Выбрать главу

Benedetta cała aż się rozjaśniła.

— Naprawdę? Serio mówisz?

— Zróbcie co chcecie. Oczywiście, że mówię serio. Mój los nic mnie nie obchodzi. Jeśli wam się uda… jeśli w ogóle będziecie miały szansę… jeśli oni pomyślą, że macie szansę… usmażą mnie żywcem. Nie ma to jednak najmniejszego znaczenia, ponieważ mnie i tak dopadną, wcześniej czy później. Nie mam wyjścia. Zdaję sobie z tego sprawę. Jestem dziwolągiem. Gdybyście cokolwiek o tym wiedziały, gdybym obchodziła was w najmniejszym nawet stopniu, zdawałybyście sobie z tego sprawę. Już lepiej zróbcie, co macie zamiar zrobić. I zróbcie to szybko.

Wstała, przewracając stołek, i odeszła.

Znalazła się przy stole Paula. Cierpiała, lecz kąpanie się w niejasnej otaczającej Paula aurze i tak było o wiele lepsze niż siedzenie samej. Paul popijał limoncello. Uśmiechnął się. Przed nim, na stole, leżała nowa furoshiki z widocznym na niej, niczym na gobelinie, pięknym, pointylistycznym zachodem słońca.

— Czy ów zachód słońca jest piękny? — spytał Paul.

— To zależy — odpowiedział ktoś bardzo ostrożnie.

— Nie powiedziałem wam, że przekształciłem paletę barw. — Paul poklepał furoshiki paznokciem. Zachód słońca zmienił się radykalnie. — Widzicie tu prawdziwy, oryginalny zachód słońca. Czy jest on piękniejszy od mej odmienionej wersji?

Tym razem nikt mu nie odpowiedział.

— Załóżmy, że potrafilibyście manipulować prawdziwym zachodem słońca, potrafilibyście bez ograniczeń zmieniać właściwości atmosfery. Załóżmy, że potrafilibyście podkręcić czerwienie, a stłumić żółcień, jak wam dyktuje kaprys. Czy potrafilibyście stworzyć piękniejszy zachód słońca?

— Tak — powiedział ktoś.

— Nie — odparł ktoś inny.

— Rozważmy marsjański zachód słońca widziany z jednego z marsjańskich stanowisk teleprezencji. Zachód słońca na innej planecie, zachód słońca, którego nie jesteśmy w stanie doświadczyć zmysłowo, w naszym własnym ciele. Czy zachody słońca na Marsie są mniej piękne dlatego, że nie jesteśmy w stanie doświadczać ich bez pośrednictwa maszyny?

Milczące cierpienie.

Na szczycie schodów pojawiła się kobieta w ciężkiej, podbitej pelerynie i szarych aksamitnych rękawiczkach, w trójskrzydłowym kapeluszu na głowie, z błyszczącymi spexami, w białej bluzce z rozpiętym kołnierzem; na szyi miała naszyjnik z ciemnego, rzeźbionego drewna. Jej profil był dowodem na istnienie klasycznej perfekcji: prosty nos, pełne usta, szerokie czoło — oto pojawiła się wśród nich modna siostra Statuy Wolności.

Kobieta zeszła po schodach ze sceniczną pewnością primabaleriny. Szła z czymś więcej niż wdzięk — szła z pewnością siebie, jaką daje tylko wtajemniczenie w sztuki walki. Ciągnęła za sobą dwa małe białe pieski.

W Tête de Noyé zapadła martwa cisza.

— Bonsoir à tout le monde — powiedziała nieznajoma, uśmiechając się uśmiechem sfinksa.

Paul wstał szybko. Wykonał gest będący w części zaproszeniem, a w części ukłonem. Jego słuchacze, zorientowawszy się, że rzeczywiście chce rozmawiać z tą kobietą, w panice uciekli od stolika.

Paul wskazał nowo przybyłej stołek.

— Wyglądasz doskonale, Heleno — powiedział. — Czego się napijesz?

Policjantka usiadła, elegancko rozpościerając pelerynę.

— Napiję się tego, co pije dżentelmen w kombinezonie — odparła po angielsku. Odczepiła delikatne, lśniące smycze swych piesków — jakby tego rodzaju pieski rzeczywiście potrzebowały smyczy.

Paul natychmiast podniósł rękę, sygnalizując, że chce złożyć zamówienie.

— Bawiliśmy się właśnie w dyskusję o estetyce — powiedział.

