Выбрать главу

Mężczyzna wysunął spod rękawa marynarki pięć centymetrów mankietu kremowej, robionej na zamówienie koszuli, oparł łokieć na barze, złożył na dłoni wąską, ciemną głowę. Uśmiechnął się.

— Ciao — powiedziała Maya.

— Ciao, bella — odparł mężczyzna.

— Mówisz po angielsku?

Mężczyzna żałośnie potrząsnął głową. Skrzywił wargi z rozczarowania.

— Nic nie szkodzi — powiedziała Maya i skinęła na niego palcem. — To twoja szczęśliwa noc, przystojniaczku.

5

Novák znalazł jej w Pradze mieszkanie. Maya znalazła pracę. Opiekowała się kotami. Pieniędzy z tego nie było, ale koty rzeczywiście czuły się samotne. Jej mieszkanie należało poprzednio do byłej aktorki, Olgi Jeżkovej. Wśród innych osiągnięć aktorskich Jeżková miała kilka wczesnych wirtualności Nováka. Honoraria rozmnożyła, inwestując w nieruchomości w Czechach, i teraz, po siedemdziesięciu latach, wiodło się jej wcale nieźle. Mgliste praskie zimy spędzała zazwyczaj w szykownym, słonecznym Synaju, robiąc te nieciekawe rzeczy, które robi się na ogół w medycznych uzdrowiskach.

Jej mieszkanie znajdowało się na piętnastym piętrze jednej z siedemdziesięciopiętrowych wież, otaczających kręgiem Pragę, stojących o dwadzieścia minut metrem od starego miasta, była to jednak niewielka cena za przestrzeń i luksusy.

Jeżková miała dwa białe, kudłate persy. Koty te wydawały się w jakiś biocybernetyczny sposób zintegrowane z charakterem jej mieszkania, którego cechą dominującą było białe futro: białe futrzane łóżko, biała futrzana toaleta, biała futrzana sala masażu, biała futrzana otomana, biały futrzany terminal sieciowy. Nocami dwa bardzo dziwne urządzenia, przypominające chodzące dziadki do orzechów, wypełzały i czesały to wszystko zębami.

* * *

Dwudziestego kwietnia Maya wzięła sprzęt i pojechała do mieszkania Emila. Emil był na miejscu. Pracował. Otworzył drzwi ubrany w wysmarowany gliną fartuch.

— Ciao, Emil — powiedziała Maya.

— Ciao — odparł Emil, uśmiechając się ostrożnie.

— Jestem fotografem.

— Och, bardzo mi miło. — I Emil otworzył drzwi.

W pracowni była z nim dziewczyna. Miała włosy do pasa, kowbojski kapelusz, kurtkę wykończoną futerkiem oraz spodnie. Zajadała gulasz. Była Japonką. I była śliczna.

— Jestem fotografem — przedstawiła się Maya. — Przyszłam zrobić dokumentację fotograficzną najnowszych prac Emila.

Dziewczyna skinęła głową.

— Nazywam się Hitomi — oznajmiła.

— Ciao, Hitomi, jmenuji se Maya.

— On ma kiepską pamięć — powiedziała przepraszająco Hitomi. — Nie spodziewaliśmy się ciebie. Chcesz gulaszu?

— Nie, dziękuję. Hitomi, czy ty fotografujesz?

— Och nie, skąd — zaprotestowała energicznie dziewczyna. — Przywędrowałam z Japonii, my nienawidzimy aparatów fotograficznych.

Maya oczyściła stół do pracy, przykryła go zmieniającym kolor fotoplastykiem i ustawiła trójnóg. Białą porcelanę najlepiej fotografować na białym. Ukośne światło, ukazujące wnętrze filiżanek i talerzyków. Przy dzbanach i urnach liczy się tylko kształt, dotykalność. Myślała o tych zdjęciach dniami i nocami. W głowie ułożyła już sobie cały plan.

Nauczyła się doceniać wspaniałe właściwości włókna optycznego. Z włóknem optycznym można było zrobić prawie wszystko, można było dostroić je do każdej barwy spektrum, wygiąć w każdy kształt, włókno świeciło z dowolnym natężeniem na dowolnym odcinku swej długości. Dawało miękkie, równe cienie. Dawało ostre rzeźbiarskie cienie. Dawało głębokie cienie przy podświetleniu od tła. Można było je też podkręcić celem zwiększenia kontrastowości.

