Выбрать главу

Kiedy oprzytomniała, ostryga zniknęła. Maya leżała na podłodze, Benedetta zaś delikatnie wycierała jej twarz wilgotnym ręcznikiem.

— Możesz mówić? — spytała.

Maya otworzyła i zamknęła usta, zmusiła język do poruszenia się.

— Tak… chyba tak.

— Wiesz, kim jestem? — Benedetta sprawiała wrażenie zaniepokojonej. — Powiedz mi, kim jestem?

— Przeżyłam coś świętego — wykrztusiła Maya. — Coś wielkiego. Schowaj to w jakimś świętym miejscu. Niech nikt tego nie dotyka, nie gwałci. Byłoby straszne i obrzydliwe, gdyby ktokolwiek w ogóle tego dotknął.

Benedetta objęła ją, przytuliła.

— Bardzo mi przykro, kochanie — powiedziała. — Wiem, jak to zrobić. Wiem, jak to działa. Wiedziałam nawet, jak podać to tobie. Nie wiem tylko, jak ukryć się przed tym, kim jestem i co wiem.

* * *

Minęły trzy tygodnie. Przyszła wiosna i Praga rozkwitła. Maya nadal pracowała z Novákiem, teraz jednak wszystko wyglądało inaczej. Novák traktował ją teraz jak asystentkę, a nie jak magiczne bezdomne stworzenie, zagubionego elfa. Milena wyczuwała, że zbliżają się kłopoty. Milena nienawidziła gliniarzy, niemniej jednak utrudniała Mayi życie, ponieważ nienawidziła zmian w antycznym gospodarstwie Nováków bardziej, niż nienawidziła gliniarzy.

Maya pojechała pociągiem do Mediolanu. Wzięła tam udział w bardzo nudnej sesji z grupą bardzo nudnych współpracowników Viettiego. Ponieważ pracowała, praktycznie nie obejrzała Mediolanu i praktycznie nie obejrzała sobie również Emporio Vietti. Sam Vietti nie pofatygował się na sesję; wielki człowiek przebywał wówczas w Gstaad, pożerając homary.

Zdjęcia z sesji doskonale wręcz dokumentowały wielki świat… i były straszne, ponieważ nie były zdjęciami Josefa Nováka. Robiąc je, Maya wiele się nauczyła, ale właściwie tylko tego, czego nie znosiła. Mimo wszystko uznała, że postąpiła mądrze. Ludzie za wiele wydziwiali nad fotografiami Nováka. Aż roiło się od nich na sieci, były raczej zbyt piękne, a już z całą pewnością zbyt wierne. Maya miała wrażenie, że ludzie byliby znacznie szczęśliwsi, gdyby udowodniła im, że potrafi nudzić. Kolejna głupia modelka, kolejne typowe fotografie mody. A poza wszystkim innym były w tym prawdziwe pieniądze.

Namówiła Benedettę na przyjazd do Mediolanu, powierzając jej wszystkie swe sprawy finansowe. Benedetta nie zajęła się jej sprawami finansowymi osobiście, ale znała ludzi, którzy znali ludzi, którzy znali ludzi, którzy byli w stanie zająć się sprawami finansowymi. Benedetta kupiła Mayi projektowane w Mediolanie furoshiki, piękne i funkcjonalne, oraz wielki indonezyjski serwer sieciowy, funkcjonalny i piękny. Maya wróciła do Pragi i do mieszkania aktorki, z furoshiki na szyi i serwerem w specjalnym odpornym na wstrząsy pojemniku w ręku.

Indonezyjski serwer wyposażony był w instrukcję skomplikowanej procedury instalacyjnej, napisaną w fatalnej angielszczyźnie. Maya zbootowała go — bez powodzenia — wymazała dane, zbootowała serwer ponownie i ponownie wpadła. Poszła nakarmić koty aktorki. Poprawiła wszystkie luźne styki, włączyła serwer, wpadła znacznie gorzej niż poprzednio, więc wypiła frappé, żeby się uspokoić. Jeszcze raz zbootowała serwer — odnosząc tym razem częściowy sukces — przeszukała kryształ procesora, znalazła trzy nieprzyjemne wewnętrzne konflikty i zlikwidowała je. System natychmiast się zawalił. Maya puściła program diagnostyczny, wyczyściła parę nie trzymających się kupy buforów oraz upuściła główny procesor z pewnej, niewielkiej wysokości. To najwyraźniej załatwiło sprawę. Mogła już zainstalować tożsamość sieciową.

Wreszcie włączyła się do sieci.

Serwer zadzwonił niemal natychmiast. Therese nadała wiadomość voicemailem.

— Skąd wiedziałaś, że jestem on-line? — spytała Maya.

— Mam swoje sposoby — odparła Therese. — Powiedz, naprawdę wyrzucili cię z Tête, bo zabiłaś psa gliniarza?

— Wiadomości szybko się rozchodzą i nie, nie zabiłam psa gliniarza. Przysięgam, że zabił go kto inny.

— Jeśli wiadomości rozchodzą się dziś z szybkością mniejszą od szybkości światła, to znaczy, że po prostu nie uważamy — stwierdziła Therese. — A ja owszem, uważałam. Chcę, żebyś mi zrobiła wielką przysługę.

— Czy chodzi o tę przysługę, Therese?

— O tę przysługę, Mayu… jeśli jesteś dyskretna.

— Therese, mam tyle własnych kłopotów, że żaden z twoich pomysłów prawdopodobnie nie jest mi w stanie zaszkodzić. Czego potrzebujesz?

— Potrzebuję bardzo prywatnego pokoju w Pradze — powiedziała poważnie Therese. — Musi to być bardzo dobry pokój z bardzo dobrym łóżkiem. Nie hotel, bo w hotelach rejestruje się gości. I jeszcze samochodu. Niekoniecznie dobrego, ale musi być bardzo prywatny. Nie wynajęty, bo wynajęcie samochodu też się rejestruje. Pokój ma być na jedną noc, samochód na dwa dni. I nikomu, nigdy, nie wolno zadawać żadnych pytań.

— Nie chcesz pytań, nie chcesz papierów. Dobrze. Na kiedy ci to wszystko potrzebne?

— Na wtorek.

— Skontaktuję się z tobą.

Mieszkanie aktorki? Nie ma mowy. Novák? Nie może go o to prosić. Paul… kto wie?… ale to się oczywiście nie da zrobić. Klaus? Wystarczająco często bywała w Tête, by uświadomić sobie, że Klaus jest człowiekiem wyjątkowo interesującym. Klaus miał wiele możliwości załatwienia wielu spraw na każdym poziomie praskiego towarzystwa. Klaus był prawdziwym starcem plemienia. Wszyscy w Pradze go znali, wszyscy go poważali, najwyraźniej jednak nie był winien nic i nikomu. Klaus do nikogo nie należał. Klaus nawet ją lubił, ale…

Emil! Idealne wyjście!

* * *

Zrobiła dla Therese, co tylko mogła. Wymagało to od niej sporego nakładu czasu, energii oraz dużej dozy sprytu, wszystko jednak wyszło całkiem nieźle.

We wtorek o drugiej nad ranem otrzymała pilną wiadomość.

— Nie śpisz? — spytała ją Therese.

— Teraz już nie.

— Możesz przyjechać i wypić ze mną drinka? Jestem w „Cafe Chyba” na czterdziestym siódmym piętrze tej króliczej nory, którą mi znalazłaś.

— Dobrze się czujesz, Therese?

— Nie, nie czuję się dobrze — odparła pokornie Therese. — Chcę, żebyś wpadła i wypiła ze mną drinka.

Maya ubrała się błyskawicznie i pojechała do kawiarni. Zabrało jej to czterdzieści minut. Kiedy znalazła się w „Cafe Chyba” stwierdziła, że kawiarnia jest całkowicie opustoszała. Był to doskonale czysty i doskonale pozbawiony charakteru niewielki bar, całkowicie zautomatyzowany; w takich barach nieomylnie kończą o trzeciej nad ranem osoby przeżywające kryzys emocjonalny w osiemdziesięciopiętrowym wieżowcu w Pradze; sądząc po braku klientów, kryzysy w wieżowcach zdarzały się niezwykle rzadko. W tym wieżowcu mieszkali rodzice Emila, którzy, bardzo taktownie, wyjechali akurat na miesiąc do Finlandii, a raczej do Suomen Tasavalta.

U obrzydliwie ślicznego, nowiutkiego robota Maya zamówiła mineralkę. Popijała ją i czekała.

Therese pojawiła się w barze około wpół do czwartej. Przysiadła na krawędzi barowego stołka, próbując się uśmiechnąć. Płakała.

— Mayu — powiedziała, biorąc ją za rękę. — Jak ty wyrosłaś.

— Przez tę perukę rzeczywiście wyglądam o wiele doroślej — skłamała radośnie Maya.

— Jesteś taka szykowna. Jesteś taka… no, gdybym cię teraz spotkała, z pewnością bym cię nie poznała. Naprawdę bym cię nie poznała. Czy nadal mogę ci ufać?

— Dlaczego nie powiesz mi po prostu, w jakie kłopoty wpadłaś? Zobaczymy, czego uda mi się domyślić później.