Rodzice mało bystro rozdziawili gęby.
– Ależ… panie Mięciu, ja tylko chciałem spytać, czy ta glazura nie za szybko odpada. Nie chciałem pana urazić. – Ojciec skręcał się, jakby miał atak ślepej kiszki.
– Aleś pan właśnie obraził!
Miecio nadął się jak indor, zabrał swoje narzędzia i opuścił nas na zawsze. Teraz, dopóki nie znajdziemy nowego fachowca, będziemy mieć rozgrzebane całe mieszkanie, bo remont częściowo rozprzestrzenił się na kuchnię. A jak nie daj Boże rozniesie się po mieście fama, że jesteśmy zbyt konfliktowi i chcemy, żeby było prosto – to już nie ma zmiłuj. Nasz dom będzie figurował na czarnej liście kłopotliwych klientów z dopiskiem: entelegenckie poj…(piip)ańce.
Ale na całe szczęście, mam to głęboko gdzieś, bo jutro o tej samej porze będę pruł podniebne przestrzenie, mknąc prosto w słońce na spotkanie przygody mojego życia.
Przed chwilą dzwonił Ozi. Radzi mi zabrać białe prześcieradło na wypadek, gdybyśmy podczas tej tajnej misji szpiegowskiej musieli udawać szejków arabskich albo członków domu panującego Saudów.
Noc
Czternaście razy już wstawałem, żeby sprawdzić, czy mam paszport i bilet na samolot. Dzwoniłem też do Ozyrysa, żeby upewnić się, czy nasz wyjazd jest aktualny i czy się na przykład nie rozmyślił. O trzeciej nad ranem potraktował mnie bardzo nieładnie:
– Brachu, weź się ode mnie odwal i daj mi wreszcie spać!
Zupełnie go nie rozumiem. Ja sam bardzo się denerwuję przed lotem, a przecież to nie jest mój pierwszy raz, tylko jego. Najwidoczniej nie zdaje sobie sprawy z powagi sytuacji, przewiduję, że zaraz po starcie zacznie panikować. Pierwszy lot samolotem jest niezwykle ważny, jak zresztą każda inna inicjacja. Jak się zrazi, będzie musiał do końca życia podróżować koleją, samochodem albo statkiem. Gdyby był amerykańskim biznesmenem, jego kariera mogłaby utknąć w martwym punkcie, bo tam samolot jest podstawowym i wciąż popularnym środkiem transportu. Oni jednego dnia są w Kalifornii, drugiego w Teksasie, a wieczorem w Nowym Jorku. Już się nie dziwię, że nie mogą sobie dać rady z Saddamem, bo od tych ciągłych zmian stref czasowych, ciągle im się kręci w głowie. No, ale sami są sobie winni, że nie zdołali powstrzymać własnych apetytów terytorialnych i teraz mają taki duży kraj. Podobno co trzeci Amerykanin nigdy w życiu nie przemierzył go wzdłuż ani wszerz. My Polacy to jednak wygraliśmy los na loterii. Mamy i morze, i góry, i jeziora, a nie trzeba tak daleko i długo jechać. Jako jedyny kraj w tej części świata mamy nawet pustynię (Błędowską) i ruchome piaski (nie tylko w polityce).
Środa, 19 czerwca
Ponieważ los rzuca mnie na nieznane tereny islamskich fundamentalistów, jest to być może mój ostatni wpis. Na wypadek, gdyby coś mi się stało, proszę znalazcę mojego dziennika o opublikowanie go w najpoczytniejszej z gazet, a potem publiczne spalenie. Wszelkie ewentualne zyski z publikacji proszę przekazać na założenie fundacji mego imienia wspierającej młodych, poszukujących artystów z różnych dziedzin sztuki (z bezwzględnym wykluczeniem hip-hopu i BB Blachy 450). No to… to by było na tyle. Zmykam. Co złego, to nie ja.
Godzina 14.00
Za cztery godziny samolot. Mama pożycza mi swoją komórkę z roamingiem, żebym był w kontakcie z cywilizacją.
Godzina 15.00
Siedzę rozanielony na tapczanie, a wokół mnie świszczą wystrzeliwane z łuków tysiące strzał Amora. Jestem podziurawiony jak sito. Przed paroma minutami wyszła ode mnie Łucja. Mój ósmy cud świata! Przyszła życzyć nam udanej wycieczki. Boże, jaka ona piękna! Pachnie ciastem truskawkowym i może dlatego zawsze, jak ją widzę, to mam ślinotok niczym wściekły buldog.
