Выбрать главу

— Tak się cieszę, że zgodziłeś się na spotkanie z moimi przyjaciółmi, Josefie. Tyle to dla mnie znaczy.

Novák uśmiechnął się i zaraz spoważniał.

— Ach, te małe praskie społeczności emigrantów — powiedział. — Ich członkowie podziwiają być może naszą architekturę, ale nie poświęcają należnej uwagi nam, Czechom. Być może jeśli dopadniemy ludzi wystarczająco młodych, nauczymy ich lepszych manier.

Novák wypowiedział te słowa niedbale, ale uczesał się przecież starannie, ubrał przyzwoicie i zadał sobie trud włożenia sztucznej ręki. Zgodził się towarzyszyć Mayi, ponieważ Maya zdobyła sobie co najmniej odrobinę jego szacunku.

A przy okazji nieco lepiej poznała swego nauczyciela. Tkwiły w nim złoża złośliwości, interesowności, nawet wściekłości, jak niebieskie żyły w starym serze, ale nie świadczyły one przecież o tym, że jest człowiekiem z gruntu złym. Już raczej można było mówić o uporze, o dzikiej, upartej walce o bycie sobą. Josef Novák nie poddawał się światu. Przez dziesięciolecia, otwarcie i na pokaz, żył w sposób, w który ona ośmielała się żyć wyłącznie w najgłębszej głębi serca. Choć nigdy nie wydawał się szczęśliwy i prawdopodobnie nawet nigdy nie był szczęśliwy, nigdy także nie dał na siebie wpłynąć. Był całkowicie i wyłącznie Josefem Novákiem. I miał nim pozostać do dnia śmierci.

Maya oceniła, że umrze najprawdopodobniej w ciągu pięciu lat. Był słaby i uległ niegdyś ciężkiemu wypadkowi. Mógł oczywiście przedsięwziąć pewne kroki, by przedłużyć sobie życie, ale walkę o przedłużenie życia oceniał, zdaje się, jako coś po prostu wulgarnego. Josef Novák miał sto dwadzieścia jeden lat — ludzie z jego pokolenia nie spodziewali się żyć tak długo. Był zabytkiem, Maya jednak uważała za niesprawiedliwy niezaprzeczalny fakt jego śmiertelności. Novák często mówił o śmierci i śmierć najwyraźniej go nie przerażała, Mayi jednak wydawało się, że sam wszechświat powinien w jakiś sposób dozwolić, by Josef Novák żył wiecznie. Josef Novák był jej nauczycielem, ona zaś nauczyła się go kochać.

Tego wieczora w Tête panowała nadzwyczaj ożywiona atmosfera. Przyszło znacznie więcej osób, niż się spodziewała, a w powietrzu unosiło się napięte oczekiwanie, którego nigdy przedtem tu nie wyczuła. Wraz z Novákiem zalogowali się w barze. Novák wyciągnął sztuczne ramię na jakieś cztery metry i łagodnie poklepał Klausa w kask. Klaus odwrócił się, zaskoczony, a potem uśmiechnął się szeroko. Dwaj starzy mężczyźni zaczęli ożywioną rozmowę po czesku.

— Ciao, Maya.

— Ciao, Marcel.

Maya dobrze poznała Marcela na sieci — przynajmniej w stopniu, w jakim ktokolwiek mógł znać Marcela. Rudowłosy, wymowny Marcel nie przestawał gadać, nie narzucał się jednak i nie wydawał swych sekretów. Miał dwadzieścia siedem lat i, według własnych obliczeń, zdążył już okrążyć świat trzysta czternaście razy. Marcel nie miał stałego adresu. Nie miał stałego adresu od chwili, gdy skończył dwa lata. Praktycznie mieszkał w pociągach.

Benedetta, uwielbiająca skandale, twierdziła, że Marcel ma syndrom Williamsa. W jego przypadku miał on zostać wywołany specjalnie, poprzez nadmierne powiększenie Fałdy Heschla w zwoju wewnętrznym ucha. Dzięki niemu miał słuch niezwykle wyostrzony i absolutny; był muzykiem i zajmował się sztuczkami dźwiękowymi dla wirtualności. Syndrom Williamsa zdecydowanie podwyższył też jego zdolności werbalne — Marcel był niewyczerpanym źródłem anegdotek, spekulacji, sypał dowcipem w rozmowie, lubował się w paradoksach, myśli wylewały się z niego rzeką, której prąd mógł obrócić kiedyś jakąś umysłową turbinę i…

Benedetta twierdziła, że papież też cierpi na syndrom Williamsa. W tym miała tkwić tajemnica jego wspaniałych kazań.

