Nie wyjeżdżaj na kraj świata!
Możesz się z Europą bratać
i od Diora mieć krawata.
W referendum „TAK” zakrakaj!
Dla podkreślenia czekającego nas dobrobytu podzwaniałem złotymi łańcuchami i sypnąłem wszystkim pod nogi garść pięcio- i dziesięciogroszówek, które już od jakiegoś czasu zbierałem na ten cel. Wreszcie chrząknąłem znacząco na Elkę, że teraz jej kolej.
Taka jestem skołowana,
Dawno nie jadłam banana.
Mam głosować tak, czy nie?
Ach, od kogo dowiem się?
Na ganku była już cała rodzina i patrzyli na nas jak na wycieczkę pensjonariuszy Tworek. Ozi splunął i krzyknął:
Jam Lucyfer bardzo srogi,
Rzucam kłody wam pod nogi,
Podpowiadam zgubne rzeczy,
Każę Unii wam zaprzeczyć!
Gonzo pomachał swoimi tekturowymi głowami i pamiętając, że ma komentować akcję dramatu, zaczął zawodzić jak zastęp płaczek:
– Aj waj! Aj waj!
Po tym niecelnym zagraniu nastąpiła chwila konsternacji i musieliśmy poczekać, bo Elka i Ozi dostali napadu śmiechu. Mnie jednak nie było wesoło, bo czułem, że nasza misja może skończyć się klapą i kompletnym niezrozumieniem przekazu. W tym czasie Gonzo się rozkręcał, odkrywając w sobie powołanie estradowe:
Jedna babcia drugiej babci ukręciła łeb bez kapci!
Ahahahhaha!!!
Jedna pani drugiej pani narzygała wprost do bani!
Ahahahahaha!!!
Pan domu wyminął moich nielojalnych przyjaciół pokładających się ze śmiechu i zniknął w głębi mieszkania. Po chwili wrócił ze słoikiem kiszonych ogórków i skonsternowany wybąkał:
– Tak, tego… bardzo ładnie, bardzo ładnie. Częstujcie się dzieci, hm… to z jakiego domu dziecka jesteście?
– Za moich czasów to się śpiewało: „Przyszliśmy tu na ostatki, nie mam ojca ani matki”, ale jakoś to było chyba w lutym… – dodała jego żona.
– Co się dziwić, taka tera bida, że dzieciaki się imają każdego sposobu, żeby trochę grosza zarobić. A może chleba ze smalcem byśta zjadły, co?
Ale nie zjedliśmy nic, nawet tych kiszonych ogórków, bo Gonzo przystąpił właśnie do swojego popisowego numeru („przeleć mnie w koniczynie mocno i lubieżnie…”) i musieliśmy już iść.
Jestem wstrząśnięty i zdruzgotany. O kompromitacji nie wspominając.
Ostatni dzień w gułagu
Ostatni sprawdzian przed przerwą świąteczną: „Ćma włochacz nabrzozek ma jasne skrzydła. W 1850 roku odkryto w Manchesterze ciemną odmianę tego motyla. Dziś jest ona bardziej popularna niż biała, jednak w innych częściach Wielkiej Brytanii białej jest więcej. Zasugeruj, co się mogło stać w Manchesterze i dlaczego tam białych ciem jest mniej?”
10 minut później
????????????????????
Dobra. Coś muszę napisać. Manchester to stolica piłki nożnej. Mam!
„To efekt popularności futbolu. Do produkcji pierwszych piłek używano białych nici, co doprowadziło do niemal kompletnej zagłady odmiany białej ćmy w okolicach Manchesteru. Do dziś przy klubie piłkarskim Manchester United istnieje Towarzystwo Przyjaciół Włochacza Nabrzozka, któremu aktualnie prezesuje po transferze Roberto Carlos. Funkcję tę pełni społecznie”.
Trochę ubarwiłem, ale babka od biologii i tak nie zna się na piłce nożnej.
Jutro zaczynają się ferie wielkanocne i całe szczęście, bo w domu trzeba umyć okna i wytrzepać dywany. Mama odgraża się, że w tym roku będzie inaczej i na trzy dni zamknie się w kuchni, robiąc mazurki, pieczenie i mnóstwo wysokokalorycznych pyszności, o przyrządzenie których w życiu byśmy jej nie posądzili. Mamy tylko jej nie wsypać przed koleżankami ze Stowarzyszenia Protest Song. Ja tam wolę się nie cieszyć przedwcześnie. Wymaga od nas, byśmy usiedli przy stole i całą rodziną malowali pisanki. Jeszcze nie zwariowałem!