Novák powiedział jej, że jeśli fotografuje się dla cieni, reszta przyjdzie sama. Novák powiedział jej, że cały sekret tkwi w cieniach. Novák powiedział jej, że w ciągu dziewięćdziesięciu lat nie udało mu się w pełni opanować cieni. Novák powiedział jej jeszcze bardzo wiele różnych rzeczy, a ona słuchała go, jak jeszcze nigdy w życiu nie słuchała nikogo. Wieczorami wracała do domu, robiła notatki, karmiła koty aktorki i dzień po dniu myślała o fotografii, marzyła o fotografii, żyła fotografią.

— Jak to dobrze, że tak doskonale znasz się na swojej pracy — powiedział serdecznie Emil. — Niektórych dzieł nie oglądałem od… od bardzo długiego czasu.

— Nie chcę odrywać cię od pracy, Emilu.

— Och, nie, kochanie, cała przyjemność po mojej stronie. — Emil nosił za nią sprzęt, przestawiał naczynia i w ogóle był bardzo pomocny.

Bardzo chciała zabrać zdjęcia do kociego mieszkania, dotknąć ich różdżką, ale różdżka wywoływała nałóg niemal natychmiast. Kiedy dotarło się na poziom pixeli, nie było już końca wyostrzaniu, zamazywaniu, skręcaniu, miksowaniu. Wiedza o tym, kiedy się zatrzymać, co pominąć, była równie ważna co postprodukcyjna zręczność. Elegancja tkwi w oszczędności. Maya wydrukowała więc zdjęcia na miejscu, na pożyczonym od Nováka scrollerze. Następnie zdmuchnęła kurz z albumu i ułożyła je porządnie.

— Jakie piękne — powiedział szczerze Emil. — Nikomu nie udało się jeszcze oddać takiej sprawiedliwości mym pracom. Uważam, że powinnaś je podpisać.

— Nie, nie sądzę, by było to wskazane.

— To milo z twojej strony, że przyszłaś. Ile jestem ci winien?

— Nic, Emilu. To takie uczniowskie wprawki. Po prostu zdobywam doświadczenie.

— Nikogo pracującego z takim zapałem nie powinno nazywać się uczniem — powiedział z galanterią Emil. — Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś wpadniesz. A może pracowaliśmy już ze sobą? Mam takie wrażenie, jakbym cię znał.

— Naprawdę? Masz takie wrażenie?

Hitomi przysunęła się do nich drobnymi kroczkami. Objęła Emila smukłym ramieniem.

— To nie byłaś ty — stwierdził Emil, przeglądając album. — Twoje zdjęcia są znacznie lepsze od innych.

— Być może spotkaliśmy się w Tête du Noyé — podpowiedziała Maya, nie umiejąc się powstrzymać. — Bywam tam dość często. Wpadniesz? Wkrótce jest spotkanie.

Emil obrzucił Hitomi zakochanym spojrzeniem. Ujął jej smukłą dłoń.

— Nie, nie — powiedział. — Już tam nie chodzimy.

* * *

— Miło mi będzie zobaczyć mojego starego przyjaciela Klausa — mówił po czesku Novák, kiedy szli ulicą Mikulandską. — Kiedyś przychodził na moje wtorki.

— Opravdu? — zainteresowała się Maya.

— Prawdę mówiąc, były to wtorki Mileny. Nasi przyjaciele udawali zawsze, że przychodzą do mnie, ale, oczywiście, nikt by nie przyszedł, gdyby nie Milena.

— A potem Klaus poleciał na Księżyc?

— Tak, owszem… nasz stary Klaus w owych czasach nie miał prawie włosów. Był mikrobiologiem na Uniwersytecie Karola. Razem zrobiliśmy serię eksperymentalnych pejzaży, używając bakterii fotoabsorpcyjnych. Podstawialiśmy pod światło kulturę w pożywce. Trwało to wiele dni. Mikroorganizmy rozwijały się tylko, kiedy było jasno. Te dzieła wyglądały niczym organiczne dagerotypy. Potem przez całe tygodnie patrzyliśmy, jak płytki gniły. Czasami… właściwie nawet zdumiewająco często, w procesie rozpadu powstawały dzieła fantastycznej piękności.