Benedetta wierzyła, że jest w stanie obrzucić błotem każdego.

— Jakże szykownie wyglądasz, Mayu. Jak to cudownie spotkać cię w formie fizycznej. — Marcel miał na sobie płaszcz, w całości pokryty planami miast. Żył w tym płaszczu, spał w nim i używał go jako nawigacyjnej pomocy. Teraz, kiedy Maya wiedziała już, że jest on tak przyziemnie użyteczny, płaszcz Marcela z jakiegoś powodu przestał wydawać się jej aż tak żywy. Paul opisałby to wrażenie jako błąd kategoryzacji.

Maya pocałowała Marcela w brodaty policzek.

— Ciebie też — powiedziała.

— Gratuluję ci włoskiej sesji. Mówią, że Vietti umiera z chęci powtórzenia tego przedsięwzięcia.

— Giancarlo nie umiera, kochanie, nie rób sobie przesadnych nadziei.

— Jak widzę, przyprowadziłaś swego sponsora. Swojego fotografa. Jest twoim aktualnym chłopcem?

— Jest moim nauczycielem, Marcelu. Nie zachowuj się aż tak niezręcznie.

— Ustawiłem sobie sieć na czytanie twoich listów po francusku — powiedział Marcel. — Żałuję, że piszesz tak rzadko. Po francusku wygłaszane przez ciebie komentarze brzmią wspaniale. Pojawiają się elementy humoru takiego, jakiego nie znajdzie się już w angielszczyźnie.

— Cóż, w dobrych tłumaczeniach zawsze jest coś, czego nie sposób znaleźć w oryginale.

— Widzisz, oto kolejny przykład twego humoru, doskonale. Jak ty to robisz? Z premedytacją?

— Jesteś bardzo domyślny, kochanie. A teraz, jeśli nie przyniesiesz mi frappé, będę chyba musiała cię pocałować.

Marcel przemyślał dostępne mu opcje i przyniósł frappé. Maya popijała powoli, przyglądając się gościom, oparta łokciem o bar.

— Dlaczego wszystko tu wydaje się dziś tak trés żywe? — spytała.

— A wydaje się? Paul ma pomysł na wiosenną wycieczkę. Wielkie zanurzenie. Mam nadzieję, że się pojawisz?

— Och, wielkiego zanurzenia nie opuściłabym za nic. — Nie miała pojęcia, o czym Marcel mówi. — A gdzie jest Paul?

Paul siedział z grupą kilkunastu ludzi. Oczarował ich.

W tej właśnie chwili z małego podróżnego kanistra wyjął wyrzeźbioną figurkę żaby naturalnej wielkości. Błyszcząca, masywna, sprawiała wrażenie zrobionej z rubinu.

— Czy jest piękna? — spytał. — Może ty mi powiesz, Siergiej?

— No cóż — odparł Siergiej. — Jeśli rzeczywiście jest to produkt Faberge’a, tak jak nam mówiłeś, to oczywiście, jest piękna. Tylko popatrz na jakość wykonania.

— Przecież to żaba, Siergiej. Czy żaby są piękne?

— Oczywiście, żaby mogą być piękne. Masz przed sobą dowód.

— Gdyby ktoś powiedział ci, że jesteś piękny jak żaba, czy ucieszyłby cię ten komplement?

— Zmieniasz kontekst — odparł Sergiej, zirytowany.

— A czy to coś samo z siebie nie zmienia kontekstu? Estetyka opiera się na szoku spowodowanym utratą wiary. Wyobraź sobie ludzi z 1912 roku, pracujących nad rzadkim klejnotem, by miesiąc po miesiącu zmieniać go w żabę. Czy to nie perwersja? I czy to właśnie nie perwersja czyni z tego dzieła dzieło sztuki? To oryginał Faberge’a, stworzony dla arystokratki z carskiego dworu. Społeczeństwo czasów carskich stworzyło kulturę żab z klejnotów.

Słuchający Paula wymienili niepewne spojrzenia. Nikt jednak nie ośmielił się mu przerwać.