Выбрать главу

— No, gdzieś musimy się spotykać. — Benedetta uśmiechnęła się.

— Przecież musiało to być jakieś pokolenie — stwierdziła zrzędliwie jedna z kobiet. — I padło na nasze. Nie zaimponowałyśmy ci, prawda? Nigdzie nie jest powiedziane, że miałyśmy ci zaimponować.

— A więc rzeczywiście wierzycie, że jesteście nieśmiertelne. — Maya przyjrzała się wykresowi na furoshiki. — A co, jeśli w waszych obliczeniach jest błąd? A jeśli stopa wzrostu zmaleje?

— Może to być poważnym problemem — zgodziła się z nią Benedetta. Wyciągnęła stylus i ostrożnie poprawiła linię wykresu. — Widzisz? Fatalna sprawa. Będziemy żyć tylko dziewięćset lat.

Maya przyjrzała się prostemu lecz tragicznemu wykresowi. Dla niej linia szła w górę. Dla nich pięła się w niebo jak rakieta.

— Przecież oznacza to, że nie mam szansy — powiedziała przygnębiona. — Z twego wykresu wynika, że dla mnie wszystko skończone.

Benedetta skinęła głową, zachwycona tym, że Maya zaczęła coś pojmować.

— Tak, kochanie, wiemy — powiedziała. — Ale wcale nie mamy ci tego za złe, mówię szczerze!

— Nadal potrzebujemy pałacu — powiedziała jedna z jej przyjaciółek.

— A po co potrzebny wam pałac?

— Zamierzamy zainstalować w nim parę rzeczy — oznajmiła Benedetta.

Maya zmarszczyła brwi.

— Na litość Boską, czy nie dość już dzieje się w tym moim pałacu? O jakich, rzeczach mówicie?

— Świadomościowych. Percepcyjnych. O fabrykach programów świętego płomienia.

Maya zastanowiła się nad tymi słowami. Cała sprawa wydawała się, w najlepszym razie, mglista.

— Co spodziewacie się zyskać?

— Spodziewamy się zyskać sposób odmienienia nas samych, a także szansę popełniania własnych błędów zamiast powtarzania cudzych. Mamy nadzieję, że zajmiemy się sztuczkami i zasłużymy na naszą nieśmiertelność.

— Naprawdę oczekujecie, że uda wam się przeprowadzić… jakby to powiedzieć… swego rodzaju radykalne przemiany świadomości? Wyłącznie dzięki wirtualności?

— Nie przy tych protokołach, na których użycie zezwala się nam dziś. Oczywiście nie uda się dokonać tego pod okiem pomocy obywatelskiej, ponieważ publiczne sieci zaprojektowano w ten sposób, by były absolutnie pewne i bezpiecznie. Ale przy użyciu protokołów, których oni jeszcze nawet sobie nie wyobrazili… tak, Mayu. Dokładnie tego spodziewamy się dokonać w wirtualności. Maya westchnęła.

— Pozwólcie, że ujmę to w najprostszych słowach — powiedziała. — Macie zamiar otworzyć mój pałac i zainstalować tam nowiutkie, nielegalne, grożące uszkodzeniami mózgu systemy wirtualne?

— Wzbogacenie świadomości, to brzmi znacznie lepiej — zauważyła Benedetta.

— Nie wierzę, że mówisz serio, Benedetto. Przecież to czyste szaleństwo, sprawiające wrażenie poronionego pomysłu narkomanów.

— Gerontokraci zawsze popełniają ten sam błąd: mylą kategorie — stwierdziła z pogardą Benedetta. — Programy to nie neurochemia. My… nasze pokolenie… my znamy wirtualność. Dorastaliśmy z nią. To świat, którego dzisiejsi starcy po prostu nie są w stanie zrozumieć.

— Z pewnością nie żartujecie. — Maya powoli rozejrzała się po twarzach Benedetty i jej przyjaciółek. — Jeśli to, co mi powiedziałyście jest prawdą… nie możecie przegrać, prawda? Pewnego dnia będziecie rządziły światem. Więc po co narażać się teraz? Nie lepiej byłoby trochę poczekać? Poczekać, póki nie dotrzecie do tego małego krzyżyka na wykresie?

— Nie możemy czekać. Kiedy osiągniemy punkt zbiegu, musimy być nań przygotowane. Musimy być go warte. W innym przypadku staniemy się tak niezmienne i głupie, jak ludzie, którzy rządzą dziś. Tyle że dziś rządzą nami śmiertelni, ci rządzący okażą się w końcu na tyle uprzejmi, by umrzeć. My jednak będziemy nieśmiertelne, nie umrzemy. Jeśli po objęciu władzy zaczniemy postępować według ich zasad, zanudzimy świat na śmierć. Jeśli raz powtórzymy ich błędy, nasze pokolenie będzie je powtarzać w nieskończoność. Ich wygodny mały raj starych ciot stanie się naszą permanentną tyranią.