Zwierzyłem jej się z naszych zamiarów odnalezienia i porwania ojca Oziego, a ona obiecała, że nikomu nic nie powie. Radziła mi też, bym liczył zamiary na siły, a to oznacza, że bardzo się o mnie boi, że nie jestem jej obojętny i że po prostu, po prostu… a niech tam, zaryzykuję tę odważną hipotezę: że czuje do mnie to samo, co ja do niej. Tylko że na przeszkodzie naszej miłości stoi ten blaszany cymbał! Muszę znaleźć sposób, żeby pozbyć się go bez śladu. Na przykład wyciągnąć na przechadzkę nad bagna albo wepchnąć w zoo na wybieg dla tygrysów. A najlepiej rozpuścić go w kwasie solnym. Byłem tak pochłonięty własną galopująca wyobraźnią, że nie zauważyłem, kiedy Łucja podniosła się, pocałowała mnie w usta i zniknęła niczym najpiękniejszy erotyczny sen. Siedzę teraz cały rozgorączkowany i uśmiecham się od ucha do ucha. Mama, która przyniosła mi wyprasowanego na drogę T-shirta, tak skomentowała mój wniebowzięty wyraz twarzy:
– Oj, Rolfie… widzę, że znowu cię męczą wzdęcia. Idź do kibla i poprykaj trochę.
Czy w tym domu nikt już nie potrafi uszanować żadnych uczuć wyższych? Czy wszystko trzeba sprowadzać do ohydnej fizjologii?
W usta! POCAŁOWAŁA MNIE W USTA!
Godzina 16.00
Jedziemy na lotnisko. Po namyśle postanowiłem zabrać swój dziennik ze sobą, żebym mógł jeszcze to i owo dopisać. Muszę się szczerze przyznać, że nieco w nim przesadzałem i tak naprawdę to wcale nie jestem ani taki brzydki, ani taki pechowy. No i moja rodzina też mieści się w granicach normy (mam nadzieję). Zresztą, czy Łucja by mnie pocałowała, gdybym był nic nie wart?
Hmm… Blachę też całowała. A on ponad wszelką wątpliwość jest kretynem pierwszej klasy. Prototypem wszystkich światowych debili. Ojciec ma jednak rację. Logika kobiet jest bardzo pokrętna i nie należy ich próbować zrozumieć, bo wtedy człowiek do reszty zeświruje.
W samolocie
Ale mam fuksa! Trafiło mi się miejsce przy oknie. Mogę obserwować, czy nie zaczyna przypadkiem płonąć lewy silnik.
Przy pożegnaniu z rodziną obeszło się bez skandali i histerii, bo nie było na to czasu. Przewodniczką i szefem całej wycieczki jest mocno roztargniona pani Jola, pulchna sześćdziesięciolatka z tlenionym kokiem, w obcisłych bojówkach i w szpilkach. Rozmiar biustu: 5. Ozyrys nie może od niego oderwać wzroku i tylko dlatego jeszcze nie zaczął panikować przed startem. Jest nas wszystkich razem piętnaście sztuk. Wiemy to dzięki temu, że tuż przed wejściem na pokład, ktoś przypomniał, że dobrze byłoby sprawdzić listę obecności. Pani Jola szukała jej w torebce z lamparciej skóry piętnaście minut, wreszcie znalazła ją w kosmetyczce wyładowanej tak, że nie można było jej z powrotem zapiąć. Razem z nami leci parę ciekawych postaci:
– kobieta z dredami, na oko po trzydziestce,
– pan Janusz (zawód: prezes firmy hydraulicznej) na przymusowych wakacjach z pryszczatym synem (lat 12),
– świeżo zaślubiona para emerytów,
– pyskata blondynka ze sztucznymi paznokciami, wydłubanymi brwiami i doczepionym do czubka głowy sztucznym warkoczem (podobno jedzie po kryjomu do narzeczonego Ahmeda abu Nid-Hassana).
Całości dopełniają jacyś turyści-narwańcy, których twarzy jeszcze nie widziałem, bo nie wyściubiają nosa znad przewodników Pascala.
Cały czas obserwuję dyskretnie Oziego, żeby we właściwym momencie wyjść mu naprzeciw z moimi cennymi radami i doświadczeniem pasażera Polskich Linii Lotniczych LOT.
Kołujemy na pas startowy. Ozi nic. Włączamy silniki. Ozi nic. Przyspieszamy. Ozi nic. Start! Aaaaaaa-aa!!!!!!!!!!!!!
Druga godzina lotu
W dalszym ciągu wymiotuję. Ozi przesiadł się do pani Joli, a stewardesy ciągną zapałki, która ma przyjść do mnie z czystym woreczkiem. Czuję się fatalnie. Nie miałem pojęcia, że tak boję się latać! Człowiek jednak poznaje siebie do końca życia. Ciągle obserwowałem, czy nie płoną silniki, aż stewardesa zasłoniła moje okienko na stałe, przez co straciłem niepowtarzalny widok na zachód słońca w chmurach. Po powrocie złożę skargę. Tym bardziej że pominięto mnie przy roznoszeniu kolacji a przecież powszechnie wiadomo, że LOT dobrze karmi. Nawet telewizja robi u nich catering.