W telewizji ciągle pokazują strzelające korki od szampana, toasty i bełkotliwe wypowiedzi naszej klasy rządzącej i jak na to patrzę, to chyba przydałby się im wszystkim jakiś zbiorowy odwyk. No, ale ranga wydarzenia ich usprawiedliwia. Przeprowadzono wywiad z przywódcą ugrupowania, które do ostatnich chwil pluło na Unię i zagrzewało masy do bojkotu referendum. Jestem pod wielkim wrażeniem jego karkołomnej wolty:
– I co teraz zrobi wasza partia, kiedy już na pewno wiadomo, że Polska stanie się równoprawnym członkiem europejskiej wspólnoty?
– Od początku byliśmy na to przygotowani i mamy już swoich kandydatów do parlamentu w Brukseli. Nie mam żadnej wątpliwości, że czeka tam na nas kupa roboty.
– Ale jak połączyć rzetelną pracę z waszymi przekonaniami, które przecież podważają sens istnienia Unii?
– Proszę pani, przekonania przekonaniami, a pensja pensją…
Przynajmniej jeden mówi prawdę. Będę na niego głosował w przyszłych wyborach, bo szczerość jest dla mnie wartością nadrzędną.
Rodzice też balują. Dla nich każdy pretekst dobry do wychylenia jednego głębszego. A potem znowu zaczną wywlekać brudy, które znam już na pamięć, a i tak mnie za każdym razem skręca ze wstydu. No bo ile można słuchać o niewierności małżeńskiej, wygórowanych potrzebach seksualnych i kawałku sera za lodówką, który leży tam od pół roku i każde się zarzeka, że to nie ono wrzuciło.
Wieczorem przyszła do mnie Łucja z koszyczkiem malin i po raz nie wiadomo który straciłem dla niej głowę. Chciałbym się wytarzać z nią w tych malinach do utraty tchu i przyzwoitości, rozgnieść je na jej słodkich ustach i robić wszystkie te rzeczy, jakie opisywał Leśmian w Malinowym chruśniaku. Zamiast tego, tłumiąc swój naturalny popęd prokreacyjny, jadłem je bez opamiętania, aż złapała mnie kolka. To jednak miało swoje dobre strony, bo Łucja zrobiła mi masaż żołądka, który skończył się niekontrolowaną erekcją i cudnym malinowym rumieńcem na jej buzi.
Ufff!
W nocy napisałem poemat:
Namiętność mną targa
Jak zapalenie gardła
A ty udajesz, że nic nie widzisz
I z mojej miłości boleśnie szydzisz
Pójdę na brzeg bajora
I zjem muchomora
Położę się w błocie
Ty mój cudny kocie
I będę dogorywał
Aż
Mnie szlag trafi
Hmm… niezłe. Naprawdę niezłe.
Poniedziałek
Leżałem sobie spokojnie w łóżku i myślałem o seksie, kiedy wpadła mama i zburzyła sielankę. Kazała mi wreszcie wygrzebać się z tego, jak to brutalnie określiła, „przybrudzonego barłogu” i iść z nią na zakupy. Ma zamiar unowocześnić swój gabinet psychoterapeutyczny i zakupić do niego inne siedzisko dla pacjentów. Ojciec się ucieszy, bo wreszcie odzyska swój zabytkowy fotel na biegunach, w którym spał jako zaniedbane pacholę. Mama twierdzi, że za bardzo skrzypiał i dlatego ciągle wpadała w furię.
Pojechaliśmy do Ikei, bo taki jest ostatnio trend. Od razu rzuciłem się w stronę pokoi dziecinnych i zaproponowałem fantastycznego pluszowego węża, w którego można się zapaść i poczuć jak w niebie. Mama jednak tylko się skrzywiła i pognała do działu mebli biurowych. Sam nie wiem, jak udaje się jej zarabiać na życie terapią. Nie ma bladego pojęcia o podstawach psychologii! Jak można sadzać pogruchotanego człowieka na jakimś plastikowym krześle? Powinna oglądać więcej filmów Woody Allena. Tam jest wiele cennych wskazówek. Na przykład taka, żeby nie nadużywać w obecności pacjenta środków odurzających i stwarzać jak najdłużej pozory, że naprawdę ją interesuje to, co ten człowiek ma do powiedzenia. Zaproponowałem jej krzesło biurowe z obiciem z cielaka, ale stwierdziła, że za dużo ma wśród swoich pacjentów ortodoksyjnych wegetarian i nie może wzniecać dodatkowych konfliktów. Wreszcie z przerażeniem zobaczyłem, że jej wybór padł na jakąś karkołomną metalową konstrukcję przypominającą skrzyżowanie klęcznika, stołka barowego i krzesełka do rehabilitacji.
– Mamo, przecież w każdym szanującym się gabinecie stoi kozetka! Myślałem, że chodzi ci o podniesienie komfortu!