Helene Vauxcelles-Serusier zdjęła spexy, złożyła je i schowała w rozcięciu peleryny. Maya gapiła się na nią zdumiona. Naturalne oczy Heleny, szare z pobłyskiem stali, zdumiewająco piękne, nieprawdopodobnie skupione, onieśmielały bardziej niż jakikolwiek komputerowy zestaw wzrokowy.

— Jakimiż to czarującymi rzeczami się zajmujesz, Paul?

— Helene, jak sądzisz, czy zachód słońca oglądany za pomocą środków technicznych może być piękniejszy od naturalnego zachodu słońca?

— Kochanie, naturalny zachód słońca nie istnieje co najmniej od czasu Rewolucji Przemysłowej. — Helene zerknęła niedbale na Mayę, po czym przeszyła ją wzrokiem niczym motyla szpilką. — Proszę, nie stój tak tam, moje dziecko. Usiądź z nami. Czy kiedyś już się spotkałyśmy?

— Ciao, Helene. Jestem Maya.

— Ach, oczywiście. Dziewczyna Viettiego, na sieci. Byłam pewna, że skądś cię znam. Jesteś taka śliczna.

— Bardzo pani dziękuję — powiedziała Maya. Helene studiowała ją z poważnym zainteresowaniem i głęboką łaskawością. Maya czuła się dokładnie tak, jakby ją prześwietlano.

— Jesteś urocza, kochanie. I nie masz w sobie za grosz groźnej tajemniczości, tak widocznej na zdjęciach tego okropnego starca.

— Ten okropny starzec stoi tuż obok, przy barze.

— Ojej! — Helene pozostała nieporuszona. — Nigdy nie byłam taktowna, prawda? Naprawę, powinnam bardziej uważać. Będę musiała podejść do twojego przyjaciela Josefa i przeprosić go z głębi serca.

Wstała i podeszła do baru.

— Wielkie nieba, Paul. — Maya odprowadziła ją wzrokiem. Helene sprawiała wrażenie, że płynie w powietrzu. — Jeszcze nigdy, ale to nigdy…

Paul uczynił najdelikatniejszy możliwy gest, przeciągając dłonią po gardle, po czym opuścił wzrok. Maya zamknęła się i spojrzała w dół. Jeden z psów spoglądał na nią z chłodnym, zaawansowanym technicznie napięciem sondy międzyplanetarnej.

Pojawiła się Bouboule, trzeźwa i niespokojna.

— Ciao, Maya — powiedziała.

— Ciao, Bouboule.

— Kilka dziewczyn ma zamiar wyjść, zaczerpnąć świeżego powietrza. Idziesz z nami? Tylko na chwilę.

— Oczywiście, kochanie. — Maya spojrzała na Paula wymownie. Paul odpowiedział jej spojrzeniem męskim, pełnym bohaterskiego spokoju żołnierza w okopach pod nieprzyjacielskim ostrzałem. Przez chwilę miała ochotę przywiązać do niego jedwabną flagę.

Wraz z Bouboule wyszły przez nie oznaczone drzwi z tyłu baru. Wspięły się dwa piętra po stromych, krętych schodach z metalową poręczą. Bouboule miała ze sobą małpkę. Maya jeszcze nigdy nie była tak szczęśliwa, że widzi małpkę.

Bouboule przeprowadziła je przez zawalony gratami strych, a potem czekała je jeszcze wspinaczka po czarnej żelaznej drabinie. Bouboule odrzuciła ciężką drewnianą klapę i oto znalazły się wreszcie na stromym, antycznym, wyłożonym dachówką dachu Tête du Noyé. Nadeszła wiosna i wiatr przegnał wreszcie praskie zimowe chmury. Na niebie świeciły odnowione gwiazdy.

Bouboule z trzaskiem zamknęła klapę.

— Teraz możemy chyba porozmawiać bezpiecznie — odezwała się po raz pierwszy.

— Skąd się tu dziś wzięła ta glina?

— Czasami przychodzi, czasami nie — odparła ponuro Bouboule. — Nic nie możemy na to poradzić.

Noc była piękna, chłodna i spokojna. Małpka pogadywała coś zdenerwowana.

— Uspokój się, Patapouff — skarciła ją Bouboule po francusku. — Tej nocy musisz mnie pilnować. — Małpka chyba zrozumiała jej słowa. Poprawiła mały cylinder na łebku i rozejrzała się dookoła wzrokiem najgroźniejszym, na jaki zdolny był zdobyć się dwukilogramowy naczelny.

Maya wraz z Bouboule wspięły się na szczyt dachu, na którym, na pozieleniałych wygiętych dachówkach, mogły usiąść mniej więcej wygodnie.