Выбрать главу

Jestem taki osłabiony! Wszyscy wokół rżną w karty, słuchają muzyki i w ogóle zachowują się, jakby nie znajdowali się kilka tysięcy kilometrów ponad ziemią, w kupie blachy, która w każdej chwili może runąć. Cały czas trudno mi uwierzyć, że coś podobnego lata. To musi być jakiś trick. Przed kompletną paniką powstrzymuje mnie tylko obawa, że Ozi powtórzy Łucji, jaki ze mnie tchórz. Tymczasem on sam ma się świetnie. Teraz na przymilne prośby stewardes śpiewa kawałki Franka Sinatry. Przebrzydły kokiet. Dostał za to dodatkową porcję pasztetu z gęsich wątróbek. Umieram z głodu.

Egipt

Wiem, że to brzmi nieprawdopodobnie, ale naprawdę szczęśliwie wylądowaliśmy. Nie mogę się doczekać, kiedy będziemy w naszym czterogwiazdkowym hotelu. Marzy mi się jacuzzi z hydromasażem i klimatyzacją. Tu wszędzie panuje pioruński upał, a tuż za budynkiem lotniska rozciąga się istne wariatkowo. Wszyscy jeżdżą, jak chcą, środkiem ulicy przechadzają się osły, zostawiając za sobą placki, uliczni straganiarze wieszają się na umęczonych turystach. Jazgot, jazgot, jeszcze raz jazgot. Aż trudno uwierzyć, że jesteśmy w Kairze.

Namówiłem Oziego, żebyśmy urwali się dopiero po kolacji i najpierw skorzystali z tego raju dla turystów w naszym kompleksie hotelowym. Zgodził się bez oporów, bo w czasie podróży bardzo przywiązał się do pani Joli, która bezwstydnie pozwala mu zaglądać sobie w dekolt. Teraz z niecierpliwością próbuje zamówić dla nas kurs do hotelu i tak się targuje z kierowcą, że pot zmywa jej z twarzy misternie naniesiony w Polsce makijaż, pozbawiając nas wszelkich złudzeń, że jest atrakcyjną kobietą. Obok nas kręci się nieskoordynowana ciżba rozgdakanych kobiet z zasłoniętymi twarzami. Prawie każda z nich ma osobistego tragarza. Wreszcie, jak przyjeżdża autobus, dochodzi do regularnej walki między nimi a nami. Jola łamaną angielszczyzną walczy o nasze prawa, ale kapituluje pod naporem osiemdziesięciu zakwefionych dam. Odjeżdżają, nie rzucając nam nawet jednego spojrzenia. Nasza grupa, w oczekiwaniu na następny środek transportu, pozbywa się wierzchnich okryć, bo temperatura sięga czterdzieści stopni Celsjusza. Jesteśmy wszyscy tak wykończeni, że na nikim nie robi wrażenia umęczony biust naszej przewodniczki w sportowym staniku Nike.

Wreszcie wsiadamy. Nie mam siły się denerwować, że Jola nie może sobie przypomnieć adresu naszego hotelu. Mam dreszcze. Na pewno mnie zawiało w nieszczelnym samolocie LOT-u.

Eufemistycznie rzecz ujmując: w hotelu

Śpimy w drewnianych, parterowych barakach na brudnych derkach, po których chodzą pająki wielkości piłeczek pingpongowych. Wszystkie kobiety i dzieci są w histerii. Kierownik tego pensjonatu udaje, że nie mówi w żadnym języku, nawet w swoim ojczystym arabskim. Szczerzy tylko w chytrym uśmiechu jedyny ząb i do znudzenia powtarza:

– Dollars, dollars – full service. No dollars, no fuli service.

Zrobiliśmy zrzutkę i spod jedynego czynnego prysznica popłynęła ciepła woda zamiast lodowatej brei. Chociaż w taki upał wolelibyśmy coś do picia i moskitiery. Od czasu mojej przygody z malarią po pobycie na Dominikanie, panicznie boję się komarów. Będziemy czuwać z Ozim na zmianę przez całą noc, bo w drzwiach nie ma zamków tylko zardzewiałe kłódki bez kluczyków. Pani Jola otoczona jest przez spanikowanych wycieczkowiczów istnym kordonem bezpieczeństwa. Nie chcemy, żeby jej się coś stało, bo jest naszym jedynym tłumaczem w tym zwariowanym świecie kupców, handlarzy, złodziei i bojowników świętej wojny.