– Ale miałam na myśli swój komfort. Nie mam już cierpliwości słuchać tych wszystkich bzdur o niekochających mamusiach, nieobecnych tatusiach, zaborczych żonach, leniwych kochankach i niewdzięcznych psach. Jak będą siedzieć na czymś tak niewygodnym, to przynajmniej będą się streszczać!
O rety! Ją powinni odizolować od reszty zdrowego społeczeństwa i pozbawić prawa wykonywania zawodu! Ale co się dziwić, każdy naród ma takich terapeutów, na jakich zasłużył.
W dalszym ciągu nie mam żadnych wiadomości od babci. Mam nadzieję, że Bulwiak nie sprzedał jej do jakiegoś domu uciech.
Dwa dni później
DOBRA WIADOMOŚĆ: za tydzień wyruszamy do Egiptu. Załapaliśmy się na wycieczkę „last coś tam”. Ozi stoczył prawdziwą walkę o dwa ostatnie miejsca. Przelot samolotem, tygodniowy przemarsz szlakami faraonów i zakwaterowanie w hotelach czterogwiazdkowych kosztuje tylko 800 złotych. Rodzice musieli wyrazić swoją zgodę na nasz samodzielny wyjazd. Nareszcie będę miał prawdziwe wakacje w duchu Jamesa Bonda. Mamy w programie odnalezienie i uprowadzenie ojca Oziego, który wychodząc przed laty na obronę dyplomu, okazał się wyjątkowym nikczemnikiem, bo do tej pory nie wrócił. Jak nam się uda, zaciągniemy się do pracy u światowej sławy detektywa K. Rutkowskiego, a jak nie – to do Legii Cudzoziemskiej. Oczywiście, nasi rodzice nie znają prawdziwego celu tej niebezpiecznej wyprawy. Wersja oficjalna to turystyka i zwiedzanie zabytków. Jeśli by wiedzieli, że mamy zamiar zaraz na lotnisku zerwać się i odłączyć od grupy, na pewno by nas nie puścili. Zwłaszcza mama Oziego, przy której nie można na głos wypowiadać imienia jej eksmałżonka. Obiecałem Gonzo, że przywiozę mu mumię Nefretete.
ZŁA WIADOMOŚĆ: w domu remont generalny. Rodzice postanowili przystosować nasze mieszkanie do wymogów Unii i położyć w łazience glazurę, terakotę i inne rzeczy, na które nas absolutnie nie stać.
Mam obawy, że to się boleśnie odbije na moim kieszonkowym i będę musiał w Krainie Nilu odżywiać się ich naturalnymi dobrami, czyli amebą, wirusem Ebola i piaskowcem z piramid.
Zaczynają mnie dopadać wątpliwości w związku z naszym wejściem do Unii. Czy to znaczy, że zatracimy naszą tożsamość narodową? No bo jak znikną granice, wszędzie będzie euro, to skąd będziemy wiedzieć, gdzie się kończy jeden kraj a zaczyna drugi? Wszyscy będziemy stanowić jakąś jedną wielką zatomizowaną społeczność mówiącą różnymi językami. Istna biblijna wieża Babel. A stąd już jeden krok do potopu. Nie mam zdania i to mnie wkurza, bo już dawno obiecałem sobie mieć skrystalizowane poglądy. Byłby to przynajmniej jedyny stały element w moim pokręconym życiu. Żyjąc w takiej dysfunkcyjnej rodzinie, codziennie rano budzę się zlany potem, co tym razem zastanę. Zwłaszcza że Gonzo jakoś przycichł, a to znak, że konstruuje w zaciszu dziecinnego pokoju nową broń masowej zagłady lub szczególnie złośliwego i odpornego na szczepionki wirusa.
W Wielkiej Aferze Korupcyjnej nastąpił kolejny przełom, który zwiastuje chyba jej zakończenie. Główny podejrzany z rozbrajającą szczerością wyznał, że kiedy próbował wyłudzić łapówkę, to był „nachlany”. Biorąc pod uwagę jej wysokość, to musiał pić chyba przez miesiąc i mieć w organizmie taką ilość alkoholu, że nie starczyłoby skali w alkomacie. Jednak cała Komisja Śledcza, odetchnęła z ulgą, a wraz z nią nasz naród. Nareszcie jakiś wiarygodny powód popełnienia przestępstwa. Pan Cygaro może teraz liczyć na wyjątkowe złagodzenie kary, a nawet puszczenie wszystkiego w niepamięć. Przecież pijaństwo i małpi rozum są naszymi cechami narodowymi, jesteśmy z tego znani na całym świecie i stanowi to, rzec można, element naszego dziedzictwa kulturowego. Dowodzi ułańskiej fantazji i szacunku dla wartości przodków dziedziczonych z dziada pradziada.