Hela też ma przyjść. Czyżby mama miała jakiś plan pokojowy? No, no, kto by się spodziewał, że poświęci swą uwagę czemuś innemu niż praca, feministyczne turnieje szachowe czy cellulitis. Odkryłem nawet na stronie „Gazety” całe forum poświęcone temu problemowi! Te kobiety to mają nierówno pod kopułą. Kto by się przejmował jakimś nierównomiernym rozkładem tkanki łącznej. Co innego sprawdzanie stanu owłosienia na jądrach. Takiego forum to nie ma! I kto tu jest dyskryminowany?
Mama się w ogóle jakoś wyciszyła, od kiedy na nowo otworzyła gabinet i zmieniła profil. Zamiast wyciągać z depresji, funduje zmartwienia z puli:
– rodzinno-partnerskiej,
– zawodowej,
– zdrowotnej,
– społeczno-obyczajowej.
Aż trudno uwierzyć, ale nie może się opędzić od chętnych. Najwięcej ma klientów z show-biznesu. Są zblazowani i znudzeni sukcesem. Przychodzą do mamy po ożywiającą odmianę. Proszą, żeby ich czymś dobiła, bo są tak zadowoleni z życia, że stracili całą motywację.
Interes rozkręca się wspaniale. Mama współpracuje już teraz z agencją detektywistyczną, która zajmuje się wyszukiwaniem różnych afer z życia jej klientów. Tylko z jednym jest cały czas poważny problem. Niezmiennie od miesięcy na wszystkie pytania mamy odpowiada: „W odpowiedzi na pytanie pana posła, odmawiam udzielenia odpowiedzi”. Aż się boję pomyśleć, kto to może być.
To dla mnie niezrozumiałe i mocno podejrzane, ale nie narzekam, bo kupili mi w końcu moje wymarzone levisy 501. Znowu jestem w pierwszej lidze. Yuhuuu!
Dzwoniła Łucja i powiedziała, że chce ze mną malować pisanki. Na początku chciałem jej odmówić z czystej zemsty za złamane serce, ale w końcu wymiękłem i wyszeptałem, że malowanie z nią wielkanocnych jaj to więcej niż akcja reanimacyjna z Pamelą Anderson w roli głównej. Zresztą ona podobno ma jakąś złośliwą odmianę żółtaczki, więc to i tak by mi się nie opłacało. Mama podsłuchiwała całą naszą rozmowę i jak skończyliśmy, wzniosła oczy do góry:
– Następny. Jak nie urok to… przemarsz wojsk.
Wielka sobota
Oto, co zrobiłem w ciągu kilku ostatnich dni:
– umyłem łącznie osiem okien (pięć w domu i trzy u Adeli),
– wytrzepałem cztery dywany,
– wyczyściłem wszystkie kafelki w łazience,
– pomyłem futryny drzwi,
– wypastowałem podłogi,
– zwymiotowałem po pastowaniu,
– zeskrobałem kamień z zębów babci (sztucznych) i swoich (naturalnych),
– dwanaście razy byłem w supermarkecie, tachając siatki z zakupami jak jakaś nawiedzona Matka-Polka,
– wypatroszyłem kaczkę (bo inni się brzydzili),
– wykąpałem Oponę (opluła mnie),
– zrobiłem przegląd starych numerów „Playboya” (bo już się nie mieściły w tajnej skrytce pod łóżkiem),
– poszedłem z Gonzo do fryzjera (całą drogę darł się, że chce trwałą ondulację),
– wysłałem dwadzieścia siedem maili z życzeniami świątecznymi (na te dni świątecznej chwały / żeby jajka wam dyndały / niczym bombki na choince / uśmiech kwitł na każdej mince),
– czterdzieści dwa razy sprawdzałem outlooka, ale jeszcze nie przyszło żadne podziękowanie,
– godzinę próbowałem wydostać zza lodówki kawałek sera, który wpadł tam dwa miesiące temu,
– upiekłem trzy mazurki, z których udał się jeden.
Teraz leżę na podłodze w kuchni w stanie kompletnego wycieńczenia. Rodzice nie wezwali jeszcze Gruczoła, tylko omijają mnie, kręcąc się po całym domu, co chwila nadeptują mi na rękę albo potykają się o moje wyniszczone ciało pańszczyźnianego chłopa. Jeszcze trochę sobie podogorywam a potem wstanę, bo wszyscy się zwalają na malowanie pisanek.