Rozważamy z Ozim plan pobytu. Stoi przed nami trudne zadanie, bo posiadamy jedynie zdjęcie jego ojca sprzed piętnastu lat i wiemy, że nazywa się Jussuf ben Kail. Na dodatek żaden z nas nie opanował na tyle arabskiego, żeby się w tym języku komunikować choćby z wielbłądami, których przechadzki po chodnikach należą do rzeczy naturalnych.

Aha, i jeszcze jedno. Razem z nami zakwaterowano tu osiemdziesiąt kobiet znanych nam już z lotniska. Aż mi ciemnieje w oczach od ich ponurych czadorów. Ozi dogadał się po angielsku z jedną z nich. To delegacja z przyległych krajów arabskich, która przyjechała na odbywający się właśnie w Kairze Zjazd Ligii Kobiet Muzułmańskich walczących o równouprawnienie.

Gorzej nie mogliśmy trafić. Z jednej strony fundamentaliści, z drugiej feministki. Jedyne, co ich łączy to to, że wszyscy chętnie wywijają toporkami w żądzy odwetu. Aż się boję pomyśleć, co się stanie, gdy i tutaj zacznie mnie prześladować pech.

Wysłałem do Łucji dwadzieścia cztery anonimowe SMS-y z treścią: „kocham cię”.

Ranek

Podczas śniadania złożonego z egzotycznego egipskiego chleba w postaci płaskiego placka i wściekle ostrego jogurtu z dodatkiem czosnku, okazało się, że zginęła Marlena – blondynka z pazurami i sztucznymi włosami. Zostawiła pożegnalny liścik wyjaśniający, że uciekła ze swoim egipskim narzeczonym i nie zamierza wracać do kraju, chyba że rodzice pobłogosławią ten związek. Niestety, nie wyjaśniła, którzy – jej czy Ahmeda. Jola wpadła w popłoch.

– Przecież ja odpowiadam za bezpieczeństwo wszystkich uczestników! Musimy ją odnaleźć.

I jak to zwykle bywa wśród naszych rodaków, rozgorzała zacięta kłótnia, co robić. Jedna frakcja chciała organizować poszukiwania, druga zmulona upałem chciała spać, a trzecia histerycznie domagała się zwiedzania zabytków architektonicznych z obowiązkową wizytą w meczecie. Zrobiliśmy demokratyczne głosowanie, jak na naród, który obalił totalitaryzm, przystało.

– No dobrze, możemy zwiedzać. Na dziś mieliśmy zaplanowanego Sfinksa i piramidę Cheopsa. Za dziesięć minut zbiórka.

Czekaliśmy pół godziny, zanim wszyscy się zebrali. Jola odetchnęła z ulgą, bo obawiała się, że epidemia tajemniczych zaginięć nadal się rozprzestrzenia. Zapakowaliśmy się do rozklekotanego grata i wyruszyliśmy w stronę Gizy.

Jechaliśmy godzinę w niemiłosiernej duchocie. Średnio co dziesięć minut mijaliśmy samozwańcze posterunki, które domagały się od nas haraczu w zamian za bezpieczeństwo. Obserwowałem Ozyrysa. Widać uaktywniły mu się uśpione egipskie geny, bo czuł się jak ryba w wodzie. Całą drogę przesiedział obok kierowcy, gestykulując namiętnie i zaśmiewając się raz po raz.

Na miejscu zastaliśmy dzikie tłumy. Kolejki do kas wiły się we wszystkich kierunkach i zdawały się nie mieć końca. Wszędzie biegali obłąkani Japończycy i pstrykali zdjęcia. Nie wiem czemu, ale prawie każdy z nich chciał się ze mną fotografować, jakbym był jakimś kaprysem natury. Ocierałem pot z czoła i chlubnie reprezentowałem nasz naród. Gdybym brał za to po dolarze, wycieczka natychmiast by mi się zwróciła. Ale nie jestem taki pazerny, na jakiego wyglądam.

Po czterech godzinach stania na otwartej przestrzeni 50% naszej wycieczki miało poparzenia albo zwidy. Jedni widzieli słowiańskie łąki ze źrebakami, inni kotlety schabowe. Na szczęście byliśmy już przy kasie i Jola wyciągała nasze pomięte dolarówki, gdy okienka dopadła zakwefiona baba i odebrała osiemdziesiąt biletów zamówionych wcześniej. Te muzułmańskie feministki są niewiarygodne! Zwiastuję islamowi szybki koniec patriarchatu. Niestety, były to ostatnie bilety tego dnia i kasę zatrzaśnięto nam przed nosem. Podniosły się lamenty we wszystkich językach świata, wśród których dominowało niemiecki scheisse i angielskie shit. Jola wyjęła mały notesik i wykreślając z niego Gizę, oznajmiła: