Klapa uniosła się znowu. Na dach wyszli Benedetta i Niko.
— Czy jej chodzi o nas? — spytała z niepokojem Benedetta.
Bouboule wzruszyła ramionami. Pociągnęła nosem.
— Nie powiedziałam! Wy i ta wasza polityka, utrzymujecie wszystko w tak głębokiej tajemnicy, że nie mogłabym powiedzieć, nawet gdybym chciała.
— Ciao, Niko — powiedziała Maya. Wyciągnęła rękę i pomogła Niko wspiąć się na dach.
— Jeszcze nie spotkaliśmy się fizycznie — powiedział Niko — ale to, co piszesz na sieci, jest wyjątkowo zabawne.
— Bardzo to słodkie, co powiedziałeś.
— Siniak zszedł mi z oka, które podbiła twoja przyjaciółeczka Klaudia, więc zdecydowałem, że i tak cię lubię.
— To bardzo miło z twojej strony, mój kochany Niko. Jesteś wyjątkowo wyrozumiały.
— Zimno tu — poskarżyła się Bouboule, obejmując się ramionami. — Jakie to idiotyczne, że jedna policjantka jest w stanie nas do tego doprowadzić. Za dwie marki zeszłabym na dół i dała jej po twarzy.
— Dlaczego nazywają ją Wdową? — zainteresowała się Maya. We czwórkę siedzieli teraz w kucki na szczycie dachu, jak cztery żywe sroki. Pytanie to wydawało się idealnie pasować do sytuacji.
— No cóż — wyjaśniła jej Bouboule — większość kobiet w późniejszym okresie życia traci zainteresowanie seksem. Ale Wdowa, nie. Wdowa wychodzi za mąż raz za razem.
— I zawsze poślubia ludzi w pewnym typie — dodała Benedetta. — Artystów. Artystów, którzy niszczą się sami.
— Martwych przed czterdziestką — dodał Niko. — Bez pudła.
— Próbuje ocalić biednych utalentowanych chłopaków przed nimi samymi — wyjaśniła Benedetta.
— No i jak, miała szczęście? — spytała Mia.
— Jak na razie pogrzebała sześciu — powiedziała Bouboule.
— Z pewnością cierpiała — użaliła się nad Helene Maya.
— Jedno trzeba przyznać — powiedziała Benedetta. — Nigdy nie wychodzi za mąż póki sytuacja jej narzeczonego nie jest krytyczna. Sądzę, że rzeczywiście utrzymuje ich przy życiu przez jakiś czas. Mogą pracować.
— Każdy chłopak w jej łóżku za bardzo się boi umrzeć — stwierdził słodko Niko.
Bouboule skinęła głową.
— A kiedy później sprzedaje ich dzieła, zawsze dostaje najwyższe ceny. Tworzy opinię na rynku sztuki! Pięknie zagrane. Nie wiedziałaś?
— Rozumiem — powiedziała Maya. — W takim razie jest to coup de grace. Miłosierdzie.
Benedetta kichnęła, a potem pomachała dłonią.
— Pewnie się zastanawiacie, dlaczego dziś was tu zaprosiłam — powiedziała.
Maya podparła głowę na dłoni.
— Może nam powiesz — zasugerowała.
— Kochanie, chcemy uczynić cię jedną z nas.
— Naprawdę?
— Ale najpierw musisz zdać egzamin.
— Egzamin. Oczywiście.
Benedetta wyciągnęła rękę ponad dachem, który rozciągał się nad całym barem. Po jego przeciwnej stronie na metalowych wspornikach wznosiła się w niebo płytka czara. Antena satelitarna Klausa. Dzieliło ją od nich jakieś dwadzieścia metrów.
— Tak? — zainteresowała się Maya.
Benedetta wyjęła stylus z włosów. Ustawiła maleńkie pokrętło, po czym pochyliła się i ostrożnie dotknęła nim ceramicznej dachówki. Trysnęły iskry. Na dachówce pojawiła się wypalona czarna linia.
— Podpisz naszą listę członkowską — powiedziała Benedetta, wręczając Mayi stylus.
— Świetnie. Doskonały pomysł. Gdzie mam podpisać?
— Podpisujesz tam. — Benedetta wskazała jej antenę.
— Trzeba do niej dojść — wyjaśnił Niko.
— Chodzi ci o to, że mam przejść stąd tam, po kalenicy dachu?
— Jaka ona mądra — zauważyła Bouboule, zwracając się do Niko. Niko radośnie skinął głową.
— Mam po prostu przejść dwadzieścia metrów po kalenicy śliskiego, krytego dachówką dachu trzypiętrowego domu? Tego ode mnie chcecie, prawda? — spytała Maya.
