frappé triacylglycerolowe?
— Świetnie. Podwójne. I proszę nie oszczędzać na saturowanych tłuszczach.
Barman przyniósł jej frappé w wysokiej szklance wraz z mniejszym pojemnikiem na białkowy utrwalacz oraz kanelurowaną misę rzymskich paluszków. Pierwszy łyk nalewki spowodował szok metaboliczny tak wielki, że Maya prawie straciła przytomność, a potem ogrzał się w niej i powoli włączył w jej wygłodzony krwiobieg.
Wystarczyło pół szklanki frappé, by Mayę opuściło uczucie paniki. Zdolna była nawet usiąść prosto w barowym stołku. Przestała się trząść, zrzuciła pantofle. Barman taktownie cofnął się na drugi koniec baru, rozpoczynając rytuał wyboru menu w częściowo rozmontowanym robocie domowym.
Maya otworzyła plecak, wyjęła z niego puderniczkę, przyjrzała się w lusterku swej twarzy i aż zadrżała. Kremem czyszczącym zdjęła większą część zrujnowanego makijażu, poprawiła usta.
Rzymianin w eleganckim wieczorowym garniturze wszedł do baru od strony hotelowego kasyna. Postukał w bar krawędzią żetonu do pokera i zamówił kafeinowe machiatto. Z twardego wyrazu jego upudrowanej orlej twarzy Maya wyczytała, że nie miał dziś dobrej nocy.
Mężczyzna wziął podaną mu przez barmana filiżankę, usiadł dwa stołki od niej i przyjrzał się Mayi w wiszącym za barem lustrze, po czym obrócił się i spojrzał jej w oczy. Taksował wzrokiem nogi, nagie ramiona, stopy. Przyjrzał się kształtowi biustu i najwyraźniej zaakceptował go z zachwytem. Głęboko i szczerze podziwiał sposób, w jaki pośladki Mayi stykały się z barowym stołkiem. W jego spojrzeniu nie było nic prócz całkowitego i bezgranicznego męskiego zainteresowania seksualnego. Nic by go nie obchodziło, gdyby jej umysł był zszarpany na strzępy cierpieniem. W spojrzeniu tego Rzymianina jej ciało kąpało się, niczym w gorącym, drażniącym blasku śródziemnomorskiego słońca.