W szkole wystawili już oceny końcowe. O dziwo, będę miał nie najgorszą średnią. Mierny tylko z wychowania fizycznego, ale od początku czułem, że balet z elementami akrobatyki nie jest dla mnie. Ozi ma celujący. Ale on chodził na skoki do wody, więc miał dużo łatwiej.
1 maja
Do egzaminów został tydzień. Ojciec twierdzi, że teraz powinienem czymś odciążyć swój przegrzany mózg i skierować uwagę na inne tory. I oczywiście musiał wypowiedzieć w złą godzinę! W najbliższą sobotę jest operacja nosa Kasicy Łasicy w bardzo dobrej prywatnej klinice. Mama dostała na nią namiar od swojej pacjentki, której przez całe noce śnią się konie i owies. Wszyscy odetchnęliśmy z ulgą, ale jest jeszcze mały problem. Ktoś musi z nią tam pojechać, bo będzie na narkotykach i może w drodze powrotnej wpaść pod samochód albo zabłądzić i utonąć w Wiśle.
– Ja jadę ze swoją pacjentką do stadniny koni odkrywać przyczyny traumy – wymigała się mama. – Poza tym wszystko załatwiłam i ja płacę za tę operację, więc chyba moja rola w tej całej szopce już się zakończyła?
Ojciec dłubał w uchu i myślał intensywnie nad wykrętem.
– A wiesz Krysiulku, że ja chyba w ten weekend zrobię konserwację roweru.
Chyba oszalał. Pękły w nim dętki, jak wiózł mnie na ramie dziesięć lat temu! Przyszarżował wtedy na zakręcie i wyłożyliśmy się na alejce tak, że do tej pory mam w kolanach żwir, mimo że przemywał mi je świeżo ugotowanym kompotem porzeczkowym. Był strasznie słodki i całą drogę do domu muchy przyklejały mi się do rany. Wyglądałem jak przenośny lep.
Filip odpadał z przyczyn humanitarnych. Jedynym, który chciał z Łasicą jechać i asystować przy operacji był Gonzo. To dziecko ma w sobie wprost nieokiełznaną ciekawość świata.
– A ja chcę podłubać! A ja chcę podłubać!
Wyjaśniliśmy mu, że to zabawa tylko dla dorosłych. Poddał się dopiero, kiedy obiecaliśmy, że dostanie ten odcięty kawałek. Tak więc po godzinnej dyskusji wciąż byliśmy w punkcie wyjścia. Wreszcie wszystkie oczy zwróciły się w moim kierunku.
– O nie!
– Przyda ci się jakaś rozrywka. Nie możesz tylko ślęczeć nad książkami.
Nie ma mowy! W nocy uciekam z domu!
Noc
Czekałem do północy. Żeby nie zasnąć, powtarzałem chemię. Zastanawiałem się czy Pb(NO3)2 to azotan ołowiu, ołowian azotu, trójtlenian azotowy ołowiu czy może tlenian ołowiu? Niestety, z rachunku prawdopodobieństwa zawsze byłem kiepski.
Obudziłem się o 1.15 i dziesięć minut rozcierałem zdrętwiałe od siedzenia w kucki nogi. Ponownie dotarła do mnie cała groza sytuacji. Dlaczego to zawsze ja mam w tej rodzinie wykonywać brudną robotę, a śmietankę spija ktoś inny? Uważam, że to Filip powinien ponieść konsekwencje swojego wybryku. A najlepiej to jakby jej oddał na przeszczep własny nos. Może w przyszłości pomyśli, zanim wsadzi komuś rękę pod bluzkę!
Spakowałem niezbędne rzeczy (szczoteczkę do zębów, egzemplarz sztuki i zdjęcie rentgenowskie zgryzu Łucji) i wymknąłem się cicho, nadeptując Oponie na ogon. Kiedy całą naszą ulicę budził jej skowyt, byłem już na progu domu Ozyrysa. Teraz się okaże, co warta jest męska przyjaźń.
Dzwoniłem i dzwoniłem aż otworzyła mi… Elka!
– Zwariowałeś? – przywitała mnie. Chyba mnie nie szpiegujesz?
– Zwariowałaś? A co ty tu robisz o tej porze? Zresztą wolę nie wiedzieć. Im mniej ostatnio wiem, tym jestem szczęśliwszy.