— Pamiętasz może tę naszą żywą przyjaciółkę z Rzymu? Małą Natalie? — spytała Benedetta.
— Natalie? Oczywiście. Dlaczego pytasz?
— Prosiłaś, żebym tak trochę zaopiekowała się twoją małą Natalie.
— Owszem. Prosiłam.
— No więc zaopiekowałam się nią — powiedziała Benedetta. — I dobrze poznałam tę twoją Natalie. Ona nigdy nie zdałaby tego egzaminu. A wiesz, dlaczego? Bo zatrzymałaby się pośrodku, wiedząc, że nie może wygrać. I wówczas strach by ją zabił. Mrok i zło złapałoby ją za maleńkie, bijące w piersi serduszko, i wówczas by się poślizgnęła. I spadła. Spadłaby z dachu, kochanie. Łup, łup, łup po dachówkach i lądowanie na twardej, zimnej praskiej uliczce. Gdyby miała szczęście, wylądowałaby na głowie.
— Ale, ponieważ jesteś jedną z nas, nie ma najmniejszego ryzyka — pocieszyła Mayę Bouboule.
— To tylko sprawia wrażenie niebezpiecznego — stwierdził radośnie Niko.
— Gdyby dachówki rozłożono na ziemi, na rynku Starego Miasta, przeszedłby po nich każdy głupi — powiedziała Benedetta. — Nikt by się nie poślizgnął i nikt by nie spadł. Same płytki nie są niebezpieczne. Niebezpieczeństwo tkwi w tobie. Niebezpieczeństwo tkwi w twoim umyśle, w twoim sercu. To twoja osoba narażona jest na niebezpieczeństwo. Jeśli władasz swą osobą, podpiszesz się na słupku anteny i powrócisz do nas bez problemu. Nie ma najmniejszego niebezpieczeństwa, przejście jest bezpieczne jak poduszka, bezpieczne jak łóżko… nie, bezpieczniejsze, bo przecież na tym świecie istnieją mężczyźni. Ale przejście pod gwiazdami… cóż, albo masz to coś, albo tego czegoś nie masz.
— Idź, podpisz się dla nas, kochanie — powiedziała Bouboule.
— A potem wróć i bądź naszą siostrą — dorzucił Niko.
Maya przyjrzała się im wszystkim po kolei. Wszyscy byli śmiertelnie poważni. Mówili to, co myśleli. W ten sposób po prostu żyli.
— No, w każdym razie nie mam zamiaru zrobić tego w szpilkach. — Maya zdjęła pantofle i wstała. Jak to dobrze, że Novák nauczył mnie jak chodzić, choć odrobinę, pomyślała. Wpatrzyła się w daleki poblask anteny satelitarnej i ruszyła przed siebie po kalenicy dachu. Nic nie mogło jej zatrzymać. Była doskonale szczęśliwa i doskonale pewna siebie. Napisała:
„BYŁA TU MIA ZIEMANN”
Spod stylusa trysnęły iskry. Bardzo ładnie wyglądało to pośród wszystkich innych napisów, na podporze anteny. Więc wykonała jeszcze mały rysunek.
Powrót był trudniejszy — bose stopy miała bardzo zmarznięte. Dachówki raniły je; szła wolniej, przez co miała czas na myślenie. Upadek z pewnością jej nie groził, gdzieś w czarnych głębiach jej umysłu pojawiła się jednak myśl, że być może z premedytacją rzuci się w dół. Było w tej myśli coś gorzkiego, lecz zarazem i słodkiego. Jeśli rzeczywiście była Mią Ziemann, co właśnie przyznała wobec świadków, to istniała w niej jakaś część Mii Ziemann, z którą Maya nie zawarła jeszcze pokoju. Była to wielka, prawdziwie ludzka część Mii, prawdziwie zmęczona życiem, prawdziwie pragnąca śmierci.
Wtedy Maya była jednak znacznie silniejsza niż teraz.
— Spodziewaliśmy się, że poślesz nam całusa — powiedziała Benedetta, przesuwając się by zrobić jej miejsce.
— Całusy zostawiam dla gerontokratów — odparła Maya, oddając jej stylus.
Klapa uchyliła się nieznacznie. Na dach wyszedł jeden z psów Helene. Mały biały piesek nie miał prawa utrzymać się na stromym, pokrytym dachówką dachu, szedł jednak tak, jak nie miał prawa iść żaden prawdziwy pies. Szedł w sposób przypominający raczej gekkona, salamandrę. Dostrzegł ich, w zdumieniu poślizgnął się na dachówce i pisnął.