— Słuchajcie, nigdy się wam nie uda — powiedziała szczerze Maya. — To, co planujecie, jest niebezpieczne. To bezmyślny, głupi, ekstrawagancki gest, mogący wyłącznie ściągnąć wam kłopoty na głowę. Z pewnością odkryją, co tam robicie i z pewnością was znajdą. Nigdy się wam nie uda utrzymać czegoś w sekrecie przed ugodą, i to przez osiem lat. Dajcie spokój, jesteście tylko bandą dzieciaków. Ja jestem gerontokratką i nie potrafię utrzymać sekretu przez głupie trzy tygodnie.

Nagle odezwała się trzecia z kobiet. Do tej pory właściwie nie zabierała głosu. Teraz zabrała głos, i to bardzo dyplomatycznie.

— Pani Ziemann — powiedziała — jest nam bardzo przykro, że odkryłyśmy pani tajemnicę. Nie było naszą intencją ingerowanie w pani sekretne życie.

— Nie jest ci przykro nawet w połowie tak, jak mnie, kochanie.

Dziewczyna zdjęła spexy.

— Nikomu nic nie powiemy — obiecała. — Nigdy. Dowiedziałyśmy się, kim pani jest naprawdę, pani Ziemann, ale po prostu musiałyśmy sprawdzić. To, co odkryłyśmy, wcale nas nie zszokowało. Nawet w najmniejszym stopniu! Prawda?

Rozejrzała się po twarzach przyjaciółek. Przyjaciółki dzielnie udawały, że wcale ich to nie zszokowało.

— Jesteśmy współczesnymi młodymi ludźmi — mówiła dalej mała dyplomatka. — Nie przejmujemy się staroświeckimi przesądami. Podziwiamy panią. Przyklaskujemy pani postępowaniu. Jest pani dla nas wzorem do naśladowania. Naszym zdaniem jest pani wspaniałym postczłowiekiem.

— Bardzo to miłe i uprzejme — stwierdziła Maya. — Prawie wzruszyłam się twoimi słowami. Wzruszyłabym się nimi gdyby nie to, że wiem, iż prawisz mi komplementy. Że chcesz mnie wykorzystać.

— Proszę, niech pani spróbuje nas zrozumieć. Nie jesteśmy nieostrożne. To, czego pragniemy dokonać, dowodzi prawdziwej dalekowzroczności. Robimy to, co robimy, bo wierzymy, że nasze pokolenie musi mieć jakiś cel. Jesteśmy gotowe ponieść konsekwencje naszych czynów. To prawda, jesteśmy młode i niedoświadczone, ale przecież musimy działać. Nawet jeśli nasze działanie miałoby skończyć się aresztowaniem. Nawet gdyby miano nas za to surowo ukarać. Nawet gdyby miano nas za to wysłać aż na księżyc.

— Dlaczego? Dlaczego chcecie ponieść tak wielkie ryzyko? Nigdy nie wystąpiłyście o oficjalne pozwolenie, nie skierowałyście projektu do odpowiednich władz, nie pomyślałyście nawet, by postąpić legalnie. Co daje wam prawo zmieniania zasad, na jakich działa świat?

— Jesteśmy naukowcami.

— Nigdy nie poddałyście swego projektu pod głosowania, w każdym razie ja o niczym takim nie słyszałam. Wasza propozycja nie została odpowiednio przedyskutowana. To niedemokratyczne. Nie macie wyrażonej świadomie zgody ludzi, których życie tak czy inaczej ulegnie zmianie. Co wam daje prawo zmieniania sposobu myślenia innych?

— Jesteśmy artystkami.

Jedna z kobiet wtrąciła się nagle, po włosku.

— Słuchajcie — powiedziała — ja prawie nie rozumiem tego cholernego angielskiego, a w ogóle polityka po angielsku jest najgorsza. Ale ta kobieta z pewnością nie ma stu lat. W tym musi być jakieś oszustwo.

— Ona naprawdę ma sto lat — upewniła ją Benedetta, spokojnie lecz z naciskiem — i, co więcej, płonie w niej święty płomień.

— Nie uwierzę. Założę się, że jej zdjęcia cuchną śmiercią, dokładnie tak jak zdjęcia Nováka. Chyba rzeczywiście jest śliczna, ale, na litość Boską, idiotka też może być śliczna. Żaden problem.

— Zróbcie, co chcecie — powiedziała Maya.