Elka kazała mi obiecać, że to zostanie między nami i wpuściła mnie do środka. W pokoju paliły się świece, a Ozi siedział w wannie i ćmochał prawdziwe cygaro! Wyglądał jak Samuel L. Jackson w Pulp Fiction. Trochę się zaniepokoiłem, jak na to zareaguje jego mama, ale nic nie powiedziała. Może dlatego, że nie było jej w domu.
– Rozgość się – powiedział mój przyjaciel głosem handlarza narkotyków na wielką skalę – chcesz drina?
Muszę przyznać, że okazałem się słabym człowiekiem, który nie udźwignął brzemienia stresów ostatnich dni i… chciałem tego drina. A potem jeszcze jednego. Ozi puścił najnowszą płytę Macy Gray, która wygląda jak żeńska wersja Jimmiego Hendrixa (bo on słucha tylko czarnych wykonawców) i nie wiadomo kiedy odkryłem w sobie jeszcze jeden talent. Okazałem się królem tańca, po prostu istną bestią parkingową. To znaczy parkietową.
Alemisiekręciwgłowie.
Następny dzień
Nie będę za dużo pisał, bo strasznie się czuję. Rano obudziła nas moja mama, która przez okno zaglądała do pokoju Ozyrysa. Nawet się nie dziwię, że była trochę wstrząśnięta. Sam bym się wstrząsnął, znajdując swojego nastoletniego syna z brokatowym makijażem na twarzy i w łóżku z dwojgiem najlepszych przyjaciół, przykrytych tylko satynowym kobiecym szlafroczkiem. Pamiętam, że zanim ległem bez tchu, próbowaliśmy się wymienić nosami, a potem Elka uczyła nas tańca brzucha. Strasznie bolą mnie wszystkie mięśnie, głowa i żołądek. Mam nadzieję, że nie doszło między nami do niczego, co mogłoby nam złamać nasze młode życie.
Sobota, pożegnanie z nosem
Cały czas kręci mi się w głowie i obawiam się, że to Łasica będzie musiała mnie eskortować, a nie na odwrót. Jest ósma rano. Mamy dwie godziny na dotarcie do kliniki. Łasica siedzi w kuchni i podjada śniadanie.
– Musisz być na czczo. Inaczej narkoza nie zadziała i będziesz wszystko czuła – tłumaczyła mama, wtykając jej do ręki kanapkę z pasztetem. Jej perfidia nie zna granic.
Wytrąciłem nieszczęsnej dziewczynie tę bułkę, bo to przecież ja będę musiał się z nią użerać, jak dostanie ataku histerii na stole operacyjnym. Już wolę, żeby spała i nic nie czuła. Strasznie się denerwuję. Nigdy wcześniej nie opiekowałem się upośledzonymi. Nawet nie przeprowadziłem przez ulicę żadnego niewidomego.
Tuż przed wyjściem Filip okazał wielkie serce i dał nam na taksówkę, ale tylko w powrotną stronę. Dobra, w drogę. Ahoj, przygodo!
Pół godziny później
Łasica zamknęła się w łazience i nie chce wyjść. Płacze, że nos jest symbolem jej indywidualności i lat upokorzeń, i czuje się, jakby miano jej odebrać tożsamość. Zwariuję z tymi babami, same nie wiedzą, czego chcą. Mama powiedziała, że jeśli nie wyjdzie w ciągu pięciu minut, to całą operację, nowe życie i kolejnego faceta szlag trafi. Wreszcie szczęknął zamek.
– Niech się dzieje wola nieba. Jestem gotowa.
Nareszcie. Chciałbym to mieć już za sobą, wrócić do domu i porządnie się wyspać.
Klinika „Gold Skalpel”
Na progu Łasicę ogarnęła kolejna chwila zwątpienia, ale przypomniałem jej, że będzie miała nosek jak Shirley Temple i jakoś udało nam się z chirurgiem i jego pomocnikiem wepchnąć ją do gabinetu zabiegowego. Zanim zamknęły się drzwi, jeden z lekarzy odwrócił się do mnie i rzekł:
– Może pan pocałować małżonkę na pożegnanie.
Łasicy błysnęły oczy, bo ona będąc nawet jedną nogą w grobie, nie przepuści takiej okazji. Nie chciałem przedłużać tej kłopotliwej sytuacji, więc cmoknąłem ją w okolice czoła, na co rzuciła mi się w objęcia: