Выбрать главу

— Mimo to jednak, czy mamy uznać, że arystokraci z dworu cara uznawali żaby za piękne? Czy ktoś z was wyobraża sobie, że jakaś arystokratka zamówiła w pracowni Faberge’a piękną żabę? — Paul rozejrzał się po wpatrzonych w niego ludziach. — A jednak możemy sobie wyobrazić, że nasza arystokratka była zachwycona dziełem. Gdy już weszła w jego posiadanie, z pewnością wydało się jej piękne.

— Uwielbiam tę żabę — stwierdziła Maya. — Wcale by mi nie przeszkadzało, gdybym dostała ją na własność.

— I co byś z nią zrobiła, Mayu?

— Postawiłabym ją na biurku i podziwiała codziennie.

— Więc ją sobie weź — powiedział Paul, wręczając jej żabę. Była zdumiewająco ciężka, jakby zrobiono ją ze zwykłego czerwonego kamienia.

— Oczywiście nie jest to wcale cenne dzieło Faberge’a — powiedział Paul jak gdyby nigdy nic — tylko dokładna muzealna replika. Oryginał zeskanowano laserem z dokładnością do kilku mikronów, a potem urzeczowiono we współczesnych depozytach gazowych. Co dziwniejsze, wprowadzono nawet kilka skaz, tak że sztuczny rubin niczym nie różni się od prawdziwego korundu, czyli autentycznego rubinu. Wykonano w ten sposób około stu żab.

— Och, no tak, oczywiście — powiedziała Maya. Przyjrzała się małej czerwonej żabce. Jakoś mniej się już jej podobała, choć oczywiście nadal niesamowicie przypominała żabę.

— W rzeczywistości zrobiono ich przeszło dziesięć tysięcy. I to wcale nie jest sztuczny rubin. Kłamałem. Żaba jest z plastyku.

— Och!

— I to nawet nie ze świeżego plastyku — bezlitośnie kontynuował Paul — tylko z recyklowanego plastyku śmieciarskiego, wydobytego z dwudziestowiecznych hałd. Udawałem, że to Faberge, żeby udowodnić to, co chciałem udowodnić.

— No, nie — jęknęła Maya. Otaczający Paula słuchacze roześmieli się.

— Żartuję, oczywiście — stwierdził wesoło Paul. — W rzeczywistości jest to oryginał Faberge’a. Został zrobiony w Moskwie w 1912 roku. Czternastu artystów pracowało nad tą żabą pełne pięć miesięcy. To dzieło jedyne w swoim rodzaju, absolutnie niepowtarzalne. Pożyczyłem je z Antikensammlungen w Monachium. Na litość Boską, niech nikt nie ośmieli się jej upuścić.

— A więc lepiej ją ode mnie weź — powiedziała Maya.

— Ależ nie, potrzymaj ją przez chwilę, kochanie.

— Nie mam ochoty. Mutowała tak długo i wytrwale, że aż mnie to zmęczyło.

— A co, gdybym ci powiedział, że to wcale nie jest dzieło Faberge’a? Że w rzeczywistości mamy do czynienia z prawdziwą żabą? Nie ludzką pracą włożoną w dzieło imitujące żabę, lecz z rzeczywistą zeskanowaną żabą ogrodową? Urzeczowioną w… dobrze, sama wybierz sobie materiał.

Maya przyjrzała się rzeźbie. Miło się ją trzymało i, rzeczywiście, było w niej coś, co naprawdę się jej spodobało, ale też bolał ją od niej mózg.

— Tak naprawdę pytasz mnie o to, czy fotografia żaby może być równie piękna, jak obraz przedstawiający żabę, prawda?

— A może?

— Być może są piękne w innych kategoriach — powiedziała Maya i rozejrzała się. — Czy ktoś może to ode mnie wziąć?

Siergiej wyjął jej z rąk żabę, udając swobodnego i wykonał taki gest, jakby miał zamiar rozbić ją o stół.

— Nie rób tego — powiedział cierpliwie Paul. — Przed chwilą ją przecież podziwiałeś. Dlaczego zmieniłeś zdanie?

Maya odeszła poszukać Benedetty. Odnalazła ją w grupce stojącej przy barze.

— Ciao, Benedetta.

Benedetta wstała i objęła ją.

— Słuchajcie, to Maya — powiedziała po włosku.

Benedetta przyprowadziła ze sobą włoskie towarzystwo. Ludzi uprzejmych, spokojnych, patrzących przed siebie nieruchomym wzrokiem i wspaniale się kontrolujących. Wszyscy oni sprawiali wrażenie bardzo inteligentnych, bardzo pewnych siebie i całkiem nieźle ubranych. Nie wyglądali na niebezpieczniejszych od wszystkich poznanych do tej pory przez Mayę dzieciaków.

Benedetta miała fajnych przyjaciół.

I, oczywiście, wszystkimi przyjaciółmi Benedetty były kobiety.

Benedetta znalazła jej kawałek miejsca za stołem.

— Bardzo mi przykro, że nie znam włoskiego — powiedziała Maya, siadając. — Mam tłumacza, ale będę musiała mówić po angielsku.

— Chcemy wiedzieć, co cię łączy z Viettim? — spytała cicho jedna z kobiet.

Maya wzruszyła ramionami.

— Uważa mnie za ładną. To wszystko.

— A co cię łączy z Martinem Warshawem?

Maya zerknęła na Benedettę, zaskoczona i urażona.

— No… jeśli chcecie, dobrze. To był jego pałac. Wiecie o pałacu?

— Wiemy wszystko o pałacu. A co cię łączy z Mią Ziemann?

— Kto to taki?

Przesłuchująca ją kobieta wzruszyła ramionami i rozparła się na kanapie. Lekceważąco machnęła ręką.

— Jesteśmy durne, ufając tej osobie — stwierdziła.

— Oczywiście, że jesteśmy — przytaknęła z zapałem Benedetta. — Jesteśmy durne, ufając sobie nawzajem. Jesteśmy durne, ufając komukolwiek, a teraz może powiesz mi, czy znasz lepsze miejsce na zainstalowanie tych maszyn?

— Benedetto, kim one właściwie są?

— To matematyczki — odparła Benedetta. — Programistki. Buntowniczki. I wizjonerki.

Radykalna studenteria, pomyślała Maya. Zapaleńcy z wyobraźnią, której nie krępuje cudowny brak wiedzy.

— Która z nas jest najstarsza? — spytała ostrożnie.

— Ależ oczywiście, że ty — zdziwiła się Benedetta.

— Dobrze, zapomnijmy o rym pytaniu. A w ogóle, to co to wszystko ma wspólnego ze mną?

— Narysuję ci pewien obrazek — powiedziała Benedetta. Rozłożyła przed sobą furoshiki, zza ucha wyciągnęła stylus. — Pozwól, że podam ci pewne interesujące fakty z życia. Dotyczą kompleksu przemysłowo-medycznego. — Dwoma szybkimi ruchami narysowała osie „X” i „Y”. — Oś pozioma oznacza czas — wyjaśniła. — Oś pionowa zaś spodziewany wzrost długości życia. Z każdym minionym rokiem spodziewana średnia życia wydłuża się o miesiąc.

— Tak?

— Wzrost nie jest idealnie linearny. Stopień przyrostu długości życia wzrasta. W końcu, wskaźnik przyrostu osiągnie rok na rok. W tym momencie ludzie staną się praktycznie nieśmiertelni.

— Jasne. Oczywiście. Może.

— No, w rzeczywistości nie będzie to żadna prawdziwa nieśmiertelność. Nadal będzie się umierać w wypadkach i w ogóle. W momencie styku — Benedetta naszkicowała w odpowiednim miejscu małe „x” — średnia ludzkiego życia, wliczając w to wypadki, będzie wynosiła czternaście tysięcy pięćdziesiąt lat.

— Jakie to wspaniałe… dla tych ludzi.

— Pierwsze pokolenie żyjące w momencie osiągnięcia styku będzie też pierwszą prawdziwą gerontokracją. Będzie gerontokracją nie wymierającą. Pokolenie to zdominuje kulturę w nieskończoność.

— Wiesz, ja już słyszałam te rzeczy, kochanie. Bardzo przyzwoity slogan reklamowy, a poza tym teoria ta wygląda rzeczywiście interesująco.

— Niegdyś rzeczywiście była to teoria. Dla ciebie to nadal wyłącznie teoria, dla nas jednak rzeczywistość. Mayu, przecież my jesteśmy tym pokoleniem. Jesteśmy pierwszymi ludźmi, którzy urodzili się we właściwej chwili. Jesteśmy pierwszymi prawdziwymi nieśmiertelnymi.

— Jesteście pierwszymi nieśmiertelnymi? — powtórzyła powoli Maya.

— Jesteśmy — przytaknęła Benedetta, wtykając stylus z powrotem we włosy — a co więcej, wiemy, że jesteśmy.

— Więc czemu spotykacie się w jakimś nędznym artystycznym barku niczym grupka politycznych spiskowców?